zwierzęta Archives - przedeptane /tag/zwierzeta/ Jedzoki w świat Mon, 04 May 2020 00:10:34 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/ /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/#comments Wed, 22 Apr 2020 09:37:40 +0000 /?p=3307 Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych. Wielka przemiana niewielkiej wyspy Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki. Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje […]

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych.

Wielka przemiana niewielkiej wyspy

Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki.

Klify Bruny Island

Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje wielkim metropoliom – na małomiasteczkowy klimat i stary, dobry, święty spokój. W wodach mariny kołyszą się nowoczesne i historyczne jachty niczym wspomnienie rybackiej i żeglarskiej historii miasta; wyżej, w ulicach, roi się od kafejek, sklepików i pubów, w których zbiera się kwiat miejscowej i przyjezdnej hipsterki oraz miłośnicy przygód wracający z tasmańskiej dziczy.

Obok tajskiego bistro oferującego tofukurczaka stoi butik z drewnianą biżuterią lokalnych artystów, w budynku gregoriańskiego hotelu znajduje się sklep z odzieżą outdoorową, w ogródku baru z dwudziestoma gatunkami piwa rzemieślniczego można usiąść na ławce lub w retro autobusie stojącym na trawniku. Na tablicy przy wjeździe do miasta znajduje się napis „Uchodźcy mile widziani”, na szybach barów i hosteli wiszą tabliczki „LGBT+ friendly”, podczas naszego pobytu przez główną ulicę przechodziła manifestacja w obronie praw Aborygenów. Ten klimat otwartości i tolerancji jest tym bardziej zaskakujący, gdy weźmiemy pod uwagę czarne karty tasmańskiej historii.

Protest uliczny przeciwko Australia Day, który obecnie przypada na rocznicę wylądowania Jamesa Cooka

Niedaleko Hobart przejeżdżaliśmy przez miasteczko, którego główną atrakcją był kościół zbudowany przez skazańców i dla skazańców. Architekt zaprojektował w budynku tylko jedne drzwi, aby członkowie zboru nie rozpierzchli się po okolicznym buszu. Było to jednak działanie trochę na wyrost, ponieważ tasmański busz był wtedy miejscem dla największych twardzieli – jeżeli nie dopadli Cię zbóje lub legendarnie wprost kapryśna pogoda, w nocy mogłeś się obudzić z diabłem tasmańskim wgryzionym w łydkę. A diabły nie lubią zostawiać resztek. Gdy dopadły kogoś wystarczająco osłabionego, po latach znajdowano tylko podeszwę lub pasek od spodni.

Diabeł tasmański

Potencjalnych uciekinierów odstraszała też wizja spotkania Aborygenów, którzy już dawno porzucili pokojowe nastawienie, z jakim witali pierwszych białych gości. To właśnie Tasmania jest najstarszą australijską kolonią i pierwszym miejscem starcia z aborygeńską ludnością, która nie wytrzymała zbyt długo kontaktu z zachodnią cywilizacją. Brytyjczycy przyszli, przepędzili miejscowych na najbardziej niegościnne tereny i zjedli wszystkie emu (ostatni tasmański nielot upiekł się w latach 50. XIX wieku), w zamian oferując tubylcom bogatą ofertę europejskich chorób zakaźnych, które kosiły całe wioski jak żyto. Ostatnia miejscowa Aborygenka czystej krwi zmarła w Hobart w 1876 roku, czyli niecałych 100 lat od momentu, kiedy kapitan Cook podał rękę pierwszemu z jej przodków. A i potem nie było lepiej, bo po rozprawieniu się z tubylcami Tasmańczycy wzięli się za innych bliźnich. Przez dużą część XX wieku Tasmania nazywana była „wyspą bigotów” – homoseksualizm był na niej nielegalny aż do 1997 roku.

Po zniesieniu kontrowersyjnego prawa wyspa nie tylko zrównała krok, ale wkrótce też wyprzedziła pozostałe stany. Wyspa skazańców stała się oazą tolerancji i nie boi się stawiać na nowe trendy. W ten sposób zwieńczono proces zmiany marki, który rozpoczął się już w pierwszej połowie XIX wieku. Wyspa porzuciła wtedy starszą nazwę „Ziemi Van Diemena”, kojarzącą się głównie ze skazańcami, zarośniętymi bandytami, alkoholizmem i kazirodztwem.

Piekarska samoobsługa

Chwostka szafirowa

Jednym z wyznaczników tej cichej tasmańskiej rewolucji jest MONA, Muzeum Starej i Nowej Sztuki, stworzone przez tasmańskiego milionera i kolekcjonera sztuki, Davida Walsha. Do muzeum można dopłynąć bezpośrednio z mariny ekspresowymi promami, które z zewnątrz ozdobione są charakterystycznym wzorem moro, a w środku – muralami i graffiti. Kolekcje znajdują się w rozległych, kilkupiętrowych pieczarach wykutych w podziemnej skale i obejmują szeroki zakres dzieł od czasów starożytnych do nowoczesności, od egipskich sarkofagów po interaktywne instalacje i poszerzoną rzeczywistość. Ta eklektyczna mieszanka wątków i tematów, kreatywności i wisielczego humoru sprawiła, że instytucja nazywana jest czasem „wywrotowym Disneylandem dla dorosłych”. Jednym z eksponatów jest na przykład żywy człowiek, który nosi obraz wytatuowany na swoich plecach i spędza w muzeum kilka miesięcy rocznie, siedząc na piedestale w blasku reflektorów. Prawdę powiedziawszy, podziwiam odwagę tych, którzy przyprowadzili do MONA swoje dzieci lub starszyznę rodu. Droga powrotna musiała być wypełniona pytaniami lub żenującą ciszą. Chyba właśnie o to chodziło Walshowi, który w oryginalny sposób podszedł nie tylko do wystawienia swojej kolekcji, ale też do finansowania całej instytucji. Podczas gdy wszyscy Tasmańczycy mogą odwiedzać zbiory za darmo, MONA wprowadziła poszerzony pakiet daleko wykraczający poza płatne, dożywotnie członkostwo. Za – bagatela – 75 tysięcy dolarów można wykupić pakiet „wiecznego członkostwa”, który obejmuje nie tylko wstęp na wszystkie wystawy i koncerty za życia, ale – po jego zakończeniu – także kremację i wystawienie prochów w urnie zaprojektowanej przez znaną artystkę/taksydermistkę Julię deVille. No umierać, nie żyć.

Ale jeszcze nie teraz. Na razie trochę pożyjmy i pozwiedzajmy, zwłaszcza, że Hobart jest świetnym punktem wypadowym do eksploracji wyspy.

Puszcze, raki i kopalnie

Z głównego miasta można wyruszyć w kilkudniową podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża ( mogliście ją z nami odbyć kilka lat temu w poprzednim artykule dla Zwrotu). Na południu znajduje się z kolei podwójna wyspa Bruny Island oferująca nie tylko esencję tasmańskiej fauny i flory, ale też lokalną populację walabii-albinosów. Nie wiecie, co to walabia? Już wyjaśniam. Otóż Europejczyk nazwałby ją pewnie kangurem, jednak mieszkańcy Antypodów – niczym Eskimosi rozróżniający rzekomo kilkanaście gatunków śniegu – mają dla torbaczy z podrzędu kangurokształtnych całą skalę określeń. Największe, muskularne i szczupłe są prawdziwe kangury; mniejsze, puchate i zdecydowanie częściej spotykane są walabie; na Tasmanii można się spotkać też z pademelonami osiągającymi rozmiary kota, oraz jeszcze mniejszymi bettongami, zwanymi po polsku kanguroszczurnikami. A to zaledwie jedna część miejscowych zwierząt. Czym głębiej w las, tym robi się ciekawiej. W strumykach i rzekach żyją dziobaki prawie trzykrotnie większe od kontynentalnych, w trakcie podróży często spotykaliśmy kolczatki poszukujące przekąsek w przydrożnych liściach. Na Tasmanię nigdy nie dotarły koale, jednak jest ona świetnym miejscem do obserwacji wombatów, a także torbaczy drapieżnych, które praktycznie wcale nie występują na kontynencie.

End of the Road. Dalej się nie da.

Podróż po zachodniej Tasmanii możemy rozpocząć w Cockle Creek, najbardziej wysuniętym na południe miejscem w całej Australii, do którego można dotrzeć samochodem. Stojąc na skalistym wybrzeżu znowu przypominamy sobie o tym, że z Tasmanii bliżej jest na Antarktydę, niż na tropikalną północ kontynentu – z Hobart ruszają loty na stacje polarne, w miejscowym ogrodzie botanicznym znajduje się dział flory antarktycznej. Sama Tasmania porośnięta jest krewniakami roślin porastających szczątki południowego superkontynentu Gondwany, który 180 milionów lat temu rozpadł się na Australię, Nową Zelandię, Antarktydę, Afrykę i Amerykę Południową. W chłodnych, wilgotnych lasach Tasmanii rosną bukany, czyli odpowiedniki buków z północnej półkuli. Drzewa te, które jako jedyne w Australii zrzucają liście na zimę, rosły jeszcze 3 miliony lat temu także na Antarktydzie, zanim ostatecznie nie skuł jej lód.

Arktyczna roślinność w ogrodzie botanicznym w Hobart

Ruszając na północ natykamy się na rzekę Huon, która dała nazwę kolejnemu tasmańskiemu endemitowi – sośnie Huon słynącej nie tylko z pięknego, szlachetnego drewna, ale też swojej długowieczności. Niektóre tasmańskie okazy mają aż 3000 lat i uznawane są za jedne z najstarszych żywych organizmów na ziemi. Inne miejscowe drzewa, eukaliptusy, walczą z kolei o miano najwyższych. Kilkanaście z nich dorasta do 90 metrów, a najwyższy – Centurion – przekroczył magiczną granicę 100 metrów, co zapewniło mu pozycję trzeciego najwyższego drzewa na świecie. Niemniej interesujące są niższe piętra tasmańskich lasów. W mrocznym półświatku mchów i zimnych strumieni świetnie powodzi się paprociom drzewiastym, których pnie i monstrualne wachlarze przypominają bardziej tropikalne palmy, niż paprotki z europejskich lasów. Pod ziemią, wplecione w korzenie drzew rosną trufle, jedno z kulinarnych bogactw Tasmanii. W błotnistych brzegach rzek ukrywają się z kolei gigantyczne tasmańskie raki, największe słodkowodne bezkręgowce świata, których najstarsze osobniki – a raki te mogą żyć do 60 lat – osiągają aż 80 centymetrów długości i 6 kilo wagi.

Walabia

Ausralijski sromotnik Aseroë rubra

Kolczatka

W pobliskim parku narodowym Hartz Mountains krajobraz ulega dramatycznej przemianie. Wraz z rosnącą wysokością nad poziomem morza gęste, wilgotne lasy ustępują miejsca niskiej, alpejskiej roślinności. W najwyższych partiach gołe skały otaczają niecki z mokradłami i jeziorami polodowcowymi, a karłowate drzewa i krzewy wzbijają się wyżej tylko w lecie, zanim ich kwiatów nie zerwą zimowe wichury i zamiecie śnieżne.

