przyroda Archives - przedeptane /tag/przyroda/ Jedzoki w świat Wed, 06 May 2020 00:21:11 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu /2018/wieden-muzeum-historii-naturalnej/ /2018/wieden-muzeum-historii-naturalnej/#comments Fri, 09 Mar 2018 10:04:57 +0000 /?p=2973 Wchodzi Franciszek Józef do sali, a tam słoń, wieloryb i stado zebr. To nie dowcip, ale sytuacja, jaka mogła się wydarzyć w najstarszym, największym, najlepszym muzeum przyrodniczym w naszej części Europy. Zwiedzanie Muzeum Historii Naturalnej rozpoczęliśmy od drugiego piętra przedstawiającego kolejno wszystkie grupy zwierzęce – od meduz, mięczaków i owadów aż po małpy człekokształtne. I od razu na wstępie poczuliśmy, że będzie grubo. Pomieszczenie wypełniały gabloty z morskimi bezkręgowcami, a ponieważ w XIX wieku trudno było zachować ich miękkie tkanki w nienaruszonym stanie, władze muzeum zlecały wykonywanie kolorowych kopii… ze szkła. Tak, miniaturowy głowonóg na poniższym zdjęciu to koronkowa robota artysty szklarza. Każde kolejne pomieszczenie ukrywało nowe skarby z dalekich lądów lub głębokich oceanów. Poniższy kawał rybska to latimeria – żywa skamieniałość, uważana za wymarłą od 60 milionów lat. Latimeria była trochę wyjątkiem z reguły, ponieważ […]

The post Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu appeared first on przedeptane.

]]>
Wchodzi Franciszek Józef do sali, a tam słoń, wieloryb i stado zebr. To nie dowcip, ale sytuacja, jaka mogła się wydarzyć w najstarszym, największym, najlepszym muzeum przyrodniczym w naszej części Europy.

Zwiedzanie Muzeum Historii Naturalnej rozpoczęliśmy od drugiego piętra przedstawiającego kolejno wszystkie grupy zwierzęce – od meduz, mięczaków i owadów aż po małpy człekokształtne. I od razu na wstępie poczuliśmy, że będzie grubo.

Pomieszczenie wypełniały gabloty z morskimi bezkręgowcami, a ponieważ w XIX wieku trudno było zachować ich miękkie tkanki w nienaruszonym stanie, władze muzeum zlecały wykonywanie kolorowych kopii… ze szkła. Tak, miniaturowy głowonóg na poniższym zdjęciu to koronkowa robota artysty szklarza.

szklana kałamarnica, Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń

Każde kolejne pomieszczenie ukrywało nowe skarby z dalekich lądów lub głębokich oceanów. Poniższy kawał rybska to latimeria – żywa skamieniałość, uważana za wymarłą od 60 milionów lat.

latimeria, Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu

Latimeria była trochę wyjątkiem z reguły, ponieważ motywem przewodnim naszego zwiedzania były spotkania z wymarłymi gatunkami – pojechaliśmy do Wiednia właśnie po to, aby zobaczyć rzadkie okazy zwierząt, które bezpowrotnie zniknęły z powierzchni naszej planety.

Pierwszym z nich był mamutak – madagaskarski struś zwany ptakiem-słoniem, ponieważ dorastał do wysokości 3 metrów i ważył aż pół tony. Ich jaja (zdjęcie po lewej) były do 6 razy większe od jaj współcześnie żyjących strusi (160 jaj kurzych!).

Mamutaki były prawdopodobnie pierwowzorem legendarnego ptaka „rukh” z arabskiej „Księgi tysiąca i jednej nocy” i wyginęły dopiero koło 1000 roku po tym, co na Madagaskarze zaczęli osiedlać się ludzie. Identyczny los spotkał także ptaka dodo (zdjęcie po prawej) z wyspy Mauritius na Oceanie Indyjskim. Ten z kolei wymarł w XVII wieku dzięki połączonym wysiłkom europejskich żeglarzy oraz ich kotów, psów i szczurów.

W końcu dotarliśmy też do naszej ukochanej Oceanii. W wiedeńskim muzeum można podziwiać szkielet nowozelandzkiego ptaka moa, którego pobratymców wybili w XV wieku Maorysi. Kolejne zdjęcia przedstawiają gabloty z gatunkami australijskich papug oraz nowozelandzkich nielotów – kiwi i papug kakapo.

Gwoździem programu był dla nas oczywiście wilk tasmański. Te fascynujące drapieżniki wyginęły dopiero w latach 30. XX wieku, jednak na całym świecie istnieje zaledwie kilkadziesiąt wypchanych okazów, przy czym ten wiedeński należy do najlepiej zachowanych. Mamy porównanie – zwierzak, którego widzieliśmy w muzeum na Tasmanii, przypominał susła uzależnionego od metamamfetaminy.

tygrys tasmański, wilkowór, Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń, Austria

Ale dość tych smutów – podczas zwiedzania trafiały się też różne dziwaczne odkrycia. Na przykład w sali ssaków natknęliśmy się na taką oto mysz przeglądającą się w lustrze.

mysz, taksydermia, muzeum historii naturalnej wiedeń austria

Ponieważ zaś nie władamy językiem Goethego, z pewnym rozbawieniem zauważyliśmy, że niemieckim przyrodnikom podejrzanie dużo fauny kojarzy się ze świniami. Bynajmniej nie poprzestali na śwince morskiej („Meerschweinchen”) i morświnie („Seeschwein”) – po niemiecku jeżozwierz to „Stachelschwein” (kolczasta świnia), diugoń to „Schweinswal” (świnio-waleń), a kapibara to „Wasserschwein” (wodna świnia). W ogóle całe germańskie nazewnictwo zoologiczne jest urocze, co demonstruje następująca infografika.

Po świntuszeniu nadszedł czas na największe okazy w zbiorach wiedeńskiego muzeum – salę ze słoniowatymi i ssakami morskimi.

Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu, Austria

To właśnie tutaj można zrozumieć, dlaczego taksydermia cieszyła się w swoim czasie tak dużą estymą. Rachel Poliquin w swojej książce „The Breathless Zoo” opisała historię i przemiany tej makabrycznej sztuki, której wspięła się na wyżyny popularności właśnie na przełomie XIX i XX wieku. Cytacik:

U schyłku XIX wieku umiejętnie wypchane zwierzęta uznawane były za połączenie wysokiej sztuki i nauki, czyli coś, z czego imperium może być dumne. Dobra taksydermia zależna była od wysokiej jakości skór oraz precyzyjnej wiedzy przyrodniczej, która z kolei oparta była na odkryciach, podróżach, badaniach i podbojach.

