Menu

Spoko Maroko

„Hej, Ali Baba, ty się zgubić? Ty przyjaciel, ja pomóc. Pokazać główny rynek.” – uśmiechnięty młody Arab woła łamaną angielszczyzną, poklepuje mnie po ramieniu i rusza. To nasz pierwszy dzień w Marrakeszu, od pół godziny dobrowolnie błądzimy w labiryncie targu i w sumie nie chce nam się wychodzić. Ale skoro tak chcą pomagać, to czemu nie … Marokańczyk prowadzi nas przez kilka zakrętów, zatrzymuje się i ponownie szczerzy zęby „Teraz łatwe, mój przyjaciel. Prosto, prosto, tam w lewo, na końcu prosto, w lewo, w prawo i jeszcze te uliczki tam i są na miejscu. Dziesięć euro.” Witaj w Marrakeszu.

Kup pan jeża

Wpychamy mu w dłoń jakąś małą monetę i ruszamy, nie zwracając uwagi na grymasy i protesty. Centrum Marrakeszu to jedna olbrzymia, egzotyczna pułapka na portfele ufnych cudzoziemców i miejscowi znają tysiące sposobów i trików na to, jak zarobić na płaski, marokański chleb. Ofiarowana pomoc najczęściej kończy się wizytą w sklepie wujka lub kuzyna i wymuszaniem zakupu.

Nocleg znaleźliśmy u Azedine’a, chłopaka, który mieszka ze swoją matką i chętnie przyjmuje zagranicznych gości podróżujących z plecakami. Dzieliliśmy więc pokój z młodym Szwedem, rastafarianinem, typowym haszyszowym turystą, który od dłuższego czasu błądził po Maroko bez grosza przy duszy. Kupował tani haszysz od miejscowych i sprzedawał go z zyskiem studentom z Europy. Zanim jednak zniknął nie wiadomo gdzie, Tommy wprowadził nas w fascynujący świat rynku Jemaa El-Fna, serca starego miasta, które otacza gmatwanina 700 ulic ze straganami, stoiskami i bazarami.

Powietrze wypełnia nieustanny harmider tworzony przez zaklinaczy węży, treserów małp i okrzyki sprzedawców i akrobatów. Wystarczy zatrzymać się na kilka sekund, a już na szyi ląduje jakaś biedna gadzina z wyrwanymi zębami jadowymi, a przed nosem pojawia się dłoń domagająca się zapłaty.

Najwięcej atrakcji kryje się jednak w souku – tak nazywają się dzielnice wypełnione bazarami. Można tutaj kupić produkty praktycznie z całej Afryki, Azji i innych zakątków świata. Sklepikarze przywołują przybyszy zwyczajowo przyjętymi pseudonimami – ja z racji zarostu byłem dla wszystkich Ali Babą, Tommy po kilku dniach w Marrakeszu przestał już reagować na okrzyki „hey, rasta!” odzywające się nieustannie ze wszystkich stron, młode turystki przyciągano figlarnym okrzykiem „hey, Lady Gaga!”. Et cetera.

Souk oferuje nie tylko tkaniny, biżuterię, przyprawy i perfumy, można tutaj kupić też domowego pupila – uszate etiopskie jeże, sokoły, skorpiony, zmumifikowane łby antylop i gady. Zwłaszcza kameleony to spełnione marzenie biznesmena, do sprzedaży nadają się nie tylko dorosłe osobniki, ale też świeżo urodzone, drobniutkie jaszczurki. Te maluchy, którym się nie uda, są suszone i sprzedawane jako talizmany.

Ceny są zazwyczaj śmiesznie niskie. O ile potraficie się targować. Jeden dirham to w przybliżeniu 30 groszy, świeżo wyciskany sok pomarańczowy można kupić na straganie za cztery dirhamy, chusty i torebki z wielbłądziej skóry już od kilkudziesięciu dirhamów. Zasady są proste. Po podaniu ceny należy zaproponować kilkukrotnie niższą kwotę i odegrać ze sprzedawcą scenkę z odchodzeniem i powracaniem. Jeżeli w końcu cena ustabilizuje się na jednej trzeciej lub połowie pierwotnie podanej sumy, obie strony są zadowolone. Chociaż sprzedawcy zgrywają obrażonych, gdy klient zaproponuje za mało, to tak naprawdę tylko raz poczułem, że rozmówca stracił do mnie szacunek – stało się tak w chwili, kiedy zmęczony gadaniem kupiłem jakąś rzecz za pierwszą podaną kwotę.