Alpejskie krajobrazy Hartz Mountains National Park

Połacie lasów w tak zwanej Tasmańskiej Dziczy na zachodzie wyspy przerwane są tu i tam głębokimi bliznami po wygasłym przemyśle wydobywczym, który w swoim czasie ściągał tutaj rzesze ludzi z całego świata. Dzisiaj na terenach zamkniętych kopalń złota, srebra czy miedzi pozostały tylko senne miasteczka, które starają się przekuć okruchy dziewiętnastowiecznej sławy na turystyczny potencjał. I całkiem nieźle im to wychodzi. W jednym z nich, Zeehan, spędzamy kilka godzin na zwiedzaniu jednego z najciekawszych muzeów, jakie przyszło nam zobaczyć. Centrum Dziedzictwa Zachodniego Wybrzeża to dosłownie miasto w mieście, surrealistyczny kompleks obejmujący kilka dziewiętnastowiecznych budynków, często z kompletnym wyposażeniem. Oprócz standardowych zbiorów dokumentujących życie górników, farmerów, czy lekarzy na terenie Centrum znajduje się też replika kopalni, zbiór lokomotyw, posterunek policji z celami dla aresztantów, loża masońska, a nawet cały teatr, włącznie ze starą salą bilardową, kasami biletowymi i plakatami filmów niemych.

Tunele opuszczonych kopalni

Zdjęcia w muzeum przedstawiały też walkę miejscowych z regularnie powracającym żywiołem ognia. Podczas podróży przez interior wyspy przejeżdżaliśmy kilka razy przez obszary zniszczone przez pożary buszu, z ulgą zauważając powracające życie. Między sczerniałymi pniami powalonych gigantów przeżyły niższe drzewa, które już nieśmiało zazieleniały się świeżymi pędami. W nadmorskich lasach zwęglona kora łuszczyła się pod naporem deszczu, spływała w strumieniach do podnóża wzgórz, a osadzając się, barwiła piasek plaż na kolor smoły.

Busz po pożarze

Na cieszyńskim orzechu

Po dotarciu na północ wyspy otworzył się przed nami całkowicie odmienny pejzaż. Lasy ustąpiły miejsca farmom i sadom, w których królują europejskie owoce i warzywa, czyli produkty uważane w warunkach suchej i gorącej Australii za prawie egzotyczne. Tasmania znana jest też ze znakomitych miodów eukaliptusowych, przetworów i cydrów.

The Nut i miasteczko Stanley

W końcu dotarliśmy do jednej z najciekawszych destynacji tasmańskiej północy. Rybackie miasteczko Stanley kurczy się u podnóża wulkanicznej skały zwanej przez miejscowych The Nut, czyli Orzechem. Stanley, które było niegdyś bazą wypadową dla wypraw wielorybniczych, jest obecnie Mekką wędkarzy i miłośników morskiej fauny. Wybrzeże usiane jest koloniami uchatek, kormoranów i niebieskich pingwinów małych; w samym porcie rzuciłem niecenzuralnym słowem, gdy pod moimi stopami z wody wyłoniła się ponad dwumetrowa płaszczka.

Widok z The Nut

Paprocie drzewiaste

Na The Nut można wyjść pieszo lub wyjechać kolejką, podziwiając po drodze spektakularne widoki na plaże i morze Cieśniny Bassa. Wody tej cieśniny słyną ze swojej nieprzewidywalności, gwałtownych sztormów i 15-metrowych fal, co sprawia, że wybrzeża północnej Tasmanii i południowej Wiktorii usiane są setkami wraków. Tego dnia jednak cała ta paleta zieleni i błękitów bardziej przypominała pocztówkę z Karaibów, niż cmentarzysko statków.

Weszliśmy na płaski szczyt wzgórza. Prawie w całości pokrywają go łąki, na których wszechobecne muchy uciekają przed stadami ważek, w eukaliptusowych zagajnikach na południowym stoku mieszkają z kolei płoche walabie. Cała skała o wysokości 152 metrów jest tak zwanym nekiem wulkanicznym, czyli korkiem wypełniającym krater nieistniejącego już wulkanu sprzed 16 milionów lat. Nasze śląskie serca rozgrzało trochę odkrycie, że ten tasmański Orzech jest w całości zbudowany nie z byle jakiej skały magmowej, a… z cieszynitu, który po raz pierwszy został opisany w Cieszynie, jednak oprócz pogranicza Czech i Polski występuje też w Szkocji i właśnie w Australii.

Tak więc stało się, znaleźliśmy wspomnienie rodzinnych stron nawet tutaj, na wpół drogi między Australią, a Antarktydą. Przed ojczyzną nie uciekniesz.


Migawki z podróży, które umieszczaliśmy na Instagram Stories, możesz obejrzeć TUTAJ.

Mapka wyprawy:

O poprzedniej wyprawie możesz przeczytać we wpisach Tasmania. Wschodnie wybrzeże czarciej wyspy oraz Cradle Mountain. Chłodne serce wyspy.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 2/2020.

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/feed/ 11
Nie każdy kangur jest kangurem /2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/ /2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/#respond Tue, 04 Feb 2020 10:04:06 +0000 /?p=3309 … czyli krótki przegląd australijskiej fauny kicającej. Był taki brodaty dowcip: „Czym się różni krokodyl?” (odpowiedź: „Jest dłuższy niż zielony.” Badum tss). Okazuje się, że w przypadku kangurów podobne pytanie wcale nie jest tak głupie, ponieważ pod tą potoczną nazwą kryje się cała skala zwierząt z podrzędu kangurokształtnych. O ile Australijczycy całkiem dobrze je rozróżniają, Europejczykom wychodzi to już nieco gorzej, postanowiliśmy więc przynieść też nad Wisłę oświaty kaganiec i wyjaśnić, jaka jest różnica między poszczególnymi rodzajami tych zwierząt. Cały podrząd kangurokształtnych dzieli się na trzy rodziny: kangurowate, kanguroszczurowate i torebnikowate. I tu zaczynają się schody, ponieważ te trzy rodziny dzielą się na wiele podrodzin i rodzajów zwierząt zamieszkujących nie tylko kontynentalną Australię, ale też Tasmanię, a nawet Nową Gwineę (na Nowej Zelandii występują wyłącznie jako gatunki inwazyjne sprowadzone przez ludzi). Dla ułatwienia orientacji stworzyliśmy […]

The post Nie każdy kangur jest kangurem appeared first on przedeptane.

]]>
… czyli krótki przegląd australijskiej fauny kicającej.

Był taki brodaty dowcip: „Czym się różni krokodyl?” (odpowiedź: „Jest dłuższy niż zielony.” Badum tss). Okazuje się, że w przypadku kangurów podobne pytanie wcale nie jest tak głupie, ponieważ pod tą potoczną nazwą kryje się cała skala zwierząt z podrzędu kangurokształtnych. O ile Australijczycy całkiem dobrze je rozróżniają, Europejczykom wychodzi to już nieco gorzej, postanowiliśmy więc przynieść też nad Wisłę oświaty kaganiec i wyjaśnić, jaka jest różnica między poszczególnymi rodzajami tych zwierząt.

Cały podrząd kangurokształtnych dzieli się na trzy rodziny: kangurowate, kanguroszczurowate i torebnikowate. I tu zaczynają się schody, ponieważ te trzy rodziny dzielą się na wiele podrodzin i rodzajów zwierząt zamieszkujących nie tylko kontynentalną Australię, ale też Tasmanię, a nawet Nową Gwineę (na Nowej Zelandii występują wyłącznie jako gatunki inwazyjne sprowadzone przez ludzi).

Dla ułatwienia orientacji stworzyliśmy poniższą tabelkę całego podrzędu:

kangur, walabia, quokka, zwierzęta, torbacze

Troszku to skomplikowane, prawda? Już wyjaśniamy.

Kangurowate

Jak widzicie, pierwsza, największa rodzina (czyli kangurowate) dzieli się na podrodzinę kangurów i filanderków, a podrodzina kangurów dzieli się z kolei na dziesięć kolejnych rodzajów. Jednym z nich są właśnie prawdziwe kangury – i tylko je Australijczycy nazywają „kangaroos” czy „roos”.

Wyróżniają się one smukłą, muskularną budową i krótszą sierścią, a w odróżnieniu od mniejszych kuzynów preferują otwarte przestrzenie. Do tej rodziny należą największe żyjące torbacze – kangury rude mogą mieć aż 2 metry od nosa do czubka ogona. Od mniejszych torbaczy różnią się też szybkością poruszania się oraz zdolnością do wykonywania ogromnych skoków.

Podręcznikowy kangur wygląda o tak:

kangur, torbacz, Australia

Kangury zamieszkują praktycznie całą Australię i to właśnie one najczęściej występują na australijskich logotypach, ilustracjach i pocztówkach. W rzeczywistości niełatwo je spotkać w pobliżu dużych miast (my natknęliśmy się na nie tylko w jednym z miejskich parków w Perth) – o wiele liczniejsze są na rzadziej zamieszkanych terenach, najczęściej na obszarach uprawy bydła, gdzie korzystają z wybudowanych wodopojów.

Ich bliskimi krewnymi są walabie. Dzięki swoim niewielkim rozmiarom lepiej sobie radzą w pobliżu ludzkich siedzib, wiele razy spotykaliśmy je podczas spacerów po buszu na obrzeżach Sydney, Cairns czy Hobart. Australijczycy nazywają walabiami także kolejne dwa rodzaje kangurokształtnych – skalniaki i pazurogony. Walabie generalnie preferują bardziej zarośnięte tereny, poruszają się wolniej i mniejszymi skokami. Wszystkie różnią się też od „prawdziwych” kangurów drobniejszą budową i gęstszym futrem, które ułatwia im przeżycie także w chłodnych klimatach. Ta kombinacja cech – kompaktowe rozmiary, odporność na zimno i prosta dieta – sprawia, że całkiem dobrze powodzi się im także w Europie, gdzie walabie uciekające z ZOO lub prywatnych hodowli stworzyły już kilka dziko żyjących populacji. A jak wygląda walabia? Poniżej przykładowy okaz z przychówkiem.

walabia torbacz Australia

Swoistą miniaturką kangura jest pademelon, drobny torbacz hojnie występujący zwłaszcza na Tasmanii, ale spotykany też w Nowej Południowej Walii, w Queensland i na Nowej Gwinei. Pademelony to niepozorne zwierzęta, które – podobnie jak walabie – nie stronią zbytnio od ludzi i zwłaszcza w okolicach świtu lub zmierzchu lubią myszkować w pobliżu ich siedzib. Podczas podróży po Tasmanii praktycznie na każdym campingu czy polu namiotowym mieliśmy lokalnego, przydziałowego pademelona lub walabię.

Generalnie pademelony są jeszcze mniejsze i bardziej krępe od walabii, mają krótsze ogony i uszy, przez co ich pyszczki nabierają nieco gryzoniowatego charakteru. Patrz poniższe zdjęcie przedstawiające tasmańskiego pademelona.

pademelon torbacz Tasmania Australia

W dużym uproszczeniu można więc powiedzieć, że dla Australijczyka duże kangurowate zwierzę to kangur, a małe – walabia lub pademelon.