 

Galerie wypełnione imponującymi stworami z całego świata stały się więc symbolem pozytywistycznego boomu wiedzy, odkryć i nowych technologii.

Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń, ssaki

Przedstawicielami tego szczytowego okresu są na przykład wiedeńskie dioramy, w których zwierzęta ustawiane są w pieczołowicie odtworzonym wycinku ich naturalnego środowiska. Gablota z zebrami wysypana jest piaskiem i ozdobiona afrykańską roślinnością, na podłodze leżą nawet spreparowane odchody. W kolejnym pomieszczeniu znajduje się wielgachny model europejskiej puszczy – rodzina żubrów stoi wśród buków i dębów, na mchu zastygły sikorki, na pniach i korzeniach można dostrzec dzięcioła, wiewiórkę, czy łasiczkę, spod jednego z konarów wychyla się borsuk.

Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń, zebry

Ale wystarczy już drugiego piętra, schodzimy w dół. Po drodze przebijamy się przez tabun dzieci, które przyszły obejrzeć wystawę czasową poświęconą obecności zwierząt w kulturze, społeczeństwie i sztuce.

Na pierwszym piętrze Muzeum Historii Naturalnej znajdują się pokaźne zbiory mineralogiczne i paleontologiczne. W części poświęconej ewolucji życia na ziemi można podziwiać kopię czaszki ryby pancernej – Dunkleosteusa, największego drapieżnika występującego w morzach późnego dewonu. W innej sali znajduje się z kolei rzadki, kompletny szkielet ogromnego Glyptodona (1 tona masy, proszę państwa). Ten krewniak dzisiejszych pancerników jeszcze 11 tysięcy lat temu żył w Ameryce Południowej, zanim nie pojawili się tam Indianie i nie zrobili z nim porządek.

W ten sposób skompletowaliśmy kolekcję wymarłej megafauny, czyli zwierząt-gigantów, które nie przeżyły kontaktu z ludźmi – w towarzystwie amerykańskiego glyptodona, afrykańskiego mamutaka, azjatyckiego dodo, oceanicznego moa i tygrysa zabrakło jeszcze europejskiego tura czy mamuta. Do obecnie żyjących przedstawicieli megafauny można zaliczyć azjatyckie i afrykańskie słonie czy nosorożce – a i z nimi jest ostatnio raczej krucho.

Jednak nasze zwiedzanie nie skończyło się w mollowym nastroju. W kolejnym pomieszczeniu natknęliśmy się na nieoczekiwaną perełkę, a raczej dar z niebios – meteoryty! Wiele wystawionych okazów pochodzi z terenów Europy (także z Polski), najstarszy spadł bodajże w XV wieku. W gablotach można obejrzeć nie tylko surowe bryły, ale też przekroje, które przyciągają uwagę misternymi strukturami, a czasem nawet tęczowymi kolorami.

W salach z okazami mineralogicznymi można z kolei podziwiać prezenty nadsyłane Franzowi Josefowi z różnych zakątków Austro-Węgier – złoto, srebro i kamienie szlachetne, ale też tonową bryłę soli z Wieliczki. I tu kolejne zwierzakowe intermezzo – w jednej z gablot znajduje się wystawa minerałów, których nazwy pochodzą od zwierząt (kwarcowe tygrysie oko, oczy „kocie” i „wilcze” itp.)

Podsumowanie? Co tu dużo gadać – przez większość czasu czuliśmy się jak dziecko w cukierni. Wiedeńskie Muzeum Historii Naturalnej przypomina wiktoriański wehikuł czasu – to miejscami sentymentalna, miejscami surrealistyczna wycieczka w klimacie książek Juliusza Verne’a, Josepha Conrada, czy Tomkowych serii Alfreda Szklarskiego.

Brawo, Franz. Masz swoje za uszami, ale toto Ci się udało.


Jeżeli wybieracie się do Wiednia, to rzućcie okiem na nasz mini poradnik – co, gdzie, jak w stolicy Austrii :)

The post Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/wieden-muzeum-historii-naturalnej/feed/ 1
Wieloryby w Sydney /2017/wieloryby-w-sydney/ /2017/wieloryby-w-sydney/#comments Tue, 04 Jul 2017 10:25:42 +0000 /?p=2830 Nie samymi kangurami i koalami Australia stoi! Przedstawiamy kilka migawek z naszego spotkania z humbakami. Nawet w środku tutejszej zimy zwierzolubni turyści mogą liczyć na DUŻĄ dawkę wrażeń. Dwa razy w roku koło Sydney przepływają stada wielorybów, które można obserwować nawet z miejskich plaż. My jednak postanowiliśmy spełnić sobie kolejne marzenie i dotrzeć odrobinę bliżej do tych fascynujących ssaków. Najpierw jednak garść przydatnych informacji. WIELORYBY W SYDNEY – CO / GDZIE / JAK W mieście działa kilka firm oferujących wyprawy dużymi łodziami lub mniejszymi, szybkimi motorówkami. Zwierzęta nie boją się statków, ponieważ Australijczycy zakazali wielorybnictwa w 1963 roku. Od tego czasu liczba humbaków skoczyła z setki do 8000 sztuk i nadal rośnie o 10-11% rocznie. Dzisiaj stada humbaków (vel długopłetwców oceanicznych) są tak liczne, że organizatorzy wycieczek oferują gwarancję zwrotu pieniędzy lub darmowe bilety na […]

The post Wieloryby w Sydney appeared first on przedeptane.

]]>
Nie samymi kangurami i koalami Australia stoi! Przedstawiamy kilka migawek z naszego spotkania z humbakami.

Nawet w środku tutejszej zimy zwierzolubni turyści mogą liczyć na DUŻĄ dawkę wrażeń. Dwa razy w roku koło Sydney przepływają stada wielorybów, które można obserwować nawet z miejskich plaż. My jednak postanowiliśmy spełnić sobie kolejne marzenie i dotrzeć odrobinę bliżej do tych fascynujących ssaków.

Najpierw jednak garść przydatnych informacji.

WIELORYBY W SYDNEY – CO / GDZIE / JAK

W mieście działa kilka firm oferujących wyprawy dużymi łodziami lub mniejszymi, szybkimi motorówkami. Zwierzęta nie boją się statków, ponieważ Australijczycy zakazali wielorybnictwa w 1963 roku. Od tego czasu liczba humbaków skoczyła z setki do 8000 sztuk i nadal rośnie o 10-11% rocznie.