Ach, te baby

Marrakesz znajduje się w samym sercu Maroka, a więc nawet późną jesienią panowały w nim temperatury, które my nazywamy upalnymi. Od południa i od wschodu wieją tutaj saharyjskie wiatry, powietrze jest suche i gorące. Chociaż miejscowi chodzili w kurtkach i skarpetkach, my musieliśmy szybko zmienić ubranie na szorty i sandały.

Europejki nie mają jednak tak łatwo. Mieszkańcy Marrakeszu są wprawdzie przyzwyczajeni do tłumów turystów, jednak widok kobiety z odkrytymi ramionami lub – nie daj Allahu – w spódniczce mini jest dla nich podobnie rażący i prowokujący, jak dla Europejczyka spotkanie na ulicy tancerki topless. W przypadku kobiet nawet noszenie rozpuszczonych włosów lub palenie papierosa uważane jest za objaw rozwiązłości.

Podczas gdy miejscowi bez skrupułów zaczepiają turystki, turysta może wpaść w niezłe tarapaty, jeżeli odezwie się do obcej Arabki. „W domu jesteś naszym gościem, z moją mamą możesz rozmawiać bez problemu” – odpowiedział Azedine zapytany o podstawowe zasady komunikacji – „Ale gdybyś na ulicy zapytał jakąś kobietę o godzinę, to nagle może podbiec całkowicie obcy facet i przywalić ci z pięści. A więc ostrożnie.”

Miejscowi pozwalają sobie zaczepiać Europejki właśnie dlatego, że uważają je za upadłe moralnie. Problem polega więc na tym, że białe kobiety ignorują tego typu zachowania, reakcja każdej przyzwoitej Arabki na tak bezczelny podryw byłaby bardzo ostra. Rada dla turystek? Ubrać się, założyć okulary słoneczne, a jeżeli natręt dalej atakuje, przejść do kontrataku i zarzucić mu brak szacunku.

Taksówką na Saharę

W samym Marrakeszu istnieje wiele opcji transportu. Miejscowi jeżdżą na malutkich motorach, są też autobusy, riksze i taksówki. Te ostatnie występują dodatkowo w jeszcze jednym, bardzo ciekawym wariancie.

Zwykłe taksówki nazywane są petit taxi i w każdym dużym mieście mają odmienny kolor – w Marrakeszu są żółte, w Rabacie niebieskie, a w Fezie czerwone. Nie mogą one jednak przekroczyć granicy miasta. Dlatego oprócz nich jeździ też grand taxi, czyli skrzyżowanie zwykłej taksówki z autobusem o pojemności jeden do sześciu pasażerów. Dwóch z przodu, czterech z tyłu. Plus kierowca i bagaże.

Azedine zrobił nam szybki kurs korzystania z komunikacji miejskiej. „Łapcie stare i brzydkie mercedesy bez taksometru. I tyle.” I rzeczywiście – w całym Maroku synonimem grand taxi jest poobijany, wielgachny mercedes, wypchany aż po brzegi pasażerami. To rozwiązanie ma tę zaletę, że absolutnej większości napraw może dokonać sam kierowca, a niezniszczalne niemieckie auta dobrze znoszą trudne warunki marokańskich szos.

Porównałem grand taxi do autobusów, ponieważ w odróżnieniu od zwykłych taksówek pasażer może poprosić o postój albo określić miejsce wysiadki, ale nie może wybrać trasy ani punktu celowego. Trzeba znaleźć „gniazdo” taksówek i poszukać taryfy jadącej w kierunku, który nas interesuje. Każdy samochód kursuje wte i wewte między tymi dwoma punktami, a więc można bardzo tanio przemieszczać się nie tylko z jednego końca miasta na drugi, ale też przeskakiwać między miastami. Oczywiście – o ile mamy dosyć czasu, gdyż grande taxi lubią być kapryśne. Jeżeli akurat nie chcemy zapłacić za wynajęcie całego samochodu, to trzeba poczekać, aż zbierze się sześciu pasażerów jadących w tym samym kierunku.

Ponieważ musieliśmy przemieszczać się szybciej, skorzystaliśmy z dobrodziejstwa kolei marokańskiej, która kosztuje tyle co polska, wyprzedzając ją pod każdym innym względem. Pociągi są szybkie, tanie i punktualne. I klimatyzowane, co w połączeniu z kurzem i smogiem w Marrakeszu przekreśliło nasz plan szybkiego wypadu na Saharę. Musieliśmy powoli ruszać na północ, w Fezie czekał już na nas Karim – znajomy, który miał zostać naszym przewodnikiem.