Bardzo ciekawym rodzajem są mało znane drzewiaki, czyli kangury nadrzewne (tree kangaroos). Występują one wyłącznie w lasach deszczowych północnego Queensland i Nowej Gwinei. Niestety w ostatnim czasie bardzo źle znoszą zmiany klimatyczne, o czym pisaliśmy w poniższym tekście na Facebooku:

Jednym z symboli Zachodniej Australii są z kolei quokki. Te malutkie torbacze występowały dawniej na całym zachodnim wybrzeżu, jednak stopniowo zostały wyparte przez ludzi (i ich koty), także obecnie spotkać je można tylko na kilku wyspach w okolicach Perth, a przede wszystkim na przepięknej Rottnest Island, gdzie osiągnęły status turystycznych celebrytów.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Przedeptane (@przedeptane) on

Pozostałymi rodzajami należącymi do tej rodziny są tzw. kangury zajęcokształtne, czyli filandry oraz kangurniki i kangurowce występujące wyłącznie na Nowej Gwinei. Osobną podrodziną są filanderki.

Kanguroszczurowate

Jeżeli jeszcze nie zrobiło Wam się słabo od całej tej systematyki, to jedziemy dalej.

Przedstawiciele rodziny kanguroszczurowatych nadal przypominają walabie czy bettongi, jednak są od nich jeszcze mniejsze – osiągają maksymalnie rozmiary zająca, częściej jednak są niewiele większe od szczura. Te niegdyś liczne zwierzęta pełniły ważną rolę w wielu australijskich ekosystemach, jednak w XIX i XX wieku zostały praktycznie całkowicie wytępione na australijskim kontynencie – ich niewielkie, zagrożone populacje przeżywają na wyspach. Należą tutaj potoroo (kanguroszczury) oraz bettongi (kanguroszczurniki, na zdjęciu poniżej).

bettong kanguroszczurnik

Torebnikowate

Jedynym żyjącym przedstawicielem trzeciej i ostatniej rodziny kangurokształtnych jest torebnik piżmowy (musky rat-kangaroo), drobny torbacz zamieszkujący lasy deszczowe północnego Queensland.

Torebnik pizmowy torbacz Queensland

Jak może zauważyliście, torbacze skwapliwie skorzystały z tego, że dzięki kilkudziesięciu milionom lat izolacji do Australii nie dotarły duże ssaki łożyskowe. Kangury i walabie pełnią w lokalnych ekosystemach podobną rolę, jak antylopy w Afryce czy sarny w Europie, podczas gdy pademelony i mniejsze gatunki przypominają swoim zachowaniem i dietą gryzonie lub zajęczaki. Oczywiście kangurokształtne tworzą zaledwie część australijskiej fauny workowatej – pozostałe torbacze opanowały praktycznie wszystkie nisze ekologiczne wypełnione na innych kontynentach przez łożyskowce. Można tu spotkać torbacze żyjące pod ziemią, spędzające całe życie przekopując się przez pustynny piasek lub przelatujące z drzewa na drzewo lotem ślizgowym; w Australii żyją torbacze mrówkożerne, drapieżne, a nawet padlinożerne.

O nich jednak napiszemy innym razem.

zdjęcia: archiwum Przedeptane + WikiCommons (bettong, torebnik)

The post Nie każdy kangur jest kangurem appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/feed/ 0
Fauna z werandy. Jakie zwierzęta żyją w sydnejskich ogrodach? /2017/zwierzeta-ogrody-sydney-australia/ /2017/zwierzeta-ogrody-sydney-australia/#comments Wed, 18 Jan 2017 07:57:47 +0000 /?p=2569 Jedną z zalet życia na przedmieściach Sydney jest to, że nie trzeba tutaj długo szukać kontaktu z naturą – zwierzęta same przychodzą pod próg. Oto kilka z nich. Aby nie było, że koloryzujemy – wszystkie poniższe zdjęcia zostały wykonane na obszarze zaledwie kilkudziesięciu metrów kwadratowych, niektóre bez wstawania z krzesła. Ptaki Pierzaków jest oczywiście najwięcej – od małych, kolorowych ziarnojadów, poprzez mniejsze i większe papugi, aż po ibisy. Wiele z nich gniazduje na dwóch palmach przy werandzie. Jednym z najładniejszych ptasich gości jest chwostka szafirowa (Malurus cyaneus, wiki). O jej kuzynce pisaliśmy w tekście o gigantycznych eukaliptusach z Zachodniej Australii – jak widać, wszystkie samce ptaków z tej rodziny mają podobnie wyraziste, niebieskie upierzenie. Chwostki mają plus za wrażenia estetyczne, ale minus za charakter – są tak naspidowane, że Darek od lat daremnie próbuje zdobyć chociaż jedno ostre zdjęcie. Poniżej zamieszczamy fotkę z szufladki „close […]

The post Fauna z werandy. Jakie zwierzęta żyją w sydnejskich ogrodach? appeared first on przedeptane.

]]>
Jedną z zalet życia na przedmieściach Sydney jest to, że nie trzeba tutaj długo szukać kontaktu z naturą – zwierzęta same przychodzą pod próg. Oto kilka z nich.

Aby nie było, że koloryzujemy – wszystkie poniższe zdjęcia zostały wykonane na obszarze zaledwie kilkudziesięciu metrów kwadratowych, niektóre bez wstawania z krzesła.

Ptaki

Pierzaków jest oczywiście najwięcej – od małych, kolorowych ziarnojadów, poprzez mniejsze i większe papugi, aż po ibisy. Wiele z nich gniazduje na dwóch palmach przy werandzie.

Jednym z najładniejszych ptasich gości jest chwostka szafirowa (Malurus cyaneus, wiki). O jej kuzynce pisaliśmy w tekście o gigantycznych eukaliptusach z Zachodniej Australii – jak widać, wszystkie samce ptaków z tej rodziny mają podobnie wyraziste, niebieskie upierzenie.

Chwostki mają plus za wrażenia estetyczne, ale minus za charakter – są tak naspidowane, że Darek od lat daremnie próbuje zdobyć chociaż jedno ostre zdjęcie. Poniżej zamieszczamy fotkę z szufladki „close enough”.

Bardzo mile widzianym, chociaż płochliwym gościem jest lamparcik plamisty (Pardalotus punctatus, wiki), jeden z najmniejszych australijskich ptaków. Samce dorastają do 8-10 centymetrów, a więc – jak przekonacie się za chwilę – są mniejsze od niektórych „naszych” pająków.

Rano lub wczesnym wieczorem na nasiona traw zlatuje się gromadka drobnych, zawadiackich żarłoków. Kraśniczek czerwonobrewy (wiki) należy do rodziny astryldowatych i w Polsce byłby ciekawym dodatkiem do domowej hodowli (180 złotych sztuka!). Tym bardziej doceniamy fakt, że możemy obserwować je za darmo i bez krat.

Przy płocie rośnie duże cestrum, krzew z rodziny psiankowatych (wiki), które praktycznie nieustannie kwitnie i wabi kilka gatunków miodojadów. Jednym z nich jest miodaczek białouchy (Latrodectus hasselti, wiki).

 Oprócz endemicznych australijskich ptaków w Sydney można spotkać wiele gatunków inwazyjnych, pochodzących z innych kontynentów. Anglicy sprowadzili tutaj nie tylko europejskie wróble i szpaki…

… ale też wiele ptaków z Azji. Najczęstszymi gośćmi są indyjskie majny, które dzięki wrodzonej inteligencji i asertywności szybko rozprzestrzeniły się po całej Australii. Na naszej werandzie rzadziej pojawia się inny, czubaty gość z Indii – bilbil zbroczony (wiki), zwany też „bulbulem”. W Azji od stuleci trzymany był w klatkach, by cieszyć właścicieli swoim śpiewem i kontrastowym upierzeniem, w niektórych krajach organizowano nawet ich pojedynki na wzór walk kogutów.

Z Dalekiego Wschodu pochodzi też synogarlica perłoszyja (Spilopelia chinensis, wiki).

Owady w Sydney

Wiele miejscowych insektów wielokrotnie przerasta swoich europejskich krewniaków. Niedawno wylądował u nas Musgraveia sulciventris (wiki), pluskwiak odżywiający się sokami cytrusów. Owady te są na tyle duże (dorastają do 2,5 cm długości), że na ich bokach można gołym okiem zauważyć przetchlinki.

Żuki też są niczego sobie. Lecącego „cowboy beetle” (Chondropyga dorsalis, wiki) słychać z odległości kilkunastu metrów.

Generalnie nie narzekamy na brak sześcionogów. Czasem na werandzie pojawi się ogromny, szafirowy motyl, czasem modliszka, patyczak lub turkuć podjadek, wieczorem nie dają nam spać świerszcze i cykady. Zdecydowanie królują jednak mrówki, które na szczęście nie sprawiają większego kłopotu, o ile akurat nie popełnią zbiorowego samobójstwa w szklance z sokiem lub piwem. Kilka razy zauważyliśmy jednak mały dramat: do przydomowej kolonii regularnie przychodzi na polowanie żołnierz (tzw. „robotnica major”) inwazyjnego gatunku Pheidole megacephala (wiki). Żołnierze o absurdalnie przerośniętych głowach są wielokrotnie więksi od lokalsów, a więc starcie trwa zwykle tyle, co walka Pudzian-Popek.

Pająki w Sydney

W domu i w ogrodzie spotkaliśmy już dwa stosunkowo niebezpieczne ośmionogi. Raz trafił nam się tzw. white-tailed spider (Lampona murinawiki), w ogrodzie mieszkał z kolei jadowity, ale zdecydowanie przereklamowany redback (Latrodectus hasselti, wiki), bliski kuzyn czarnej wdowy. Redbacki można spotkać na terenie całego Sydney, ale to raczej płoche zwierzęta, które większość czasu spędzają w ukryciu.

Jak widać, chociaż australijskie pająki mają paskudną renomę, to można z nimi żyć w zgodzie. Ukąszenia zdarzają się rzadko, a poważniejsze powikłania jeszcze rzadziej.

Oprócz dwóch jadowitych delikwentów na werandę zawita też czasem wielgachny huntsman. Jego rozmiary i szybkość mogą skłonić do zabrudzenia kalesonów nawet największego twardziela, ale trzeba pamiętać, że huntsmany są nieszkodliwe i pożyteczne. Każda wizyta „Szybkiego Zdzicha” jest małym wydarzeniem.

W zaroślach można też trafić na małe skakuny. Z bliska może i wyglądają kosmicznie…

… ale tak naprawdę są uroczymi, ciekawskimi stworzeniami, które w pełni zasłużyły na miano „labradorów wśród pająków”.

W bonusie dorzucamy dwóch regularnych gości – w dzień po ścianach domu śmiga kilkanaście drobnych jaszczurek, w nocy przychodzą rozkosznie niezdarne kitanki (dawniej pałanki kuzu, wiki) podjadające owoce mango z sąsiedniego drzewa. Ostatnio nasze palmy zaczęły odwiedzać też owocożerne nietoperze – rudawki, czyli tzw. flying foxy.

To zaledwie mała część zwierzyny, która baluje w naszym ogródku. Wpadajcie więc od czasu do czasu – będziemy na bieżąco dodawali zdjęcia nowych gatunków lub wymieniali fotki na lepsze i ostrzejsze.

Polecamy też inne wpisy o australijskich zwierzakach, o tu!