Dzisiaj stada humbaków (vel długopłetwców oceanicznych) są tak liczne, że organizatorzy wycieczek oferują gwarancję zwrotu pieniędzy lub darmowe bilety na kolejny kurs, jeżeli nie uda się zobaczyć żadnych wielorybów.

Czas migracji: maj – sierpień / wrzesień – listopad

Najlepsze miejsca do obserwacji z lądu: LINK

Ceny wycieczek statkiem: 30-90 $ w zależności od czasu trwania i wielkości grupy

Odzież: buty z antypoślizgową podeszwą, nieprzemakalna kurtka, Aviomarin

Aktualna ilość wielorybów w Sydney: LINK

Wróćmy do naszej zimowej wyprawy. Po wyruszeniu spod Opery w trakcie kilkunastu minut wypłynęliśmy z sydnejskiej zatoki na otwarty ocean. Tam dołączyła do nas grupka delfinów, które ewidentnie świetnie się bawiły w falach tworzonych przez dziób szybko płynącego statku.

Chwilę później zauważyliśmy też rozproszone stadka głuptaków australijskich. Wcześniej nieraz podziwialiśmy ich widowiskowe polowania, podczas których pionowo pikują do wody nawet z wysokości kilkudziesięciu metrów. Tym razem jednak kołysały się na falach, co oznacza, że w pobliżu mogą poruszać się wieloryby.

I faktycznie nie trzeba było długo czekać.

Kapitan ogłosił, że w odległości kilkuset metrów nad taflę wytrysnęły fontanny wody. Statek szybko zmienił kurs i ruszył w ich kierunku. Gdy woda opadła, między falami powoli prześliznęły się grube, czarne grzbiety. Są!

 

Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Wszystkich obserwujących obowiązują surowe reguły – jedną grupę wielorybów mogą śledzić najwyżej trzy statki i można pływać tylko wzdłuż trasy poruszającego się stada. Nie wolno zagradzać im drogi ani podpływać zbyt blisko (o ile wieloryby same się nie ośmielą).

Nie wszystkie wieloryby lubią pozować do zdjęć. Starsze osobniki powoli prą do przodu, wystawiając z wody tylko grzbiet lub ogon. Operatorzy wycieczek dobrze o tym wiedzą i starają się znaleźć stada z młodymi samcami, w których – jak w każdym nastolatku, c’nie? – buzują hormony i którzy lubią się popisywać przed rówieśnikami lub potencjalnymi partnerkami.

W ciągu ponad dwugodzinnego rejsu podpływaliśmy więc do kilku grup, aż udało się trafić na takiego performera. I wtedy się zaczęło!

Nasz bohater dnia nie był żadnym Pudzianem swojego gatunku, mierzył – bagatela – około 10 metrów (dorosłe humbaki osiągają 12-16m). Braki w gabarytach nadrabiał jednak uporem i energią – w ciągu pół godziny naliczyliśmy ponad sto skoków!

Podobne widowiska zdarzają się najczęściej właśnie w czasie pierwszej migracji, kiedy humbaki uciekają z Antarktydy na północne wybrzeże Australii, by urodzić młode w ciepłych wodach Pacyfiku. Każdy z tych dwóch etapów liczy ponad 5000 kilometrów, a więc w ciągu roku australijskie humbaki pokonują aż 1/4 długości równika.

W trakcie powrotnej podróży młodzież jest już wybrykana, ale można z kolei obserwować krowy z cielakami (tak oficjalnie nazywa się panie humbakowe i ich przychówek). Podobno matki często są na tyle ufne, że podprowadzają młode aż do burty statków, aby pokazać juniorom dziwne, dwunożne ssaki podskakujące z ekscytacji na pokładzie. Chyba mamy już więc plan na listopad.

Naoglądaliśmy się młodzieńczych wybryków, ale w trakcie wypraw można zaobserwować cały szereg innych zachowań.

W oceanie nie ma się o co podrapać, a więc oprócz czysto popisowych skoków z półobrotem (pozdrowienia dla Chucka) humbaki czasem wyskoczą i prasną całym cielskiem o taflę, co zdaniem zoologów pomaga im usuwać skórne pasożyty.

Oprócz tego repertuar wielorybów obejmuje też uderzenia ogonem, machanie płetwą, pionowe zastyganie w wodzie itp. Pełną listę zachowań znajdziecie tutaj.

No ale cóż, wszystko co dobre… Po dwóch godzinach na oceanie trzeba było wrócić do przystani, a więc statek ruszył pełną parą w stronę sydnejskiej zatoki. Jeżeli macie mocny żołądek, to gorąco polecamy zostać na dziobie – wieje jak diabli, ale wrażenia jak z kolejki górskiej.

Tym razem nikt nie „odrzucał boa”, ale znajomi opowiadali, że czasem jakiś biedny, zielonkawy pasażer uruchomi reakcję łańcuchową i wzdłuż burt ustawia się więcej rzygaczy niż na gotyckiej katedrze. My mieliśmy szczęście, ale lepiej zaopatrzyć się przed wyprawą w jakiś Aviomarin.

Na pożegnanie kilka widoczków z powrotu do sydnejskiej zatoki. A my cieszymy się już na jesień jak humbak na tonę krylu.

The post Wieloryby w Sydney appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/wieloryby-w-sydney/feed/ 5
Północna Australia: Krokodyl wyciągnął turystę z namiotu /2016/krokodyl-wyciagnal-turyste-z-namiotu/ /2016/krokodyl-wyciagnal-turyste-z-namiotu/#comments Tue, 26 Apr 2016 15:43:33 +0000 /?p=1946 Typowy australijski kemping. Gwieździste niebo, szum eukaliptusów i szczęka czterometrowego krokodyla zaciśnięta na kostce. Zębaty budzik Australijskie media żyją wiadomością o 19-letnim turyście, który przeżył bliskie spotkanie z krokodylem podczas noclegu w północnoaustralijskim buszu. Rzecz stała się w pobliżu miasta Katherine, bramy do słynnego parku narodowego Kakadu. Chłopak nocował nad odległym creekiem (australijska nazwa okresowych rzek) w namiocie składającym się właściwie tylko z cienkiej moskitiery, która siłą rzeczy stanowiła słabą ochronę przeciwko kilkumetrowym gadom. Jak powiedział sam poszkodowany: Spałem pod siatką, ale nagle się budzę i czuję, że coś szarpie mnie za nogę. Krokodyl różańcowy starał się zaciągnąć ofiarę do wody, jednak niedoszła kolacja zachowała zimną krew i tak długo uderzała go w paszczę, aż gad zrezygnował i uciekł. Na szczęście obyło się bez większych obrażeń – rodzice odwieźli chłopaka do najbliższego szpitala, gdzie został opatrzony i otrzymał dawkę […]

The post Północna Australia: Krokodyl wyciągnął turystę z namiotu appeared first on przedeptane.