Ale dokąd się udać? Jest Essaouira, śliczne nadmorskie miasto – ale to na południe. Jest Casablanka. „Nie jedźcie tam. Brudno, nudno, niebezpiecznie”. Tangier? „To tak, jakbyście zostali w Europie. Nie ma po co”. Jest Rabat. Na północy, nad oceanem. Zobaczymy stolicę.

Rabat na ślimaki

Do miasta dotarliśmy po południu i szybko znaleźliśmy tani hotel wprost w medynie, czyli w starym mieście. Rabat przedstawił się jako spokojne miasto, w którym nie dość, że nie byliśmy już zaczepiani, ale większość miejscowych nie zwracała na nas żadnej uwagi. Szybko zrzuciliśmy plecaki i wyruszyliśmy łapać ostatnie promienie słońca w Szalla, rozległym kompleksie starożytnych i średniowiecznych ruin rozciągającym się na obrzeżach Rabatu.

Szalla wynagrodziło mi zarówno zaprzepaszczoną okazję na spotkanie z pustynią, jak i malownicze widoczki z Essaouiry. Potężne, pomarańczowe mury porasta dzisiaj gąszcz palm i egzotycznych roślin, tworząc miniaturę ogrodów Semiramidy. Wśród strumyków, rzymskich posągów i resztek muzułmańskich meczetów przemykają chmary kotów, które od razu tłumnie pakują się na kolana.

Maroko koty

Nagle nad naszymi głowami odezwało się znajome klekotanie – do Szalla wróciły na wieczór dziesiątki bocianów, które znalazły tutaj bezpieczne schronienie. Wkrótce ich duże skrzydła zapełniały całe niebo i klekotanie zaczęło się rozlegać prawie z każdego drzewa lub muru. Kajtki na urlopie.

Do medyny wróciliśmy już po zmroku, kiedy większość sklepikarzy pakowała swoje stoiska. Tutaj nie było już żadnych turystów, większość ludzi nosiła tradycyjne dżelaby – ubranie podobne do koszuli nocnej z trójkątnym kapturem, bardzo popularne nie tylko w Maroku, ale też w innych krajach Maghrebu.

Co kilkanaście metrów rozstawione były wózki z aromatyczną zupą ze ślimaków. Sprzedawca wsypuje do dużego gara kilka siatek mięczaków w kolorowych budkach, zestaw za kilka dirhamów obejmuje gorącą miskę pełną sczerniałych ślimaków i wykałaczkę służącą do wyciągania ich ze skorupek. Puste domki rzuca się po prostu na blat wózka, po zjedzeniu ostatniego ślimaka w misce pozostaje kilka łyków zupy. Ślimaki konsystencją przypominają suszone śliwki, zupa – grzybową mocno przyprawioną pieprzem.

Smak Maroka

Marokańska kuchnia potrafi zachwycić. W zależności od pory roku na ulicach można kupić mnóstwo świeżych owoców, w trakcie naszych odwiedzin trwał sezon na olbrzymie, soczyste granaty i owoce cytrusowe, w co drugim sklepiku można było kupić wyśmienite koktajle z awokado. Typowo marokańską potrawą jest harira, pyszna zupa z pomidorów i ciecierzycy, popularnym drugim daniem jest kuskus występujący tutaj w tysiącach odmian, a także podobnie różnorodny tażin – potrawa przygotowywana w glinianym naczyniu o tej samej nazwie, zawierająca mięso, warzywa i mieszankę przypraw.

W Fezie spróbowałem tejhanu, śledziony faszerowanej mięsną mieszanką, w smaku i wyglądzie przypominającą niezbyt udaną kaszankę. Ponieważ muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, najczęściej kupowanym mięsem jest wołowina lub jagnięcina, na targach można też znaleźć wszystkie rodzaje drobiu. A także pieczone owcze głowy. „Czy smaczne? Jasne, na policzkach dużo dobrego mięsa. Spróbujcie.” – zachęcał nas w Marrakeszu Azedine. Nie spróbowaliśmy.

Osobny rozdział można by było napisać o marokańskich napojach i słodyczach. Jak to mówią miejscowi – „Życie jest gorzkie, trzeba je dosłodzić.” I czynią tak z dużym rozmachem.