The post Fauna z werandy. Jakie zwierzęta żyją w sydnejskich ogrodach? appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/zwierzeta-ogrody-sydney-australia/feed/ 9
Zwierzęta w turystyce. Lista nieetycznych atrakcji. /2016/zwierzeta-turystyka/ /2016/zwierzeta-turystyka/#comments Mon, 20 Jun 2016 07:03:46 +0000 /?p=2026 … czyli kilkanaście miejsc z całego świata, w których można stracić wiarę w człowieka. Zamknięcie niechlubnie znanej Świątyni Tygrysów w Tajlandii ponownie otworzyło temat wykorzystania zwierząt w przemyśle turystycznym. Ponieważ tematyka ekologii, praw zwierząt i etycznego podróżowania zawsze była nam bliska, postanowiliśmy zapytać znajomych globtroterów, czy zdarzyło im się otrzeć o podobne atrakcje. Dzisiaj więc wpis ostrzegawczy. Dokąd nie jechać? Czego nie oglądać? Cywety produkujące Kopi Luwak „Kopi luwak, słynna „gówniana kawa”, to w Indonezji (i w Wietnamie czy na Filipinach) biznes pełen oszustw – ziarna kawy, zamiast przechodzić przez układ trawienny zwierząt, bywają poddawane sztucznym enzymom, aby wywołać podobny efekt, mielona kawa mieszana jest z prażoną kukurydzą lub mączką ryżową… Ale takie „drobne” oszustwa przynajmniej nie szkodzą zwierzętom, najgorsze, że miejscowi wyczuwając kasę zaczęli zakładać farmy, na których zwierzęta w klatkach karmione są wyłącznie kawą, […]

The post Zwierzęta w turystyce. Lista nieetycznych atrakcji. appeared first on przedeptane.

]]>
… czyli kilkanaście miejsc z całego świata, w których można stracić wiarę w człowieka.

Zamknięcie niechlubnie znanej Świątyni Tygrysów w Tajlandii ponownie otworzyło temat wykorzystania zwierząt w przemyśle turystycznym. Ponieważ tematyka ekologii, praw zwierząt i etycznego podróżowania zawsze była nam bliska, postanowiliśmy zapytać znajomych globtroterów, czy zdarzyło im się otrzeć o podobne atrakcje.

Dzisiaj więc wpis ostrzegawczy. Dokąd nie jechać? Czego nie oglądać?

Cywety produkujące Kopi Luwak

cyweta, kopi luwak

„Kopi luwak, słynna „gówniana kawa”, to w Indonezji (i w Wietnamie czy na Filipinach) biznes pełen oszustw – ziarna kawy, zamiast przechodzić przez układ trawienny zwierząt, bywają poddawane sztucznym enzymom, aby wywołać podobny efekt, mielona kawa mieszana jest z prażoną kukurydzą lub mączką ryżową… Ale takie „drobne” oszustwa przynajmniej nie szkodzą zwierzętom, najgorsze, że miejscowi wyczuwając kasę zaczęli zakładać farmy, na których zwierzęta w klatkach karmione są wyłącznie kawą, aby “produkowały” jej więcej. Tej prawdziwej kopi luwak od zwierząt na wolności zbiera się raptem kilkaset kg rocznie, a znaczy to, że 99% kawy, którą kupujemy w miejscach, do których zaprowadzi nas przewodnik na Jawie, Bali czy Sumatrze (i zapewnia, że żadna cyweta podczas jej produkcji nie została skrzywdzona), to podróbki. Czasem do opakowania kawy dołączony jest nawet certyfikat potwierdzający jej autentyczność, ale jako, że w Indonezji nie istnieje żadna instytucja to regulująca, w Photoshopie może go sobie zrobić każdy.”

Tekst: Emilia z bloga Emiwdrodze.pl / Zdjęcie: Wikimedia Commons

Delfiny na Bali

delfiny na Bali

Mały, ciasny basen, woda wydaje się czysta, ale już z daleka dociera do nas zapach chloru. Jesteśmy w północnej części Bali, w Melka Dolphin Hotel,w Lovinie. Delfinów w hotelu jest 5, z czego dwa prawie już ślepe, od chloru znajdującego się w wodzie. Hotel szczyci się, że uratował delfiny z dawnego cyrku na Jawie, gdzie były przetrzymywane w znacznie gorszych warunkach. Czy tutaj mają lepiej? Podobno mają lekarza, i tylko tyle. Hotel zarabia $125 od osoby, za możliwość popływania z delfinami. Można je do woli głaskać, całować, łapać za płetwę i dać się ciągnąć dookoła basenu, który ma rozmiar 10 na 20 metrów. Delfiny na zawołanie skaczą, pozują do zdjęć, wykonują różne akrobacje.

Ludzie reagują rożnie, niektórzy są nerwowi, co udziela się zwierzętom , inni pakują łapy gdzie popadnie, po ciele zwierzęcia, nawet w oczy, by sprawdzić jak działają. Delfiny w naturze pływają około 170 km dziennie. Tutaj nie mają na to szans – te piękne, inteligentne zwierzęta są trzymane całe dnie w śmierdzącej wodzie basenu na uciechę gawiedzi. Miejsca jak to będą istniały tak długo, dopóki turyści będą płacić pieniądze za takie atrakcje. Czyż nie piękniej byłoby zobaczyć te cudowne stworzenia na żywo, w oceanach?

Tekst i zdjęcie: Dee z bloga Nie zawsze poprawne zapiski Dee

Konie w Zakopanem

konie Tatry

Morskie Oko – największe jezioro w Tatrach, do którego cały rok ściągają rzesze turystów spragnionych wysokogórskich wrażeń. Niestety wiele z nich nie przyjeżdża tutaj obcować z górskim światem, ale zrobić selfie, wypić piwo i pokrzyczeć do telefonu „Ej, stary zgadnij k…wa skąd do Ciebie dzwonię?”. Dla nich powstają pseudoregionalne atrakcje, dla nich tworzą się kilometrowe kolejki do kas na Kasprowy Wierch i dla nich konie z Morskiego Oka ciągną przeładowane wozy.

Do szału doprowadzają mnie komentarze, że górale to rzeźnicy, że męczą konie, że wyciągają pieniądze z turystów. A kto, jak nie turyści, jest odpowiedzialny za taki stan rzeczy? Kto zapłaci każdą cenę za to, żeby się nie zmęczyć? Fiakrzy w Morskim Oku nie wożą przecież w wozach powietrza, ale zdrowych i pełnosprawnych ludzi, którym nie chce się ruszyć tyłka i pomaszerować o własnych siłach pod górę. To my, turyści, napędzamy tę machinę, bo oczekujemy tych atrakcji i dajemy na nie pieniądze. Popyt generuje podaż i zawsze znajdzie się ktoś, kogo nie obchodzi świadome i etyczne podróżowanie. Byle zgadzał się hajs i ilość zdjęć w smartfonie.

Tekst i zdjęcie: Magda z bloga W 10 inspiracji dookoła świata

Kozy w Maroku

kozy w Maroku zwierzęta

Przed wyjazdem do Maroka sporo słyszałam o „kozach na drzewach”. Nie kręciło mnie to. Kozice na drzewach widziałam już w parku narodowym w Izraelu. Swobodnie skakały po gałązkach i zajadały liście. To naturalna zdolność, która pozwala zwierzakom na przetrwanie w pustynnych warunkach, gdzie na ziemi zieleni niewiele.

Jakie było moje zdziwienie, jak zobaczyłam skąd marokańscy turyści mają zdjęcia kóz. Zatrzymaliśmy się busem jadącym z Marrakeszu do As-Sawiry. Wokół drogi rosło wiele drzew, a kozy stały nerwowo na jednym z nich patrząc na swoich strażników, którzy stali zaraz przy drzewie. Co i rusz jakaś próbowała uciec i była łapana przez pilnujących, po czym na drabinie wkładana z powrotem. Biedaczki czekały na godzinę, gdy turyści już się rozjadą, a te spokojnie będą mogły jeść trawę tam, gdzie mają ochotę. Jak tylko się pojawiłam jeden z Marokańczyków wręczył mi małe koźlątko w ramiona.

Po oddaniu zaczął się awanturować, że nie chcę mu zapłacić za możliwość potrzymania maleństwa. Krew mnie zalała.

Tekst i zdjęcie: Agnieszka z bloga Zależna w podróży

Kurczaki w Wenezueli

kurczaki Wenezuela

Gdy włóczyliśmy się po jednej z wenezuelskich ulic, naszą uwagę przykuł jeden z wielu, rozłożonych przy głównym placu miasta, stragan. Zresztą nie tylko naszą, bo otaczało go sporo ludzi. Okazało się, że sprzedawca handlował na nim… farbowanymi kurczakami! Cena tych kolorowych wynosiła około 5 zł, podczas, gdy „zwykłe” kurczaki chodziły za po 2zł. Straganiarz zapytany dlaczego je farbuje, powiedział, że takie cieszą się dużo większą popularnością, szczególnie wśród małych dzieci, które rzeczywiście tłumnie otoczyły stragan i z piskami radości tuliły i głaskały umęczone pisklaki.

Zastanawialiśmy się co stanie się z ptakami za kilka tygodni, gdy już znudzą się maluchom albo, co gorsza, stracą kolorowe piórka, więc słodkie pisklęta wraz z tym jak będą rosły stracą sporo na uroku i mogą stać się problemem. W końcu trzymanie w domu kury czy koguta to nie taka łatwa sprawa. Odpowiedź okazała się być prosta: większość z nich pewnie nie dotrwa do tego czasu, a te którym jakimś cudem się się uda… cóż, zawsze można przecież dać kotu.

Tekst i zdjęcie: Kasia Adamczyk-Tomiak z bloga Vanillaisland.pl

Lamy w Peru

lamy, Ameryka Południowa, Peru

Lamy w środowisku naturalnym. Rzecz jasna nie mamy zdjęcia z lamą w przebraniu, bo nie przykładamy do tego ręki. Jadąc do Peru, każdy chce mieć zdjęcie z lamą. Albo chociaż zdjęcie lamy. W rzeczywistości zrobienie sobie zdjęcia z lamą jest dość trudne, bo kiedy pójdzie się w góry, gdzie lamy się pasą, to te uciekają przed człowiekiem, co jest zupełnie zrozumiałe. Peruwiańczycy jednak wymyślili sposób, żeby wyjść naprzeciw oczekiwaniom turystów, a przy okazji zarobić. Za kilka soli można sobie zrobić zdjęcie z kolorową ubraną lamą, alpaką lub nawet z cielakiem lamy… Te biedne zwierzęta chodzą ze swoimi kolorowo ubranymi właścicielkami po ulicach Cusco lub Arequipy, żeby turyści mogli sobie z nimi robić zdjęcia. Nie trzeba chyba dodawać, że miejsce lam jest na pastwiskach, gdzie mogą sobie przygryzać trawę, a nie na ulicach miast poubierane do tego w idiotyczne, kolorowe stroje…

Tekst i zdjęcie: K. Wudniak / TropiMy Przygody

Lwy w RPA

lwy, turystyka, zwierzęta

Wolontariat ze zwierzętami w egzotycznym miejscu świata to marzenie wielu ludzi, a jego najbardziej ekstremalną formułą potrafią być ośrodki, w których opieką można otoczyć duże koty. Urocze zdjęcia wolontariuszy z lwami czy gepardami podsycają wyobraźnię, przez co liczba chętnych z roku na rok rośnie, a wraz z nimi przyrastają miejsca które oferują coś, co wydawać się może przygodą życia. Niestety faktyczna pomoc dla zwierząt zamieniła się w prężną gałąź biznesu – obecnie większość miejsc, w których za skromną „opłatą” kilku tysięcy złotych miesięcznie można opiekować się kotowatymi to miejsca, które koty rozmnażają i trzymają w niewoli tylko w celu zarabiania na tzw „woloturystach”. Koty w takich miejscach, po dorośnięciu często kończą jako trofea dla myśliwych z zachodu i w samym RPA w takich miejscach przebywa więcej lwów niż na wolności. Każdemu zainteresowanemu wolontariatem w Afryce przy kotowatych powinna zapalić się czerwona lampka gdy strona www reklamuje jakiekolwiek interakcje ludzi np. z lwami – bez odpowiedniego prześwietlenia takiego miejsca można skończyć jako trybik w brudnym biznesie opartym na krzywdzie zwierząt.

