Menu

Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza.

U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt.

Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego.

Rottnest Island, Australia

Samotnia dla pół miliona ludzi

Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo jedyną destynacją w Perth. Nie zgadzamy się z takim oszczerstwem, ale fakt faktem – wyspa od początku znajdowała się na szczycie naszej listy australijskich marzeń.

Z lądu można na nią dotrzeć jedynie promem, który wyrusza w podróż kilka razy dziennie. Wyspę najlepiej jest zwiedzić na siodełku rowerowym, a więc oprócz biletu na prom przewoźnicy oferują także całodniowe wypożyczenie roweru i sprzętu do snorkelingu. Cena całego pakietu przekracza wtedy 150 australijskich dolarów, ale warto zainwestować – na wyspie obowiązuje bowiem zasada „czym dalej od przystani, tym mniej luda”, dzięki dwom kółkom każdy może więc w kilkanaście minut znaleźć dla siebie bezludną plażę. A te są tutaj naprawdę przepiękne.

plaża na Rottnest Island

Wyspę zamieszkuje około 100 stałych mieszkańców, jednak rocznie odwiedza ją aż 500.000 turystów (prawdziwa inwazja zaczyna się w okresie świątecznym), okolice przystani są więc często nieznośnie zatłoczone i gwarne. Większość turystów pozostaje jednak w restauracjach przy molo i nie zapuszcza się dalej, pozostawiając całą resztę wyspy bardziej zdeterminowanym zwiedzającym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

19 kilometrów kwadratowych przecina kilkadziesiąt kilometrów szlaków rowerowych, na całodniową wycieczkę może się więc porwać każdy w miarę zdrowy i sprawny ludź. Przed wyprawą dobrze jednak zadbać o zapasy wody i krem z mocnym filtrem (50+), ponieważ niektóre dłuższe fragmenty trasy prowadzą przez miejsca bez najmniejszego skrawka cienia, a australijskie słońce potrafi okrutnie dopiec, o czym przekonaliśmy się dosłownie na własnej skórze. Jednodniowa wycieczka, dwa tygodnie leczenia poparzeń słonecznych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale nie chcemy was straszyć – naprawdę jest co podziwiać! Nie samym morzem człowiek żyje – wyspę porastają wielkie połacie traw i krzewów, na wzgórzach leżą (sic!) drzewa, wysmagane przez wiatr do fantastycznych kształtów. Codziennie po południu Perth odwiedza bryza morska znad Oceanu Indyjskiego (tzw. „Freemantle Doctor”), dzięki której oprócz miana najbardziej słonecznej metropolii uzyskało także status trzeciego najbardziej wietrznego miasta na świecie.

W pobliżu przystani znajduje się kilka słonych (i cuchnących) jeziorek zamieszkanych przez bajeczną kolekcję wodnych ptaków. Także przybrzeżne wody tętnią życiem – oprócz mew, pelikanów i innego wodnego ptactwa  można się tutaj natknąć na płaszczki i delfiny, z kolei kamieniste podłoże wnętrza wyspy jest świetnym środowiskiem dla gadów. Często widywaliśmy duże, leniwe jaszczurki, dwa razy musieliśmy w ostatniej chwili hamować, aby nie przejechać jadowitego węża wygrzewającego się na asfalcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W gnieździe szczurów

Głównym magnesem na zwierzolubnych turystów są jednak kuoki (ang. quokka). Pierwsi holenderscy odkrywcy pisali o wyspie zamieszkanej przez „dzikie koty”. Gdy w 1696 roku dotarł tutaj kapitan Willem de Vlamingh, także on natknął się na niezliczone stada zwierząt, które – ku jego niezmiernemu zaskoczeniu – często poruszały się na dwóch tylnych łapach. Odkrywca nadał więc wyspie nazwę „Rotte nest”, czyli „gniazdo szczurów”.

quokka, Australia

Kuoki nie są jednak spokrewnione ze szczurami ani z innymi gryzoniami – to torbacze wielkości kota (waga 5 kg, wiek – do 5 lat). Wcześniej żyły także na australijskim lądzie, gdzie zostały jednak wyparte przez ludzi i drapieżniki sprowadzone z Europy. Nic dziwnego – to spokojne, a nawet flegmatyczne zwierzaki, których strategia obronna opiera się z reguły na staniu bez ruchu i robieniu słodkiej miny. Dzisiaj miejsca ich występowania można policzyć na palcach jednej ręki, przy czym wyspa pozostaje ich największym schronieniem.

Na Rottnest Island kuoki nie mają żadnych naturalnych wrogów i oswoiły się do tego stopnia, że często same podchodzą i szukają kontaktu z ludźmi. W trakcie jednego z postojów nasze rowery zostały „zaatakowane” przez całe stado – zwierzaki oblizywały łańcuchy, obwąchiwały torby, a nawet powskakiwały do wózka rowerowego w poszukiwaniu jedzenia.