W Fezie spotkaliśmy się w końcu z Karimem. Kiedy w kawiarni w medynie daliśmy mu spróbować niesłodzonej kawy z mlekiem, Karim prychnął i odskoczył jak czort od krzyża. Wszyscy piją wyborną, miętową, przeraźliwie słodką herbatę, nalewając ją z metalowych dzbanków ciurkiem, z dużej wysokości. Zgodnie z ich przekonaniem „dobra herbata robi bąbelki”.

Disco Polo w Fezie

„Spoko Maroko” – Karim uśmiecha się serdecznie zza kierownicy samochodu. Całkiem nieźle mówi po polsku, po drodze opowiada nam o swojej fascynacji naszym krajem i na dowód puszcza składankę ulubionych przebojów znad Wisły. Lista zawiera szeroką paletę nagrań począwszy od Beaty Kozidrak („Bajm już nie gra? Beata najlepszy polski śpiewaczka!”), a skończywszy na szczytowych osiągnięciach muzyki disco polo („Jesteś szalona! Ty znasz? Znasz?”)

Maroko herbata

Po zwiedzeniu starego miasta w Fezie – największej średniowiecznej medyny na świecie – wyruszyliśmy do rodzinnej wioski Karima, położonej osiemdziesiąt kilometrów dalej w rzadko zaludnionych rejonach, w których ludzie żyją głównie z hodowli bydła.

Zwiedziliśmy sobotni wiejski targ, na którym można było kupić wszystko od rury wydechowej poprzez wór oliwek po osła czy barana. Pojechaliśmy do wytwórni soli, wypłukiwanej z okolicznych purpurowych skał. I w końcu dotarliśmy do rodziny pasterzy, którzy hodowali kozy i owce na samotni w pobliskich wzgórzach.

Około czterdziestoletni ojciec, jego młodziutka żona oraz dwójka dzieci po raz pierwszy widzieli Europejczyków, a więc zostaliśmy ugoszczeni w stylu „czym chata bogata”, a następnie wypytani o wszystkie ważne rzeczy. Jak wygląda śnieg pokrywający całe pole, a przede wszystkim – jak grube są nasze krowy, skoro mogą jeść świeżą trawę prawie przez cały rok? W oborze stały cztery chude jałówki przeżuwające słomę, czekając na pierwsze jesienne deszcze, które w końcu zazielenią pastwiska spalone przez słońce.

Afryka na wyciągnięcie ręki

Wycieczka do Maroka nadal jest najtańszym sposobem na zakosztowanie odrobiny afrykańskiej egzotyki. W porównaniu na przykład z Egiptem jest też bardzo bezpieczne – smutny wyjątek stanowi tegoroczny atak bombowy na Jemaa El-Fna w Marakeszu. Miejscowy ustrój nie jest wprawdzie demokracją w naszym, europejskim rozumieniu, jednak Marokańczycy na ogół szanują swojego młodego króla, który stara się dotrzymać kroku Europie.

Z wyjątkiem handlarzy w centrach dużych miast, gdzie turyści traktowani są jak chodzące skarbonki, Marokańczycy są skromnymi i serdecznymi ludźmi. Co ciekawe, wielu podróżników twierdzi, że Maroko najlepiej jest odwiedzić z małym dzieckiem. Podróżująca rodzina przyjmowana jest przez muzułmanów niezwykle ciepło, więzi rodzinne to świętość.

Maroko to duży kraj pełen intrygujących kontrastów. Można w nim spędzić kilka miesięcy i nadal nie mieć dosyć, nie zwiedzić nawet tych najważniejszych punktów. Sam chciałbym tam kiedyś wrócić na dłużej i poszwendać się ot tak, bez celu. Zresztą trzeba – pustynia nadal czeka.

Galeria zdjęć  – tutaj.

14 komentarzy

  • Mariusz Stachowiak Oderwany
    23/04/2015 at 09:03

    Tak wiele osób, wraca z takimi samymi odczuciami co do ludzi, których tam się spotyka…

    Reply
  • balkanyrudej
    23/10/2015 at 09:39

    Maroko chciałabym odwiedzić z różnych względów, m.in. dla kotów, przypraw i kolorów. Kontrastowe kraje i miejsce również mnie pociągają, gdyż pozwalają na doznawania wielu różnych rzeczy na raz.

    Reply
    • Przedeptane
      23/10/2015 at 12:13

      Maroko jest pod tym względem idealne – blisko i tanio, a jednocześnie bardzo egzotycznie.