Tekst: Maciej Bielak / Animalus.eu

Zdjęcie: Wikimedia Commons (CC BY-SA 1.0)

Małpy w Indiach

małpy Indie zwierzęta

Popularnym w Indiach rodzajem „rozrywki” prezentowanej turystom i Hindusom jest pokaz tresury małp. Zwierzę uczone jest kilku trików, takich jak witanie się z przechodniem, taniec, akrobacja i kilka innych. W zamian za pokaz widzowie zostawiają kilkadziesiąt rupii trenerowi.

Małpy są zwierzętami bardzo inteligentnymi i wytresowanie ich do takiego posłuszeństwa może odbywać się tylko poprzez znęcanie się. Zwierzę jest bite i głodzone,, by spełniało polecenia właściciela. Wyrywa im się zęby, aby uniemożliwić im gryzienie w samoobronie. Co zaskakujące, taki proceder już od dawna zakazany jest przez indyjskie prawo, jednak jego egzekwowanie jest żałośnie słabe. Większość małp trenowanych do pokazów łapana jest w dżungli i odbierana rodzicom w młodym wieku.

Rada: nigdy nie bierz udziału w takich pokazach. Nie zgadzaj się, gdy ktoś proponuje taki pokaz dla Ciebie i znajomych. Nie dawaj też pieniędzy treserom.

Tekst i zdjęcie: Łukasz z bloga www.lukaszsupergan.com

Orangutany na Sumatrze

orangutan, Indonezja, wikimedia

Orangutany są krytycznie zagrożonym gatunkiem małp człekokształtnych, które obecnie można spotkać w lasach deszczowych jedynie na Sumatrze i Borneo. Poza wycinaniem lasów pod plantacje palmy oleistej, swego czasu gatunkowi zagrażało odławianie młodych osobników przez człowieka. Gdy dorastały, okazywały się zbyt niebezpieczne i dzikie, by być domowym pupilem. Trafiały do Ośrodka Rehabilitacji przy Parku Narodowym Gunung Leuser, gdzie starano się je przywrócić naturze. Dziś orangutany zamieszkują dżunglę w okolicach Bukit Lawang, a w porze, kiedy owoców jest niewiele, są dokarmiane przez pracowników parku.

Najgorszym procederem jest jednak oferowanie trekingów z możliwością zobaczenia orangutana (pewność 100%, opłata za wycieczki pobierana w euro). Miejscowi wprost nazywają to biznesem, a turyści wracający z wycieczek chwalą się kadrami niczym z National Geographic. Jak to możliwe? Okazuje się, że wśród „przewodników” powszechny jest proceder dokarmiania orangutanów, na TripAdvisor pojawiają się informacje, że przewodnicy wręcz zachęcają turystów do dotykania zwierząt. Ponadto w obozowiskach często zostawiane jest jedzenie, by zwabić do nich też makaki i gibony. Tak właśnie wygląda „przywracanie orangutanów naturze” w Bukit Lawang.

Tekst: Agnieszka Muzińska / Zdjęcie: Wikimedia Commons

Osły i wielbłądy

osły

Osły i wielbłądy są w turystyce wykorzystywane głównie jako środek transportu. Popularną atrakcją są przejażdżki na wielbłądach a osłom przykleja się naklejkę TAXI i obwozi turystów po mieście (np. Mijas Pueblo) lub wwozi pod górę (np. Lindos na Rodos). W Turcji widziałam, jak eksploatowane za dnia wielbłądy, były wieczorem „parkowane” w lesie, przywiązane krótkim sznurkiem do drzewa, w czasie wczesnojesiennych burz, a miejscowe dzieci rzucały w nie kamieniami. W Maroku odmówiłam udziału w wielbłądzim safari – zwierzęta były brudne, wychudzone i wyglądały na bardzo zmęczone. W jednym z parków w Polsce widziałam samotnego osła (a one lubią towarzystwo!), zamkniętego na malutkim terenie, biegającego obłąkańczo dookoła ogrodzenia. Osły są zwierzętami silnymi i wytrzymałymi, jednak warto zastanowić się nad tym, jak są traktowane i w jakich warunkach przebywają. Zwierzęta to nie zabawki!

Tekst i zdjęcie: Agnieszka z bloga Całe życie w podróży

Rafy koralowe

rafa koralowa, nurkowanie, Cairns

Kurs nurkowania zrobiłam w Australii, gdzie każdy instruktor wielokrotnie powtarza, żeby niczego pod wodą nie dotykać. Dla naszego bezpieczeństwa i dla dobra rafy. Wiadomo, niepotrzebne dotykanie, zrywanie, łamanie czy deptanie rafy może ją zabić. Tak byłam nauczona i tego przestrzegam. Inaczej było w Ameryce, na Hawajach, gdzie miałam okazję nurkować. Dive master miał specjalną pałkę, którą wsadzał w każdą dziurę i dotykał każdej możliwej rośliny. Inni amerykańscy turyści – śladem przewodnika – robili to samo. Nagle przewodnik urwał kawałek rafy i zaczął ją kruszyć jako pokarm dla ryb. Ryby od razu okrążyły nurków i instruktor zaczął robić nam zdjęcia. Na koniec powiedział, że to taka atrakcja dla turystów. No tak, ale czy trzeba niszczyć rafę, żeby zadowolić turystów? Widziałam ogromne ławice ryb i dwa ogromne żółwie bez zbędnego niszczenia podwodnego świata.

Tekst: Karolina z bloga Moja Australia / Zdjęcie: Przedeptane

Rekiny wielorybie na Filipinach

rekin wielorybi, łukasz kędzierski

Kto nie chciałby zobaczyć rekinów wielorybich w ich naturalnym środowisku? Móc podziwiać olbrzymie ryby pływając obok nich na wyciągnięcie ręki to niesamowite przeżycie i bardzo chciałem to zrobić. Cisza, spokój, niczym nie zmącona woda a w niej ja, który obserwuje przepiękne olbrzymy. Przynajmniej tyle w teorii.

Niestety rzeczywistość potrafi brutalnie rozczarować. Okazało się, że w Oslob, czyli najpopularniejszym miejscu na Filipinach, gdzie można podziwiać rekiny wielorybie, wygląda to zdecydowanie inaczej. Dużo łodzi, dużo turystów, nie ma ciszy i spokoju i w tyle głowy pojawiają się wątpliwości dotyczące naturalności tego miejsca, jak działalność turystyczna wpływa na rekiny i ich naturalne zachowania. Pomimo, że nie wolno karmić ryb, miejscowi przewodnicy cały czas je dokarmiają. Co tu się dzieje? Warto przeczytać mój tekst, aby dowiedzieć się więcej szczegółów i wyrobić sobie własne zdanie, aby podjąć decyzję w oparciu o wiedzę. Tyle i aż tyle.

Tekst i zdjęcie: Łukasz Kędzierski. Cały tekst o rekinach znajduje się na blogu www.lkedzierski.com

Salamandry olbrzymie w Chinach

salamandra olbrzymia, chiny

Po raz pierwszy natknęliśmy się na nie podczas naszej wizyty w Zhangjiajie National Park w Chinach. Szczerze mówiąc, wcześniej nie wiedzieliśmy nawet, że taki gatunek istnieje. Okazało się, że obecnie żyją trzy gatunki takiej salamandry, z czego dwa w Azji (w Chinach i Japonii) i jeden w Ameryce Północnej. Azjatyckie salamandry są zagrożone wyginięciem i znajdują się pod ochroną, ale w Chinach i tak poławia się je dla mięsa. We wspomnianym parku kilka salamandr znajdowało się w małym akwarium i oczywiście nie miały możliwości się poruszać. Czekały na śmierć, a na półkach obok leżały już porcje ich mięsa przygotowane dla turystów. Kilka dni później widzieliśmy je ponownie na terenie często odwiedzanej przez turystów jaskini. Znajdowały się w małych i płytkich studniach, gdzie nie mogły się nawet obrócić wokół własnej osi, a poza tym narażone były na bezpośredni kontakt z turystami.

Tekst: Gosia i Kasper z bloga wysrodkowani.blog.pl / Zdjęcie: Wikimedia Commons

Słonie na Sri Lance

słonie, Sri Lanka, Azja

„Atrakcją” w wielu krajach Azji, w tym na Sri Lance, są sierocińce słoni i przejażdżki na nich. Niestety, słonie nie są zwierzętami udomowionymi, można je tylko oswoić, czyli zmusić torturami (np. głodzenie, przypalanie ogniem…) do przebywania z ludźmi i słuchania ich. Im młodszy słonik, tym łatwiej będzie go złamać i nauczyć pracować dla człowieka, np. dla turystów. Najgorsze są przejażdżki w specjalnych klatkach (houdach) na grzbiecie zwierzęcia, ponieważ uszkadzają one jego żebra i organy wewnętrzne skazując tym samym na szybszą śmierć.

Problem polega też na tym, że słonie, które zostały uratowane z niewoli nie mogą trafić na wolność – nauczone pracy dla ludzi od małego nie będą wiedziały jak tam przeżyć, więc trafiają do specjalnych fundacji i sierocińców. Jednak utrzymanie słonia sporo kosztuje, więc tam także musi on na siebie zarobić…

Wybierając się do sierocińca albo fundacji sprawdźmy jakie warunki oferują one zwierzętom – czy np. nie trzymają ich w ciasnych boksach. Nie jeździjmy również na słoniach wiedząc, ile musiały te zwierzęta wycierpieć, żebyśmy czerpali „radość” z przejażdżki. Najlepiej oglądać słonie w ich naturalnym środowisku, np. podczas safari, co wszystkim gorąco polecam!

Tekst i zdjęcie: Hanna Sobczuk z bloga Plecak i walizka

Wpis o słoniach na Sri Lance: blog Plecak i walizka

Wpis o słoniach w Birmie: blog JedźBawSię

Wpis o słoniach w Kambodży: blog Okiem Maleny

Tygrysy w Tajlandii

tygrysy Tajlandia

Usłyszałam, że w obecnej sytuacji związanej z zamknięciem Tiger Temple w Kanchanburi, nie powinnam przyznawać, że byłam w tej tajskiej świątyni tygrysów. Ale przecież nie będę udawać. Byłam.
10 lat temu pojechałam w pierwszą daleką podróż i chciałam zobaczyć tygrysy – pijar to miejsce miało wtedy dobry: mnisi, zajmujący się osieroconymi tygrysami, a finansowe wsparcie zwiedzających utrzymuje ośrodek. Pamiętam poczucie, że to niesamowite siedzieć blisko żywego tygrysa i jednoczesny smutek, że jestem przy uwięzionym zwierzęciu. Znalazłam teraz raport z kontroli, która odbyła się parę miesięcy po mojej wizycie – nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości.
Co myślę teraz, kiedy wyszła na jaw afera z nieludzkim traktowaniem tygrysów? Zdobyte doświadczenia sprawiły, że odpowiedzialne podróżowanie stało się dla mnie ważne, jednak dopiero prawdziwe afrykańskie safari i zobaczenie zwierząt w naturalnym środowisku, na dużych przestrzeniach sprawiło, że żadne sanktuarium ze zwierzętami nigdy już nie będzie dla mnie atrakcją. Nawet zoo jest teraz smutnym miejscem.