compo

Ostatnio hitem australijskiego Internetu stały się zdjęcia „selfie” z kuokami, co bardzo nie podoba się ekologom. Władze wyspy rozmieszczają tabliczki ostrzegające przed zbytnim spoufalaniem się ze zwierzętami, nie wolno ich karmić ani dotykać – chociaż my kilka razy nie mieliśmy innej możliwości, gdy futrzaki za nic nie chciały odejść od rowerów, a zwykłe „kszsz” nie pomagało. Kuoki najwidoczniej nie czytają tabliczek – najczęściej spotykaliśmy je właśnie w pobliżu terenów zabudowanych, a nie na rozległych, pustych obszarach wyspy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Największą atrakcją Rottnest Island pozostaje jednak malownicze wybrzeże. Przejeżdżając wzdłuż niego można zatrzymywać się dosłownie co kilka minut, by odwiedzić kolejne miejsce, w którym biały piasek styka się z turkusową wodą. Czasem spokój naruszają okrzyki i muzyka złotej młodzieży, która przybywa tutaj na własnych jachtach z Perth, aby wypić kilka piw i popływać na wakeboardach – zawsze można jednak spakować manatki i już kawałek dalej znaleźć plażę, która jest całkowicie pusta i cicha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piekło, raj

Sielankowe krajobrazy kryją w sobie też mroczne tajemnice – w XVIII i XIX wieku wyspa była na zmianę bazą wojskową, kolonią karną i więzieniem dla tubylców. Zesłanie na wyspę było dla nich podwójną karą, ponieważ uważali ją za święte miejsce; nazywali ją „Winnaitch”, siedzibą duchów zakazaną dla człowieka. W okropnych warunkach i stresie ginęli więc w zatrważających ilościach – niektóre źródła podają, że w tym czasie zmarło tutaj ok. 10 procent, czyli aż 369 więzionych Aborygenów.

Pamięć o tych wydarzeniach powoli ginie. Wyspa jest obecnie nie tylko celem wycieczek, ale też miejscem realizacji wielu projektów mających na celu ochronę jej unikalnej przyrody – na czele z kuokami, które nazywane są „najszczęśliwszymi zwierzakami na ziemi”. I nie chodzi wcale o to, że te prześladowane pluszaki znalazły w końcu bezpieczne miejsce na ziemi – jeżeli przyjrzycie się uważnie ich zdjęciom, to faktycznie można odnieść wrażenie, że kuoki mają wiecznie uśmiechnięte pyszczki.

uśmiechnięta quokka

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 03/2015

9 komentarzy

  • malaiduzywpodrozy
    22/05/2015 at 10:01

    Dobra, już się pakujemy… Co za miejsce?!? Nic dziwnego, że Kukuoki są zadowolone. Kto by nie był?

    Reply
  • Nieustanne Wędrowanie
    22/05/2015 at 12:03

    To miejsce wydaje się być rajem dla mnie! Jestem straszna introwertyczka (chociaż staram się czasem trochę na siłę być ekstrawertyczka) i to miejsce chyba jest jednym z tych, gdzie Moglabym prawdziwie się zrelaksowac :)

    Reply
    • Przedeptane
      30/09/2015 at 10:24

      Na pewno – ta wyspa jest niewielka, ale jednocześnie obfituje w urocze zakątki, w których można się idealnie zaszyć :)

      Reply
  • Dolnośląski Podróżnik
    25/05/2015 at 08:47

    Niesamowite. Siedzę w google i szukam więcej zdjęć tych leżących drzew, coś niezwykłego. Świetne są te wybrzeża, czasem zastanawiam się czy prawdziwe, ale wiem, że zdjęcia nigdy nie są odzwierciedleniem rzeczywistości i to naprawdę wygląda dużo dużo piękniej!

    Reply
    • Przedeptane
      30/09/2015 at 10:27

      Rottnest Island jest niezwykle fotogeniczny, te foty nie wymagały żadnego „podkręcania” w fotoszopie :) Chyba nigdzie nie widzieliśmy takiej gry niebieskich i zielonych odcieni w wodzie…

      Reply
  • Marcin Wesołowski
    26/05/2015 at 09:26

    Ta natura po prostu wymiata! Miejsce zaś sprawia wrażenie jakiejś totalnej pustki, więc zdecydowanie coś dla mnie! No, ale do Australii jeszcze kawał drogi i kawał czasu! Pozdrawiam!

    Reply
  • Monia
    19/11/2015 at 20:27

    Byłam w Australii i widziałam na własne oczy, ale i tak nie mogę uwierzyć jak tam pięknie!

    W Perth wylądowaliśmy trochę przez przypadek, a okazało się, że atmosfera tego miasta najbardziej przypadła nam do gustu. No i Australia Zachodnia jest po prostu niesamowita.

    Reply
    • Przedeptane
      20/11/2015 at 20:56

      Jest! I szkoda, że wiele ludzi zapomina o niej układając plany swojej australijskiej przygody :) Też trafiliśmy do Perth przez przypadek i bardzo nam się spodobało – słońce, piasek, przepiękne dzielnice z architekturą art deco… Bardzo chcielibyśmy tam wrócić.

      Reply
  • Ala
    19/01/2016 at 09:44

    My spotkaliśmy samotnego Kuoka na „pustkowiu” czekając na naszego busa hop-in hop-out. Siedział sobie spokojnie w krzaczkach, a zauważyłam go tylko dlatego że pod stopami zobaczyłam małe kupy :) Rottnest Island była jednym z fajniejszych miejsc które odwiedziliśmy i to dzięki tym sympatycznym torbaczom. Jadąc do Australii nie warto siedzieć w miastach, busz jest super :)

    Reply

Leave a Reply