      Reply
  • Basia || Podróże Hani
    24/10/2015 at 21:19

    Hehe, ale że tacy podróżnicy nabrali się na numer z tym pokazaniem drogi ;)

    Reply
    • Przedeptane
      25/10/2015 at 12:00

      Nu, wstyd :) Musimy jednak zaznaczyć, że to była jedna z naszych pierwszych podróży poza Europę, byliśmy prawie zupełnymi żótodziobami. Zresztą później już nigdy – ani w Azji Południowo-Wschodniej, ani w Australii – nie spotkaliśmy się z tak perfidnym zdzieraniem kasy z turystów.

      Reply
  • KasiaN
    25/10/2015 at 11:33

    Chciałabym ale z dwoch powodów pewnie nigdy nie zawitam:) Pomijając kwestię kobiet, na co przymknęłabym ok, to jest coś czego nie dałabym rady w sobie pokonać – lęk przed kotami:(

    Reply
    • Przedeptane
      25/10/2015 at 11:57

      Hm, to faktycznie niefajnie – w tej sytuacji chyba odpada większość krajów arabskich :( A tak przy okazji – chyba jeszcze nie spotkaliśmy nikogo, kto boi się kotów, lęk przed psami jest o wiele bardziej powszechny.

      Reply
  • Kinga
    26/10/2015 at 17:04

    ah to Maroko. jakoś mam problem z odwiedzaniem miejsc, gdzie turystę traktuje się jak chodzącą skarbonkę. kiedyś tam pewnie pojadę, ale raczej nieprędko. inna sprawa, że jeżdżę solo i nie czułabym się tam komfortowo i opieram to przekonanie na własnych doświadczeniach z innego arabskiego kraju.

    Reply
    • Przedeptane
      26/10/2015 at 21:44

      Przekręty zdarzają się wszędzie, chociaż w tym Maroku faktycznie zaczynało to już być nużące – ale to naprawdę był problem tylko w tych najbardziej turystycznych miejscach (a zupełnie najgorzej w Marakeszu). Na wsi nie spotkaliśmy się z tym ani razu, tam ludzie byli otwarci i serdeczni, zupełnie inny świat.

      Reply
  • Marcin W
    27/10/2015 at 10:30

    Maroko to już dla mnie bardzo odległa przeszłość. Byłem tam wtedy, kiedy jeszcze nie było ogromnego ruchu turystycznego, był duży, ale nie masakryczny. Przyznam, chciałbym wrócić, aby przeżyć to miejsce raz jeszcze. Do tej pory pamiętam smak marokańskiej herbaty miętowej, nigdzie nie piłem lepszej.

    Reply
  • Worldschool Explorers
    13/07/2016 at 15:22

    Lecimy do Maroko za 3 dni. Juz sie nie moge doczekac! Dzieki za rady!

    Reply
  • Zofi
    25/10/2016 at 14:29

    Zofka Wędrowniczka

    a ja lece za 4 dni do Maroka.
    Czytam i czytam wasze wpisy i jestem juz tak nakręcona, ze nie mogę wytrzymać. Wracam 4 listopada 2016 i wpisze moje wspomnienia. papa

    Reply
    • Przedeptane
      25/10/2016 at 23:03

      O, jak miło :) Bardzo dobrze wspominamy ten wyjazd – piękny kraj, wspaniali ludzie. Mamy nadzieję, że ten Twój będzie co najmniej tak samo udany.

      Reply
  • Ania | Petrykivka.pl
    08/10/2017 at 20:29

    Siedzę w pociągu i mnie nosi!!! Właśnie wróciłam z Grecji, za miesiąc dopiero Maroko, a ta relacja jest jak miód na moje serce, łaknące autentycznych relacji! Strasznie mnie rozbawiła, zachęciła :) Urocze te pytania o polskie krowy mające dostęp do trawy :) Rozpaczam, bo teraz w Grecji zostawiłam moja kocia rodzinkę, która opiekowałam się kilka dni, więc już się boje rozstań z nimi w Maroko. Bez trzech tuzinow kotów nie wracam!!! Jeszcze się jaram tym, że na targu mogę kupić owce!!! Od roku sprawdzam ile w Polsce kosztują te cuda (tanio lub free), bo chce farmę!!! Zabawię się więc w Maroko w małego farmera! Siadam do kolejnych Waszych relacji, bo się super czyta (rzadkie) :)

    Reply

Leave a Reply