Tekst i zdjęcie: Monika z bloga Amused Observer

Węże i kameleony w Marakeszu

kameleony maroko marakesz przedeptane

Plac Jemaa el-Fnaa, perła Marakeszu, obfituje w kolory, dźwięki, zapachy i… wątpliwe etycznie atrakcje. W bocznych uliczkach można kupić nie tylko ubrania i świecidełka, ale też żywe jeże uszate, kameleony, a nawet ptaki drapieżne, przy czym zwierzęta trzymane są w paskudnych warunkach. Co zdechnie, to zdechnie – martwe osobniki od razu zastępowane są nowymi. Z kolei na głównym placu pchają się do zdjęć „treserzy” małp i węży, którzy często bez pytania zarzucają turystom zwierzaka na szyję i od razu domagają się zapłaty. Zestresowane małpy spędzają całe życie na przemian w ciasnej klatce i na postronku, większość węży pokrytych jest ranami, mają połamane ogony i wyrwane zęby jadowe.

Jeżeli kiedykolwiek zobaczycie odważnego poskramiacza gadów, to pamiętajcie – w tych atrakcjach zawsze zagrożone jest zwierzę, a nie jego właściciel. Nawet najlepsze zdjęcie nie jest warte kaca moralnego po powrocie.

Tekst i zdjęcie: my Przedeptani. Cały wpis o Maroku znajdziecie tutaj.

Żółwie na Sri Lance

żółwie, Sri Lanka

Jedną z atrakcji podczas pobytu na południu Sri Lanki jest odwiedzenie wylęgarni żółwi i wypuszczenie małych żółwików do oceanu. Najpierw pokazano nam kopczyki piasku z powtykanymi tabliczkami, w których rzekomo znajdowały się jaja żółwi. Jaja do wylęgarni znoszą okoliczni rybacy i dostają za to zapłatę, co powoduje, że tym chętniej je wykopują zamiast zostawić je tam gdzie zostawiają je żółwice. Żółwie w wylęgarni znajdują się w małych betonowych basenach, malutkie żółwiki są wciskane turystom do rąk i do zrobienia zdjęć, a do oceanu można je wypuścić za dodatkową opłatą. Na każdym kroku przypominano nam, żebyśmy wpłacili darowiznę na rozwój tego miejsca, pomimo bardzo drogiego biletu wstępu. Wszystko było prowizoryczne i mało wiarygodne. Nie wiemy, czy wszystkie wylęgarnie takie są, ale ta wyglądała na maszynkę do zarabiania na turystach. Lepiej trzymać się od takich miejsc z daleka.

Tekst i zdjęcie: Przemek i Magda z bloga www.tropimy.com

***

Oczywiście to zaledwie przysłowiowy czubek góry lodowej. Moglibyśmy przecież wspomnieć także o korridzie lub gonitwach z bykami w Hiszpanii, o walkach kogutów na Filipinach, o breloczkach z żywymi żółwiami. Moglibyśmy napisać o cyrkach, które – miejmy nadzieję – wkrótce staną się wstydliwym wspomnieniem.

Każdy z nas może pomóc – nagłaśniając poszczególne atrakcje lub po prostu odmawiając uczestnictwa. Podróżujmy z głową.

P.S.

Jeżeli masz w zanadrzu podobną historię, napisz do nas – chętnie dołączymy ją do tego wpisu.

The post Zwierzęta w turystyce. Lista nieetycznych atrakcji. appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/zwierzeta-turystyka/feed/ 60
Jakie zwierzęta czyhają na Ciebie w australijskiej toalecie? /2016/zwierzeta-w-australijskich-toaletach/ /2016/zwierzeta-w-australijskich-toaletach/#comments Mon, 30 May 2016 06:45:56 +0000 /?p=2007 Media żyją teraz newsem o mężczyźnie z Tajlandii, którego ugryzł w przyrodzenie wąż ukryty w sedesie. Australijczycy nie chcieli zostać w tyle, przypominają więc o własnym zestawie toaletowej fauny. Oto krótka lista. Jeżeli niepokoi Cię wizja gadów w pomieszczeniach sanitarnych, to uspokajamy – wcale nie pełzną tam po to, by podgryzać ludziom narządy płciowe. Najczęściej idą w ślad za potencjalnym obiadem, czyli szczurami. Już lepiej? Ratatouille w porcelanie Najbardziej prawdopodobne jest właśnie spotkanie ze szczurem. I wcale nie trzeba wcale jechać aż do Australii. Jak opowiada mieszkanka zachodniego Londynu: „O czwartej nad ranem obudziło mnie pluskanie. Pobiegłam do łazienki i wpadłam na szczura, który bezskutecznie starał się wydostać z sedesu. Opuściłam klapę i spuściłam wodę, zwierzak zniknął. Wróciłam do łóżka, jednak po godzinie obudził mnie identyczny hałas. Szczur wrócił, rano znalazłam je także pod zlewem i słyszałam chrobotanie […]

The post Jakie zwierzęta czyhają na Ciebie w australijskiej toalecie? appeared first on przedeptane.

]]>
Media żyją teraz newsem o mężczyźnie z Tajlandii, którego ugryzł w przyrodzenie wąż ukryty w sedesie. Australijczycy nie chcieli zostać w tyle, przypominają więc o własnym zestawie toaletowej fauny. Oto krótka lista.

Jeżeli niepokoi Cię wizja gadów w pomieszczeniach sanitarnych, to uspokajamy – wcale nie pełzną tam po to, by podgryzać ludziom narządy płciowe. Najczęściej idą w ślad za potencjalnym obiadem, czyli szczurami. Już lepiej?

Ratatouille w porcelanie

Najbardziej prawdopodobne jest właśnie spotkanie ze szczurem. I wcale nie trzeba wcale jechać aż do Australii. Jak opowiada mieszkanka zachodniego Londynu: „O czwartej nad ranem obudziło mnie pluskanie. Pobiegłam do łazienki i wpadłam na szczura, który bezskutecznie starał się wydostać z sedesu. Opuściłam klapę i spuściłam wodę, zwierzak zniknął. Wróciłam do łóżka, jednak po godzinie obudził mnie identyczny hałas. Szczur wrócił, rano znalazłam je także pod zlewem i słyszałam chrobotanie w ścianie.”

Jak możecie zobaczyć na poniższym filmiku National Geographic, szczury są wytrzymałymi pływakami i świetnymi nurkami, a dzięki elastycznej klatce piersiowej potrafią się przecisnąć nawet przez bardzo małe otwory. Przepłynięcie z kanału do sedesu nie przedstawia dla nich większego wyzwania, co chyba zauważyły też niektóre australijskie węże.

Wunsz!

Tu już mówimy z autopsji, ponieważ osobiście wyciągaliśmy kilka węży z australijskich domów. We wszystkich dużych miastach działają licencjonowani „wyłapywacze” dzikich zwierząt, a my mieliśmy okazję pomagać przez jeden dzień Davidovi, który usuwa węże z budynków w Cairns na tropikalnej północy kontynentu. W ciągu zaledwie kilku godzin wspólnie z Davidem wyciągnęliśmy ze strychów i piwnic kilka węży, przy czym największy pyton zamieszkiwał właśnie toaletę małego bungalowu na przedmieściach (patrz pierwsze zdjęcie).

Na szczęście nie taki pyton straszny. Największe okazy – czyli te od pięciu metrów w górę – nie przepchną się przez rury, a nawet na otwartej przestrzeni same nie atakują ludzi. Po prostu nie byłyby w stanie nas połknąć, a więc szkoda im czasu i energii na takie przedsięwzięcie. Mogą jednak boleśnie ugryźć, a więc przed wizytą w ustronnym miejscu zdecydowanie polecamy sprawdzać, czy biały tron na pewno jest pusty.

Zresztą węże to jeszcze nie wszystko.

WC kum kum

Do stosunkowo miłych gości należą tropikalne żabki. Znajomi pracujący w parkach narodowych w Queenslandzie i Terytorium Północnym mówili, że w niektórych muszlach na stałe zadomowiły się soczystozielone rzekotki, w tropikalnych obszarach często można spotkać też gekony. W tej sytuacji wszyscy są zadowoleni, ponieważ dobrze ulokowana żaba lub jaszczurka potrafi powstrzymać mniej pożądanych intruzów sanitariatu. Na przykład pająki.

W publicznych łazienkach Parku Narodowego Kakadu (Terytorium Północne) naliczyliśmy kiedyś osiem gniazd tzw. „redbacków”, czyli australijskich kuzynów czarnej wdowy, których łatwo rozpoznać po czerwonym znaku na odwłoku. Redbacki lubią mieszkać w pobliżu ludzkich domostw, są jadowite jak diabli i polują na wszystko, co się rusza – insekty, jaszczurki, a nawet małe węże i myszy. Gorszy od nich jest tylko ptasznik australijski, występujący też pod nazwą „atraks”, „podkopnik” lub „najbardziej agresywny i jadowity pająk świata”. Mieszkańcy Sydney znają go jednak jako sąsiada z ogródka.

View post on imgur.com

Jak można przeczytać na stronie Muzeum Australijskiego, ptaszniki nie potrafią pływać, ale dzięki włoskom na odnóżach utrzymują się długo na powierzchni, a po zatonięciu mogą przeżyć pod wodą nawet do 30 godzin. Jak mówi Geoff Jacobs, kolejny wyłapywacz dzikiej zwierzyny: „Czasem spadają do sedesu i nie mogą się wydostać, czasem podróżują w rurach. Mogą podróżować w obie strony, wiele pająków tak robi.”

Jakie są szanse na spotkanie?

Szczerze? Dla mieszkańców Australii znikome, a dla turysty – praktycznie zerowe. Trzeba mieć naprawdę dużego pecha, aby wyjść z latryny z pytonem wgryzionym w pytona (patrz lista dziwnych australijskich zwrotów).

Do większości incydentów dochodzi na dalekiej północy, a nawet tam jesteście całkowicie bezpieczni zarówno w mieście (dzięki wspomnianym panom wyłapywaczom), jak i w buszu (bo busz jest duży, a wunsz woli sobie powisieć na gałęzi, niż wąchać w śpiworze czyjeś skarpetki). Bardziej prawdopodobne, że spotkacie na przykład taką pałankę, jak na poniższym filmie:

A więc spokojna głowa, nie musicie wyrzucać biletów do Australii. Jeżeli jednak nie rozwialiśmy wszystkich wątpliwości, to podręczny miotacz ognia można kupić tutaj.