]]>
Typowy australijski kemping. Gwieździste niebo, szum eukaliptusów i szczęka czterometrowego krokodyla zaciśnięta na kostce.

Zębaty budzik

Australijskie media żyją wiadomością o 19-letnim turyście, który przeżył bliskie spotkanie z krokodylem podczas noclegu w północnoaustralijskim buszu. Rzecz stała się w pobliżu miasta Katherine, bramy do słynnego parku narodowego Kakadu. Chłopak nocował nad odległym creekiem (australijska nazwa okresowych rzek) w namiocie składającym się właściwie tylko z cienkiej moskitiery, która siłą rzeczy stanowiła słabą ochronę przeciwko kilkumetrowym gadom. Jak powiedział sam poszkodowany:

Spałem pod siatką, ale nagle się budzę i czuję, że coś szarpie mnie za nogę.

Krokodyl różańcowy starał się zaciągnąć ofiarę do wody, jednak niedoszła kolacja zachowała zimną krew i tak długo uderzała go w paszczę, aż gad zrezygnował i uciekł. Na szczęście obyło się bez większych obrażeń – rodzice odwieźli chłopaka do najbliższego szpitala, gdzie został opatrzony i otrzymał dawkę antybiotyków.

Historia nocnego ataku może być dla wszystkich nauczką, że nie warto ignorować ostrzeżeń zarządców australijskich parków narodowych. Rodzina rozbiła namioty w odległości zaledwie 15 metrów od wody, przy czym zalecany dystans wynosi co najmniej 50 metrów.

Jak wygrać z krokodylem?

Od zakończenia odstrzału krokodyli różańcowych w 1971 wzrosła ilość ataków na ludzi, jednak do większości wypadków dochodzi właśnie w wyniku złamania przepisów – pływaniu lub łowieniu ryb w niedozwolonych miejscach lub w niewłaściwym czasie. W zeszłym roku australijski Departament Parków Narodowych uruchomił specjalną kampanię społeczną skierowaną na szerzenie oświaty nie tylko wśród turystów, ale także miejscowej ludności. Poniższy spot emitowany był po angielsku, kreolsku oraz w kilku aborygeńskich językach.

Oczywiście jak zawsze podkreślamy, że nocowanie pod gołym niebem w Australii wcale nie jest takie niebezpieczne – pod wieloma względami jest nawet mniej ryzykowne niż na przykład nocleg w Tatrach lub Bieszczadach. O tym jednak napiszemy innym razem.

Osoby zainteresowane tymi niebezpiecznymi, ale fascynującymi gadami odsyłamy do naszego starszego wpisu o pojedynku krokodyla różańcowego z rekinem.

źródło: The Week

The post Północna Australia: Krokodyl wyciągnął turystę z namiotu appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/krokodyl-wyciagnal-turyste-z-namiotu/feed/ 12
Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! /2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/ /2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/#comments Wed, 05 Aug 2015 12:41:02 +0000 /?p=1116 Ku wielkiemu rozczarowaniu ufologów komisja badająca tajemnicze zjawisko stwierdziła, że winowajcami są… zwierzęta na haju. Tasmańskich rolników od lat niepokoiły kręgi pojawiające się w miejscowych uprawach maku. Po zbadaniu sprawy udało się odkryć przyczynę – okazało się, że miejscowe walabie (mniejsi krewni kangurów) przychodzą na pola, by żywić się makówkami zawierającymi liczne alkaloidy wykorzystywane do produkcji leków. „Mamy problem z kangurami” – przyznaje Lara Giddings, Prokurator Generalny Tasmanii – „Przychodzą na pola, ćpają i biegają w kółko”. Jeden z farmerów twierdzi, że walabie wracają regularnie: „Przyjdą, zjedzą kilka maków i znikają. Później wracają, zrobią kilka kółek jak konie na wybiegu. Wygląda to tak, jakby wiedziały, kiedy mają dosyć.” Tasmania jest jednym z największych światowych producentów opium przetwarzanego na kodeinę, morfinę i inne leki. Biznes wart 80 milionów dolarów generuje około 50 procent ogólnoświatowej produkcji legalnego opium. Walabie nie są jedynymi australijskimi zwierzętami, które zasmakowały w używkach. W innych […]

The post Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! appeared first on przedeptane.

]]>
Walabia, Południowa Tasmania

Ku wielkiemu rozczarowaniu ufologów komisja badająca tajemnicze zjawisko stwierdziła, że winowajcami są… zwierzęta na haju.
Tasmańskich rolników od lat niepokoiły kręgi pojawiające się w miejscowych uprawach maku. Po zbadaniu sprawy udało się odkryć przyczynę – okazało się, że miejscowe walabie (mniejsi krewni kangurów) przychodzą na pola, by żywić się makówkami zawierającymi liczne alkaloidy wykorzystywane do produkcji leków.

„Mamy problem z kangurami” – przyznaje Lara Giddings, Prokurator Generalny Tasmanii – „Przychodzą na pola, ćpają i biegają w kółko”. Jeden z farmerów twierdzi, że walabie wracają regularnie: „Przyjdą, zjedzą kilka maków i znikają. Później wracają, zrobią kilka kółek jak konie na wybiegu. Wygląda to tak, jakby wiedziały, kiedy mają dosyć.”

Tasmania jest jednym z największych światowych producentów opium przetwarzanego na kodeinę, morfinę i inne leki. Biznes wart 80 milionów dolarów generuje około 50 procent ogólnoświatowej produkcji legalnego opium.

Kakadu, Sydney

Walabie nie są jedynymi australijskimi zwierzętami, które zasmakowały w używkach. W innych częściach Australii uprawy maku są atakowane przez papugi kakadu – w tym wypadku powiedzenie „dać sobie w czuba” nabiera całkowicie nowego znaczenia.