źródło: BBC, Australian Museum

The post Jakie zwierzęta czyhają na Ciebie w australijskiej toalecie? appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/zwierzeta-w-australijskich-toaletach/feed/ 52
Północna Australia: Krokodyl wyciągnął turystę z namiotu /2016/krokodyl-wyciagnal-turyste-z-namiotu/ /2016/krokodyl-wyciagnal-turyste-z-namiotu/#comments Tue, 26 Apr 2016 15:43:33 +0000 /?p=1946 Typowy australijski kemping. Gwieździste niebo, szum eukaliptusów i szczęka czterometrowego krokodyla zaciśnięta na kostce. Zębaty budzik Australijskie media żyją wiadomością o 19-letnim turyście, który przeżył bliskie spotkanie z krokodylem podczas noclegu w północnoaustralijskim buszu. Rzecz stała się w pobliżu miasta Katherine, bramy do słynnego parku narodowego Kakadu. Chłopak nocował nad odległym creekiem (australijska nazwa okresowych rzek) w namiocie składającym się właściwie tylko z cienkiej moskitiery, która siłą rzeczy stanowiła słabą ochronę przeciwko kilkumetrowym gadom. Jak powiedział sam poszkodowany: Spałem pod siatką, ale nagle się budzę i czuję, że coś szarpie mnie za nogę. Krokodyl różańcowy starał się zaciągnąć ofiarę do wody, jednak niedoszła kolacja zachowała zimną krew i tak długo uderzała go w paszczę, aż gad zrezygnował i uciekł. Na szczęście obyło się bez większych obrażeń – rodzice odwieźli chłopaka do najbliższego szpitala, gdzie został opatrzony i otrzymał dawkę […]

The post Północna Australia: Krokodyl wyciągnął turystę z namiotu appeared first on przedeptane.

]]>
Typowy australijski kemping. Gwieździste niebo, szum eukaliptusów i szczęka czterometrowego krokodyla zaciśnięta na kostce.

Zębaty budzik

Australijskie media żyją wiadomością o 19-letnim turyście, który przeżył bliskie spotkanie z krokodylem podczas noclegu w północnoaustralijskim buszu. Rzecz stała się w pobliżu miasta Katherine, bramy do słynnego parku narodowego Kakadu. Chłopak nocował nad odległym creekiem (australijska nazwa okresowych rzek) w namiocie składającym się właściwie tylko z cienkiej moskitiery, która siłą rzeczy stanowiła słabą ochronę przeciwko kilkumetrowym gadom. Jak powiedział sam poszkodowany:

Spałem pod siatką, ale nagle się budzę i czuję, że coś szarpie mnie za nogę.

Krokodyl różańcowy starał się zaciągnąć ofiarę do wody, jednak niedoszła kolacja zachowała zimną krew i tak długo uderzała go w paszczę, aż gad zrezygnował i uciekł. Na szczęście obyło się bez większych obrażeń – rodzice odwieźli chłopaka do najbliższego szpitala, gdzie został opatrzony i otrzymał dawkę antybiotyków.

Historia nocnego ataku może być dla wszystkich nauczką, że nie warto ignorować ostrzeżeń zarządców australijskich parków narodowych. Rodzina rozbiła namioty w odległości zaledwie 15 metrów od wody, przy czym zalecany dystans wynosi co najmniej 50 metrów.

Jak wygrać z krokodylem?

Od zakończenia odstrzału krokodyli różańcowych w 1971 wzrosła ilość ataków na ludzi, jednak do większości wypadków dochodzi właśnie w wyniku złamania przepisów – pływaniu lub łowieniu ryb w niedozwolonych miejscach lub w niewłaściwym czasie. W zeszłym roku australijski Departament Parków Narodowych uruchomił specjalną kampanię społeczną skierowaną na szerzenie oświaty nie tylko wśród turystów, ale także miejscowej ludności. Poniższy spot emitowany był po angielsku, kreolsku oraz w kilku aborygeńskich językach.

Oczywiście jak zawsze podkreślamy, że nocowanie pod gołym niebem w Australii wcale nie jest takie niebezpieczne – pod wieloma względami jest nawet mniej ryzykowne niż na przykład nocleg w Tatrach lub Bieszczadach. O tym jednak napiszemy innym razem.

Osoby zainteresowane tymi niebezpiecznymi, ale fascynującymi gadami odsyłamy do naszego starszego wpisu o pojedynku krokodyla różańcowego z rekinem.

źródło: The Week

The post Północna Australia: Krokodyl wyciągnął turystę z namiotu appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/krokodyl-wyciagnal-turyste-z-namiotu/feed/ 12
Wielkanoc w Australii. Bilby wielkouch kontra zajączek. /2016/australia-wielkanoc-bilby/ /2016/australia-wielkanoc-bilby/#comments Mon, 21 Mar 2016 06:55:32 +0000 /?p=1844 Od ponad 150 lat trwa walka między europejskimi królikami a australijskim wielkouchem. Czy bitwa na czekoladowym froncie ostatecznie rozstrzygnie sprawę? Króliki były sprowadzane do Australii już od samego początku angielskiej kolonizacji, jednak prawdziwa epidemia rozpoczęła się w 1858 roku, kiedy to w stanie Victoria wypuszczono na wolność 24 pary. Ku powszechnemu zaskoczeniu króliki rozmnażały się jak króliki i w latach 20. XX wieku na terenie Australii żyło ich już około 10 miliardów. Plaga królików. Zdjęcie: Wikimedia Commons Europejska inwazja Granica króliczego imperium przesuwała się o 130 kilometrów rocznie – naoczni świadkowie mówią, że czasami masa ciał pokrywała cały krajobraz jak rozległy, futrzasty ocean. Gdy nie pomagały ogrodzenia, odstrzał ani trucie, słynny Louis Pasteur zaproponował użycie broni biologicznej. Pomysł był trafem w dziesiątkę – od tego czasu nowo wprowadzone choroby kilka razy dziesiątkowały populację królików. Niestety dla wielu rodzimych gatunków było już za późno. Roślinożercy padali z głodu, a zwierzęta żyjące […]

The post Wielkanoc w Australii. Bilby wielkouch kontra zajączek. appeared first on przedeptane.

]]>
Od ponad 150 lat trwa walka między europejskimi królikami a australijskim wielkouchem. Czy bitwa na czekoladowym froncie ostatecznie rozstrzygnie sprawę?

Króliki były sprowadzane do Australii już od samego początku angielskiej kolonizacji, jednak prawdziwa epidemia rozpoczęła się w 1858 roku, kiedy to w stanie Victoria wypuszczono na wolność 24 pary. Ku powszechnemu zaskoczeniu króliki rozmnażały się jak króliki i w latach 20. XX wieku na terenie Australii żyło ich już około 10 miliardów.

króliki Australia

Plaga królików. Zdjęcie: Wikimedia Commons

Europejska inwazja

Granica króliczego imperium przesuwała się o 130 kilometrów rocznie – naoczni świadkowie mówią, że czasami masa ciał pokrywała cały krajobraz jak rozległy, futrzasty ocean. Gdy nie pomagały ogrodzenia, odstrzał ani trucie, słynny Louis Pasteur zaproponował użycie broni biologicznej. Pomysł był trafem w dziesiątkę – od tego czasu nowo wprowadzone choroby kilka razy dziesiątkowały populację królików.

Niestety dla wielu rodzimych gatunków było już za późno. Roślinożercy padali z głodu, a zwierzęta żyjące w norach traciły schronienie. Jednym z takich poszkodowanych był właśnie wielkouch, czyli bilby.

Macrotis lagotis Wielkouch króliczy bilby

Rycina przedstawiająca wielkoucha, rok 1863. Zdjęcie: CC wikimedia commons

Od milionera prawie do zera

Pierwotnie istniały dwa gatunki tych pustynnych torbaczy. Jeden – wielkouch mniejszy – niestety nie wytrzymał presji i w połowie XX wieku mu się wymarło. Przetrwał jego krewny, wielkouch króliczy, który jednak do dzisiaj figuruje na liście zagrożonych gatunków. Z wielomilionowego pogłowia przeżyło zaledwie 1500 osobników.

Nic więc dziwnego, że wielu Australijczykom coraz mniej podobał się symbol królika wielkanocnego (który u Anglosasów zastępuje naszego zajączka). Przecież symbolem życia i odrodzenia nie może być europejski najeźdźca i szkodnik pustoszący lokalną przyrodę – trzeba było znaleźć godnego, australijskiego następcę. Problem pomogła rozwiązać dziewięcioletnia dziewczynka.

Mała Rose-Marie Dusting napisała w 1968 roku krótką historyjkę o wielkanocnym bilby, a w 11 lat później wydała ją w postaci książki. Wielkouch zaczął podbijać serca Australijczyków, a temat szybko podchwyciły organizacje ekologiczne. I tak oto narodził się bilby wielkanocny.

Bilby wielkouch - Wielkanoc w Australii

zdjęcie: Howard Hughes © Australian Museum

Nowy symbol Wielkanocy

Wielkouch zaczął wypierać europejskiego rywala z programów telewizyjnych, książek i kartek świątecznych, przejął też dystrybucję czekoladowych jajek. Zyski ze sprzedaży często zasilają konta organizacji zwalczających króliki lub budujących dla rodzimej fauny bezpieczne, ogrodzone strefy, w których udało się wytępić europejskie drapieżniki – koty i lisy. Bilby wygrywa dzięki czekoladzie.

Jeżeli więc znajdziesz się kiedyś do Australii w okolicach Wielkanocy, to nie zdziw się, gdy zobaczysz w sklepie dziwne, zającopodobne figurki. Kupuj i wcinaj. Pójdzie w tyłek, ale też na ratunek pewnego niezwykle interesującego zwierza.

czekoladowy bilby wielkouch

zdjęcie: Haigh’s Chocolates, źródło dla tekstu: NPR, zdjęcie w nagłówku: AAP/Wild Life

Ciekawe? Rzuć okiem na nasz wpis o australijskim Bożym Narodzeniu – tam to dopiero jest egzotyka! Jeżeli interesuje Cię fauna z Antypodów, to zapraszamy też do tekstu o najciekawszych australijskich ptakach.

The post Wielkanoc w Australii. Bilby wielkouch kontra zajączek. appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/australia-wielkanoc-bilby/feed/ 10
Kangur obejmuje umierającą samicę. Żałoba czy ostatni seks? /2016/zdjecia-kangura-obejmujacego-umierajaca-samice-zaloba-czy-seks/ /2016/zdjecia-kangura-obejmujacego-umierajaca-samice-zaloba-czy-seks/#comments Thu, 14 Jan 2016 08:07:07 +0000 /?p=1658 Internet obiegła kolejna wzruszająca historia – zdjęcia kangurzej samicy umierającej w towarzystwie samca i młodego kangurzątka. Ale czy to na pewno żałoba? Pierwsze doniesienia prasowe powtórzyły komentarz autora zdjęć, Evana Switzera ze stanu Queensland. “Widziałem samca podnoszącego samicę. Wyglądało na to, że próbuje ją postawić na nogi i zobaczyć, co jej się stało” – powiedział Switzer dziennikarzom z The Daily Mail. “Nie potrafiła już wstać, więc potrącał ją, stał przy niej… To była wyjątkowa chwila, samiec był w żałobie po utracie swojej partnerki. (…) Samiec odganiał od samicy inne kangury, troszczył się o nią.” Fotograf wspominał także o młodym kangurku, który po raz ostatni chciał dotknąć umierającej mamy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie przyszli fachowcy i nie popsuli zabawy. Serwer Mashable poprosił o opinię Dra Marka Eldridga z instytutu badawczego przy Australian Museum, który przedstawił trzeźwą interpretację zachowania uchwyconego na zdjęciach. „Samiec ma […]

The post Kangur obejmuje umierającą samicę. Żałoba czy ostatni seks? appeared first on przedeptane.