źródło: Reset.me

The post Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/feed/ 11
Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów /2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/ /2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/#comments Mon, 13 Jul 2015 07:16:15 +0000 /?p=1077 Każdy zna listę siedmiu cudów świata, wybitnych osiągnięć ludzkiej wyobraźni i umiejętności. Jednak natura wcale nie pozostaje w tyle, też stworzyła swoją kolekcję monumentalnych dzieł. Lasy eukaliptusów karri, jeden z takich cudów przyrody, można podziwiać tylko w jednym miejscu na świecie. A droga długa jest, bo trzeba jechać aż na Antypody. Ucieczka z piekarnika Australia Zachodnia generalnie kojarzy się z żarem, suszą i piaskami pustyni, jednak po wyruszeniu na południe tego stanu szybko natknęliśmy się na całkowicie odmienny, żyzny krajobraz. Suche równiny stopniowo zaczęły się zazieleniać, szosa coraz częściej przecinała sady i pola uprawne, przewijała się przez urokliwe miasteczka. Wiele z tych miejsc dumnie prezentuje swoje skarby – w jednym z nich główną ulicę zdobiły słupy z ogromnymi, blaszanymi jabłkami, w innym mieszkańcy rozwieszali plakaty i ozdoby z okazji zbliżającego się festiwalu czereśni. Mijaliśmy rozległe […]

The post Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów appeared first on przedeptane.

]]>
Każdy zna listę siedmiu cudów świata, wybitnych osiągnięć ludzkiej wyobraźni i umiejętności. Jednak natura wcale nie pozostaje w tyle, też stworzyła swoją kolekcję monumentalnych dzieł. Lasy eukaliptusów karri, jeden z takich cudów przyrody, można podziwiać tylko w jednym miejscu na świecie. A droga długa jest, bo trzeba jechać aż na Antypody.

Ucieczka z piekarnika

Australia Zachodnia generalnie kojarzy się z żarem, suszą i piaskami pustyni, jednak po wyruszeniu na południe tego stanu szybko natknęliśmy się na całkowicie odmienny, żyzny krajobraz. Suche równiny stopniowo zaczęły się zazieleniać, szosa coraz częściej przecinała sady i pola uprawne, przewijała się przez urokliwe miasteczka.

Wiele z tych miejsc dumnie prezentuje swoje skarby – w jednym z nich główną ulicę zdobiły słupy z ogromnymi, blaszanymi jabłkami, w innym mieszkańcy rozwieszali plakaty i ozdoby z okazji zbliżającego się festiwalu czereśni. Mijaliśmy rozległe pola, na których pasło się bydło, przejeżdżaliśmy przez wioski zamieszkane przez małe komuny artystów, przy drodze co chwila pojawiała się ręcznie wykonana tabliczka zapraszająca do zakupu miejscowego wina z mango. Australia jak zwykle czarowała kolorami – zieleń ostro kontrastowała z pomarańczową glebą, kwitnące krzewy tworzyły krwistoczerwone korytarze z akcentami żółtych kwiatów na żywopłotach z opuncji.

W końcu opuściliśmy tę egzotyczną sielankę, pojawiły się pierwsze drzewa, które stopniowo połączyły się w las. Smukłe pnie robiły się coraz wyższe i grubsze, aż ich czubki całkowicie znikły z widoku. Dotarliśmy do siedziby gigantów.

 

Chwała na wysokości

Karri, czyli eukaliptus różnobarwny, wyrasta do 90 metrów i tworzy jedne z najwyższych lasów na świecie – wyżej wzbijają się tylko kalifornijskie sekwoje. W pierwszej dziesiątce najwyższych pojedynczych drzew występują na zmianę właśnie amerykańskie i australijskie drzewa, wśród których króluje Centurion, prawie stumetrowy eukaliptus (nomen omen) królewski z Tasmanii.

eukaliptusy karri, papuga, Australia Zachodnia

Eukaliptusy karri rosną z reguły na ubogich glebach, jednak – jak większość australijskich roślin – potrafią wykorzystać na swoją korzyść pożary, które są nieodłącznym elementem australijskiego ekosystemu. Karri lubią kwitnąć wkrótce po wygaśnięciu ognia, a z ich kwiatów powstaje słynny, niezwykle aromatyczny miód. Cenione jest też ich drewno o ładnym, mahoniowym zabarwieniu. Najczęściej wykorzystywane jest do budowy dachów, ponieważ długie, jednolite pnie karri pozbawione są sęków, a więc świetnie nadają się do produkcji belek.

Przed zmrokiem dotarliśmy do Pemberton, małego miasteczka ulokowanego na odległym, południowo-zachodnim cyplu kontynentu. Pemberton znajduje się w samym środku lasu i stanowi główną bazę wypadową do okolicznych parków narodowych i pomników przyrody. Jeden z nich, główna atrakcja regionu i być może najbardziej znane drzewo w Australii, znajduje się dwa kilometry za miastem. To spotkanie musieliśmy jednak zostawić na rano.

 

Co w poszyciu piszczy

Wstaliśmy wcześnie, aby zobaczyć, jak las budzi się do życia. Okazało się, że nie tylko eukaliptusy cierpią tutaj na manię wielkości – podszycie leśne, osiągające w naszych lasach maksymalnie 4 metry, tutaj dorasta aż do dziesięciu.

PC020614

Nie zawiodło nas też bogactwo miejscowej fauny. Przywykliśmy już do obecności wielu gatunków papug o krzykliwych kolorach i głosach – tym razem naszą uwagę przykuły tzw. chwostki, drobne ptaki występujące wyłącznie w Australii i w Indonezji. Samce wszystkich gatunków chwalą się całą paletą odcieni koloru niebieskiego, włącznie z turkusem i metalicznym błękitem. Nic dziwnego, że chwostki są nazywane przez miejscowych „klejnotami natury”.

W najniższym piętrze roślinności natknęliśmy się na nieco bardziej groźnego mieszkańca. Mowa o kolejnym australijskim ewenemencie – o bull ants, prastarej rodzinie mrówek, czterokrotnie większych i wielokrotnie bardziej niebezpiecznych od ich europejskich kuzynek. Potężne, wzbudzające respekt żuwaczki wcale nie są od parady, co potwierdza tytuł najbardziej niebezpiecznej mrówki świata w Księdze Rekordów Guinessa. Mrówki z tej rodziny posłużyły Schopenhauerowi do zilustrowania jego koncepcji „woli życia” – są szybkie i agresywne, mają świetny wzrok i węch i nie wahają się gonić wroga na odległość kilku metrów. Nie boją się też ludzi. Podczas ataku jednocześnie gryzą żuwaczkami i wstrzykują w ranę jad z odwłoku, w kilku przypadkach ofiara ginęła w 15 minut od ukąszenia. W skrócie – lasy zamieszkane przez bull ants raczej nie są dobrym miejscem na piknik.

O dziwo, gęste zarośla zamieszkują też o wiele większe zwierzęta – o czym przekonał nas samiec kangura, który wyskoczył na nas z krzaków. W niektórych europejskich ZOO można pogłaskać walabie, czyli mniejsze kangurowate – tutaj stanął przed nami zwierzak wielkości sarny. Rozejrzał się na boki i po dwóch susach zniknął w zielonej ścianie.

australijskie zwierzęta - kangur

Zdolność cichego poruszania się w zaroślach działa niestety na szkodę tych zwierząt – później tego dnia spotkaliśmy starszą panią w obitym vanie wypełnionym młodymi kangurzątkami. Okazało się, że mamy do czynienia z jednoosobową organizacją ratowniczą – pani od lat krąży po okolicy i przegląda kieszenie kangurzyc zabitych przez przejeżdżające samochody. Znalezione młode zabiera do domu, gdzie opiekuje się nimi do czasu, gdy może je wypuścić na wolność.

Jest to niestety Syzyfowa praca – zwłaszcza turyści z Europy, przyzwyczajeni do swoich opustoszałych lasów, jeżdżą jak dzicy i nieustannie generują nowe pokolenia sierot.

 

Mr. Big – król eukaliptusów

W końcu przyszła jednak pora na spotkanie z gwiazdą dnia. Drzewo Gloucester Tree – bo to o nim mowa – jest pięknym, siedemdziesięciometrowym okazem karri. Jego pień najeżony jest spiralą ponad 150 żelaznych prętów, po których można się wspiąć na sam szczyt.

Gloucester nie został jednak okaleczony dla jakiegoś widzimisię. Od lat 30. XX wieku tworzył razem z podobnymi drzewami siatkę tzw. drzew widokowych, z których strażnicy mogli dokładnie zlokalizować pożary lasu. Dzisiaj do tego celu używa się helikopterów i GPSów, drzewa widokowe stały się więc atrakcją turystyczną.

eukaliptusy karri australia zachodnia

Dzięki siatkom ochronnym obywa się bez śmiertelnych wypadków, co nie zmienia faktu, że wspinaczka na sam szczyt wymaga nie lada sprawności fizycznej – zdarzają się zawały, od czasu do czasu ludzie przeceniają swoje możliwości i strażnicy muszą ich sprowadzać na dół. Ogólnie statystyki podają, że na czubek drzewa dociera zaledwie 20 procent turystów.

Nam niestety nie udało się spełnić tego celu – oparzone kilka dni wcześniej stopy uniemożliwiły nam wspinaczkę. Ale nic to, mamy przynajmniej kolejny powód, aby wrócić. Gloucester poczekał 250 lat, wytrzyma i kilka kolejnych.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot

 

The post Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/feed/ 13
Tasmania i rzeka, która świeci /2015/tasmania-swiecaca-rzeka/ /2015/tasmania-swiecaca-rzeka/#comments Wed, 27 May 2015 11:13:10 +0000 /?p=1002 Dlaczego woda w Hobart zaczęła świecić? Wpis z cyklu „Nie, to naprawdę nie jest Photoshop”. W połowie maja 2015 roku mieszkańcy Hobart, głównego miasta Tasmanii, zaczęli zauważać niebieskie światło pojawiające się na brzegach rzeki Derwent River. Podziękowania za to niesamowite widowisko należą się nocoświetlikom, pierwotniakom o zdolności bioluminescencji. Jak wygląda nocoświetlik w dzień? Niepozornie. Co innego w nocy. Ciała nocoświetlików zawierają lucyferynę, czyli tę samą substancję świecącą, którą wykorzystują nasze świetliki. Nocoświetliki aktywują lucefyrynę podczas podrażnienia wywołanego na przykład przez falę lub inne poruszenie wody. I wtedy dzieją się wielkie rzeczy. To świetlne show ma oczywiście swoje ciemne strony – tak naprawdę zjawisko to jest efektem ubocznym tzw. zakwitu, czyli masowego przerostu mikroskopijnych organizmów. Zakwity są problemem także w naszych jeziorach, są niebezpieczne zarówno dla ryb, jak i dla pływaków, umierający nocoświetlik wydziela trujący amoniak. Magia magią, ale wiele plaż w Australii […]

The post Tasmania i rzeka, która świeci appeared first on przedeptane.

]]>
Dlaczego woda w Hobart zaczęła świecić? Wpis z cyklu „Nie, to naprawdę nie jest Photoshop”.

W połowie maja 2015 roku mieszkańcy Hobart, głównego miasta Tasmanii, zaczęli zauważać niebieskie światło pojawiające się na brzegach rzeki Derwent River. Podziękowania za to niesamowite widowisko należą się nocoświetlikom, pierwotniakom o zdolności bioluminescencji.

Jak wygląda nocoświetlik w dzień? Niepozornie.

70f41e27

Co innego w nocy. Ciała nocoświetlików zawierają lucyferynę, czyli tę samą substancję świecącą, którą wykorzystują nasze świetliki. Nocoświetliki aktywują lucefyrynę podczas podrażnienia wywołanego na przykład przez falę lub inne poruszenie wody. I wtedy dzieją się wielkie rzeczy.

Tasmania Hobart świecąca rzeka

To świetlne show ma oczywiście swoje ciemne strony – tak naprawdę zjawisko to jest efektem ubocznym tzw. zakwitu, czyli masowego przerostu mikroskopijnych organizmów. Zakwity są problemem także w naszych jeziorach, są niebezpieczne zarówno dla ryb, jak i dla pływaków, umierający nocoświetlik wydziela trujący amoniak. Magia magią, ale wiele plaż w Australii jest co roku zamykanych nie z powodu rekinów, ale właśnie ze względu na inwazję tych malutkich, świecących stworzeń.

11088813_909431302470278_4257734546714633516_o

No cóż – czy można się na nie złościć, skoro fundują nam tak piękne widoki?

11255814_906834406063301_1241841639980269717_o

Tasmania świecąca rzeka

Tasmania przyroda

Tasmania przyroda

11336932_906834539396621_1681226144851258537_o

Zdjęcia pochodzą ze strony Lena’s Lens Photography. Jeżeli interesuje Cię Tasmania, to zapraszamy do innych wpisów poświęconych tej fascynującej wyspie.

The post Tasmania i rzeka, która świeci appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/tasmania-swiecaca-rzeka/feed/ 9
Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/ /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/#comments Sun, 17 May 2015 11:42:48 +0000 /?p=661 U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt. Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego. Samotnia dla pół miliona ludzi Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo […]

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt.

Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego.