]]>
Internet obiegła kolejna wzruszająca historia – zdjęcia kangurzej samicy umierającej w towarzystwie samca i młodego kangurzątka. Ale czy to na pewno żałoba?

Pierwsze doniesienia prasowe powtórzyły komentarz autora zdjęć, Evana Switzera ze stanu Queensland.

“Widziałem samca podnoszącego samicę. Wyglądało na to, że próbuje ją postawić na nogi i zobaczyć, co jej się stało” – powiedział Switzer dziennikarzom z The Daily Mail. “Nie potrafiła już wstać, więc potrącał ją, stał przy niej… To była wyjątkowa chwila, samiec był w żałobie po utracie swojej partnerki. (…) Samiec odganiał od samicy inne kangury, troszczył się o nią.” Fotograf wspominał także o młodym kangurku, który po raz ostatni chciał dotknąć umierającej mamy.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie przyszli fachowcy i nie popsuli zabawy.

Serwer Mashable poprosił o opinię Dra Marka Eldridga z instytutu badawczego przy Australian Museum, który przedstawił trzeźwą interpretację zachowania uchwyconego na zdjęciach.

„Samiec ma bardzo wilgotne przedramiona – kangury liżą je, gdy są przegrzane lub podekscytowane. Wnioskuję, że był podniecony.” – powiedział Eldridge. „Przy bliższej analizie zdjęć można zresztą zauważyć, że samiec ma erekcję. Podejrzewam, że starał się utrzymać samicę w pionie, aby kontynuować zaloty, samce mogą być dosyć agresywne, gdy starają się zmusić samice do godów.”

Oczywiście kangury – jak wszystkie ssaki – nie są bezdusznymi automatami. Po prostu ich grupy rządzą się innymi prawami, a więc powstają też inne relacje niż w skupiskach ludzkich.

„Samice często tworzą wzajemne więzi z innymi samicami, z którymi lubią przebywać i które rozpoznają. Jednak u kangurów olbrzymich (Eastern grey kangaroo) nie występuje społeczna więź między samcem i samicą,” – dodał Eldridge.

Zdjęcie: Evan Switzer, kangur, australijskie zwierzęta

Kangury nie tworzą stałych par. Wprawdzie samce po wypatrzeniu samicy stanowczo przeganiają rywali, ale po kopulacji szybko zaczynają szukać innego celu. W dodatku samce nabuzowane hormonami często atakują i ranią nawet potencjalne partnerki, jeżeli te starają się uniknąć amorów. Inny ekspert, Dr. Derek Spielman, przypuszcza nawet, że to właśnie zbyt gwałtowne zaloty mogły być przyczyną śmierci samicy.

Krótko mówiąc – jakkolwiek cynicznie to brzmi, najbardziej prawdopodobna jest właśnie teoria „ostatniego seksu”.

Badania nad emocjami i inteligencją zwierząt są fascynującym tematem i w ciągu ostatnich lat odkrywamy złożone emocje u coraz to nowych gatunków. Ciekawy zbiór historii zwierząt w żałobie przedstawiła Barbara J. King w książce „How Animals Grieve„. W podobnych przypadkach należy jednak zachować ostrożność, ponieważ nieraz zbyt łatwo ulegamy pokusie antropomorfizacji.

Zawsze należy zwrócić uwagę na to, jak działa społeczność danego gatunku i jakie więzi w niej panują. Zwierzęta żyjące w grupach i tworzące stałe, długoletnie pary tworzą też mocne związki i często boleśnie przeżywają utratę najbliższych – takie zachowania zaobserwowano nie tylko u małp, słoni, ssaków morskich, szczurów, ale też krukowatych, papug czy łabędzi.

W przypadku gatunków o mniej skomplikowanej budowie mózgu lub żyjących samotniczo występowanie takich emocji jest o wiele mniej prawdopodobne, ponieważ takie uczucia są im po prostu… niepotrzebne.

My, ludzie, jesteśmy gatunkiem wybitnie społecznym. Potrzebujemy relacji jak tlenu, żywimy się uczuciami i nie potrafimy bez nich żyć. To jednak nie oznacza, że zwierzęta nie odczuwające całej gamy naszych uczuć są bezduszne albo okrutne. Po prostu mają inną strategię przetrwania – nieraz równie fascynującą jak nasza.

P.S.
Jeżeli chcesz się dowiedzieć więcej o kangurach i ich krewniakach, rzuć okiem na nasz tekst opisujący różnice między kangurem, a na przykład walabią.

Zdjęcia: Ewan Switzer; źródła: The Daily MailMashable

The post Kangur obejmuje umierającą samicę. Żałoba czy ostatni seks? appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/zdjecia-kangura-obejmujacego-umierajaca-samice-zaloba-czy-seks/feed/ 5
Sydney: Policja interweniowała w sprawie bitego pająka /2015/australia-sydney-pajak/ /2015/australia-sydney-pajak/#comments Thu, 26 Nov 2015 11:38:18 +0000 /?p=1442 Pająk ofiarą przemocy domowej, czyli dyskretny urok arachnofobii. O drugiej w nocy mieszkańcy bloku w Sydney wezwali policję do rzekomego aktu przemocy domowej – zza ściany odzywały się okrzyki „Zabiję cię, nie żyjesz!”, histeryczny kobiecy pisk oraz odgłosy przewracanych mebli. Na miejsce błyskawicznie przybyło kilka radiowozów, jednak funkcjonariusze wkrótce stwierdzili, że w mieszkaniu znajduje się tylko samotny mężczyzna, a groźby skierowane były do… pająka. Na Facebooku miejscowej komendy pojawiła się informacja, że policji otworzył drzwi zakłopotany, „zdyszany i zarumieniony mężczyzna”, z którym funkcjonariusze wdali się w następującą rozmowę: “Gdzie Pana żona?” “Nie jestem żonaty.” “To gdzie Pana dziewczyna?” “Nie mam dziewczyny” – odpowiedział mężczyzna. Policjant opowiedział o zgłoszeniu przemocy domowej i naciskał dalej: “No dobra, koleś, co jej zrobiłeś?” “To był pająk” – odpowiedział zakłopotany mężczyzna – “Naprawdę duży.” “A te kobiece krzyki?” “Przepraszam, to byłem ja. Naprawdę, naprawdę nie […]

The post Sydney: Policja interweniowała w sprawie bitego pająka appeared first on przedeptane.

]]>
Pająk ofiarą przemocy domowej, czyli dyskretny urok arachnofobii.

O drugiej w nocy mieszkańcy bloku w Sydney wezwali policję do rzekomego aktu przemocy domowej – zza ściany odzywały się okrzyki „Zabiję cię, nie żyjesz!”, histeryczny kobiecy pisk oraz odgłosy przewracanych mebli. Na miejsce błyskawicznie przybyło kilka radiowozów, jednak funkcjonariusze wkrótce stwierdzili, że w mieszkaniu znajduje się tylko samotny mężczyzna, a groźby skierowane były do… pająka.

Na Facebooku miejscowej komendy pojawiła się informacja, że policji otworzył drzwi zakłopotany, „zdyszany i zarumieniony mężczyzna”, z którym funkcjonariusze wdali się w następującą rozmowę:

“Gdzie Pana żona?”

“Nie jestem żonaty.”

“To gdzie Pana dziewczyna?”

“Nie mam dziewczyny” – odpowiedział mężczyzna.

Policjant opowiedział o zgłoszeniu przemocy domowej i naciskał dalej: “No dobra, koleś, co jej zrobiłeś?”

“To był pająk” – odpowiedział zakłopotany mężczyzna – “Naprawdę duży.”

“A te kobiece krzyki?”

“Przepraszam, to byłem ja. Naprawdę, naprawdę nie znoszę pająków.”

Policja przeszukała mieszkanie i nie znalazła w nim żadnych rannych.

„Z wyjątkiem pająka” – dodał oficer.

źródło: The Guardian / zdjęcie: Wikimedia Commons

The post Sydney: Policja interweniowała w sprawie bitego pająka appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/australia-sydney-pajak/feed/ 6
Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! /2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/ /2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/#comments Wed, 05 Aug 2015 12:41:02 +0000 /?p=1116 Ku wielkiemu rozczarowaniu ufologów komisja badająca tajemnicze zjawisko stwierdziła, że winowajcami są… zwierzęta na haju. Tasmańskich rolników od lat niepokoiły kręgi pojawiające się w miejscowych uprawach maku. Po zbadaniu sprawy udało się odkryć przyczynę – okazało się, że miejscowe walabie (mniejsi krewni kangurów) przychodzą na pola, by żywić się makówkami zawierającymi liczne alkaloidy wykorzystywane do produkcji leków. „Mamy problem z kangurami” – przyznaje Lara Giddings, Prokurator Generalny Tasmanii – „Przychodzą na pola, ćpają i biegają w kółko”. Jeden z farmerów twierdzi, że walabie wracają regularnie: „Przyjdą, zjedzą kilka maków i znikają. Później wracają, zrobią kilka kółek jak konie na wybiegu. Wygląda to tak, jakby wiedziały, kiedy mają dosyć.” Tasmania jest jednym z największych światowych producentów opium przetwarzanego na kodeinę, morfinę i inne leki. Biznes wart 80 milionów dolarów generuje około 50 procent ogólnoświatowej produkcji legalnego opium. Walabie nie są jedynymi australijskimi zwierzętami, które zasmakowały w używkach. W innych […]

The post Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! appeared first on przedeptane.

]]>
Walabia, Południowa Tasmania

Ku wielkiemu rozczarowaniu ufologów komisja badająca tajemnicze zjawisko stwierdziła, że winowajcami są… zwierzęta na haju.
Tasmańskich rolników od lat niepokoiły kręgi pojawiające się w miejscowych uprawach maku. Po zbadaniu sprawy udało się odkryć przyczynę – okazało się, że miejscowe walabie (mniejsi krewni kangurów) przychodzą na pola, by żywić się makówkami zawierającymi liczne alkaloidy wykorzystywane do produkcji leków.

„Mamy problem z kangurami” – przyznaje Lara Giddings, Prokurator Generalny Tasmanii – „Przychodzą na pola, ćpają i biegają w kółko”. Jeden z farmerów twierdzi, że walabie wracają regularnie: „Przyjdą, zjedzą kilka maków i znikają. Później wracają, zrobią kilka kółek jak konie na wybiegu. Wygląda to tak, jakby wiedziały, kiedy mają dosyć.”

Tasmania jest jednym z największych światowych producentów opium przetwarzanego na kodeinę, morfinę i inne leki. Biznes wart 80 milionów dolarów generuje około 50 procent ogólnoświatowej produkcji legalnego opium.

Kakadu, Sydney

Walabie nie są jedynymi australijskimi zwierzętami, które zasmakowały w używkach. W innych częściach Australii uprawy maku są atakowane przez papugi kakadu – w tym wypadku powiedzenie „dać sobie w czuba” nabiera całkowicie nowego znaczenia.

źródło: Reset.me

The post Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/feed/ 11