Rottnest Island, Australia

Samotnia dla pół miliona ludzi

Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo jedyną destynacją w Perth. Nie zgadzamy się z takim oszczerstwem, ale fakt faktem – wyspa od początku znajdowała się na szczycie naszej listy australijskich marzeń.

Z lądu można na nią dotrzeć jedynie promem, który wyrusza w podróż kilka razy dziennie. Wyspę najlepiej jest zwiedzić na siodełku rowerowym, a więc oprócz biletu na prom przewoźnicy oferują także całodniowe wypożyczenie roweru i sprzętu do snorkelingu. Cena całego pakietu przekracza wtedy 150 australijskich dolarów, ale warto zainwestować – na wyspie obowiązuje bowiem zasada „czym dalej od przystani, tym mniej luda”, dzięki dwom kółkom każdy może więc w kilkanaście minut znaleźć dla siebie bezludną plażę. A te są tutaj naprawdę przepiękne.

plaża na Rottnest Island

Wyspę zamieszkuje około 100 stałych mieszkańców, jednak rocznie odwiedza ją aż 500.000 turystów (prawdziwa inwazja zaczyna się w okresie świątecznym), okolice przystani są więc często nieznośnie zatłoczone i gwarne. Większość turystów pozostaje jednak w restauracjach przy molo i nie zapuszcza się dalej, pozostawiając całą resztę wyspy bardziej zdeterminowanym zwiedzającym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

19 kilometrów kwadratowych przecina kilkadziesiąt kilometrów szlaków rowerowych, na całodniową wycieczkę może się więc porwać każdy w miarę zdrowy i sprawny ludź. Przed wyprawą dobrze jednak zadbać o zapasy wody i krem z mocnym filtrem (50+), ponieważ niektóre dłuższe fragmenty trasy prowadzą przez miejsca bez najmniejszego skrawka cienia, a australijskie słońce potrafi okrutnie dopiec, o czym przekonaliśmy się dosłownie na własnej skórze. Jednodniowa wycieczka, dwa tygodnie leczenia poparzeń słonecznych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale nie chcemy was straszyć – naprawdę jest co podziwiać! Nie samym morzem człowiek żyje – wyspę porastają wielkie połacie traw i krzewów, na wzgórzach leżą (sic!) drzewa, wysmagane przez wiatr do fantastycznych kształtów. Codziennie po południu Perth odwiedza bryza morska znad Oceanu Indyjskiego (tzw. „Freemantle Doctor”), dzięki której oprócz miana najbardziej słonecznej metropolii uzyskało także status trzeciego najbardziej wietrznego miasta na świecie.

W pobliżu przystani znajduje się kilka słonych (i cuchnących) jeziorek zamieszkanych przez bajeczną kolekcję wodnych ptaków. Także przybrzeżne wody tętnią życiem – oprócz mew, pelikanów i innego wodnego ptactwa  można się tutaj natknąć na płaszczki i delfiny, z kolei kamieniste podłoże wnętrza wyspy jest świetnym środowiskiem dla gadów. Często widywaliśmy duże, leniwe jaszczurki, dwa razy musieliśmy w ostatniej chwili hamować, aby nie przejechać jadowitego węża wygrzewającego się na asfalcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W gnieździe szczurów

Głównym magnesem na zwierzolubnych turystów są jednak kuoki (ang. quokka). Pierwsi holenderscy odkrywcy pisali o wyspie zamieszkanej przez „dzikie koty”. Gdy w 1696 roku dotarł tutaj kapitan Willem de Vlamingh, także on natknął się na niezliczone stada zwierząt, które – ku jego niezmiernemu zaskoczeniu – często poruszały się na dwóch tylnych łapach. Odkrywca nadał więc wyspie nazwę „Rotte nest”, czyli „gniazdo szczurów”.

quokka, Australia

Kuoki nie są jednak spokrewnione ze szczurami ani z innymi gryzoniami – to torbacze wielkości kota (waga 5 kg, wiek – do 5 lat). Wcześniej żyły także na australijskim lądzie, gdzie zostały jednak wyparte przez ludzi i drapieżniki sprowadzone z Europy. Nic dziwnego – to spokojne, a nawet flegmatyczne zwierzaki, których strategia obronna opiera się z reguły na staniu bez ruchu i robieniu słodkiej miny. Dzisiaj miejsca ich występowania można policzyć na palcach jednej ręki, przy czym wyspa pozostaje ich największym schronieniem.

Na Rottnest Island kuoki nie mają żadnych naturalnych wrogów i oswoiły się do tego stopnia, że często same podchodzą i szukają kontaktu z ludźmi. W trakcie jednego z postojów nasze rowery zostały „zaatakowane” przez całe stado – zwierzaki oblizywały łańcuchy, obwąchiwały torby, a nawet powskakiwały do wózka rowerowego w poszukiwaniu jedzenia.

compo

Ostatnio hitem australijskiego Internetu stały się zdjęcia „selfie” z kuokami, co bardzo nie podoba się ekologom. Władze wyspy rozmieszczają tabliczki ostrzegające przed zbytnim spoufalaniem się ze zwierzętami, nie wolno ich karmić ani dotykać – chociaż my kilka razy nie mieliśmy innej możliwości, gdy futrzaki za nic nie chciały odejść od rowerów, a zwykłe „kszsz” nie pomagało. Kuoki najwidoczniej nie czytają tabliczek – najczęściej spotykaliśmy je właśnie w pobliżu terenów zabudowanych, a nie na rozległych, pustych obszarach wyspy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Największą atrakcją Rottnest Island pozostaje jednak malownicze wybrzeże. Przejeżdżając wzdłuż niego można zatrzymywać się dosłownie co kilka minut, by odwiedzić kolejne miejsce, w którym biały piasek styka się z turkusową wodą. Czasem spokój naruszają okrzyki i muzyka złotej młodzieży, która przybywa tutaj na własnych jachtach z Perth, aby wypić kilka piw i popływać na wakeboardach – zawsze można jednak spakować manatki i już kawałek dalej znaleźć plażę, która jest całkowicie pusta i cicha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piekło, raj

Sielankowe krajobrazy kryją w sobie też mroczne tajemnice – w XVIII i XIX wieku wyspa była na zmianę bazą wojskową, kolonią karną i więzieniem dla tubylców. Zesłanie na wyspę było dla nich podwójną karą, ponieważ uważali ją za święte miejsce; nazywali ją „Winnaitch”, siedzibą duchów zakazaną dla człowieka. W okropnych warunkach i stresie ginęli więc w zatrważających ilościach – niektóre źródła podają, że w tym czasie zmarło tutaj ok. 10 procent, czyli aż 369 więzionych Aborygenów.

Pamięć o tych wydarzeniach powoli ginie. Wyspa jest obecnie nie tylko celem wycieczek, ale też miejscem realizacji wielu projektów mających na celu ochronę jej unikalnej przyrody – na czele z kuokami, które nazywane są „najszczęśliwszymi zwierzakami na ziemi”. I nie chodzi wcale o to, że te prześladowane pluszaki znalazły w końcu bezpieczne miejsce na ziemi – jeżeli przyjrzycie się uważnie ich zdjęciom, to faktycznie można odnieść wrażenie, że kuoki mają wiecznie uśmiechnięte pyszczki.

uśmiechnięta quokka

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 03/2015

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/feed/ 9
Melbourne: Seks i pingwiny w sweterkach! /2015/melbourne-pingwiny/ /2015/melbourne-pingwiny/#comments Wed, 25 Mar 2015 16:46:25 +0000 /?p=908 Melbourne może nie jest tak wystrzałowe jak Sydney, ale ma duże serce – i malutkie pingwiny. St Kilda to dzielnica leżakowania, łażenia po barach i bujania się z artystyczną bohemą. W dzień można tutaj paść na plaży lub zabawić się w historycznym lunaparku, jednak w nocy turyści przybywają tu z zupełnie innego powodu. Na końcu molo, za stylowym budynkiem z 1904 roku (patrz pierwsze zdjęcie), w przystani otoczonej wałem z głazów odbywa się ptasie show – dziesiątki pingwinów wracają z łowów do swoich gniazd. Przybyliśmy na miejsce tuż przed zachodem słońca, aby znaleźć się jak najbliżej akcji – na drewnianym podeście u podnóża głazów zebrała się już liczna grupa widzów czekających na przybycie gwiazd wieczoru. Na miejscu nie wolno używać latarek ani fleszy (i bardzo dobrze!), ciemność oświetlają tylko czerwone lampy wolontariuszy, którzy dbają o bezpieczeństwo i komfort obserwujących i obserwowanych. Chwilę po zapadnięciu zmroku taflę wody […]

The post Melbourne: Seks i pingwiny w sweterkach! appeared first on przedeptane.

]]>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Melbourne może nie jest tak wystrzałowe jak Sydney, ale ma duże serce – i malutkie pingwiny.

St Kilda to dzielnica leżakowania, łażenia po barach i bujania się z artystyczną bohemą. W dzień można tutaj paść na plaży lub zabawić się w historycznym lunaparku, jednak w nocy turyści przybywają tu z zupełnie innego powodu. Na końcu molo, za stylowym budynkiem z 1904 roku (patrz pierwsze zdjęcie), w przystani otoczonej wałem z głazów odbywa się ptasie show – dziesiątki pingwinów wracają z łowów do swoich gniazd.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przybyliśmy na miejsce tuż przed zachodem słońca, aby znaleźć się jak najbliżej akcji – na drewnianym podeście u podnóża głazów zebrała się już liczna grupa widzów czekających na przybycie gwiazd wieczoru. Na miejscu nie wolno używać latarek ani fleszy (i bardzo dobrze!), ciemność oświetlają tylko czerwone lampy wolontariuszy, którzy dbają o bezpieczeństwo i komfort obserwujących i obserwowanych.

Chwilę po zapadnięciu zmroku taflę wody rozcięło pasemko fal w kształcie litery V. Czarna główka pojawiła się nad wodą, znowu zniknęła i wyskoczyła o kilka metrów bliżej. Małe to, ale szybkie jak diabli.

Pingwin Melbourne

Pierwsze pingwiny wyglądały na lekko speszone. Wyskoczyły z wody na piasek, zgarbiły się i po chwili człapania w miejscu przebiegły tuż pod naszymi nogami i zniknęły w skalnych szczelinach. Kolejni goście nabierali jednak odwagi – coraz częściej paradowali wzdłuż podestu, a w końcu zostawali na dłużej, aby powitać znajomych powracających z morza.

Pingwin Melbourne

Pingwiny małe są – nomen omen – najmniejszymi pingwinami na świecie, w pozycji wyprostowanej mają 34 centymetry wysokości, ważą zaledwie półtora kilograma. Zamieszkują wybrzeża Australii, Nowej Zelandii i Tasmanii, chociaż podobno pojawiły się aż w Chile. Na Nowej Zelandii nazywane są „blue penguins”, a w Australii „little penguins”.

Możemy w tym miejscu obalić dwie miejskie legendy związane z tymi maluchami. Pierwsza – Australijczycy nazywali je wcześniej „fairy penguins”, więc przez jakiś czas miejscowi konserwatyści rozsiewali plotki, że zmianę nomenklatury wymusili aktywiści LGBT („fairy” to nie tylko wróżka, ale też niewybredne określenie homoseksualisty). Fałsz.

Pingwiny Melbourne

Drugą legendą są słynne „sweterki dla pingwinów”. Po wycieku ropy w 2000 roku pewna organizacja poprosiła miłośników przyrody o przesyłanie wełnianych sweterków, które mogłyby ogrzać poszkodowanych i wchłonąć zanieczyszczenia pokrywające ich pióra. Akcja szybko wymknęła się spod kontroli i osiągnęła globalny rozmach, w Internecie pojawiły się instrukcje i szablony do szydełkowania. Gdy liczba nadesłanych sweterków przekroczyła 15.000, organizatorzy musieli oficjalnie poprosić o wstrzymanie dalszych działań.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobne historie wracają jak bumerang, najnowsza pochodzi z 2014 roku. Nie musicie jednak sięgać po druty i kłębki – większość ekspertów twierdzi, że takie akcje (jakkolwiek sympatyczne) nie mają większego wpływu na dobrostan pingwinów. Swetry niewiele pomagają, a mogą nawet zaszkodzić, ponieważ ich ubieranie stresuje zwierzęta. Jeżeli zaś chodzi o walory estetyczne, to pingwiny małe są wystarczająco urocze nawet bez pomocy modnych dodatków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróćmy jednak na plażę, a raczej do sensacyjnego tytułu tego wpisu.

W pewnym momencie w ciemności zaczęły się odzywać dziwne skrzeki – stojąca obok nas wolontariuszka uniosła lekko brew i zawyrokowała: „O, stosunek”. Skierowała snop czerwonego światła na piasek, gdzie dwa małe pingwiny faktycznie zajmowały się robieniem jeszcze mniejszych pingwiniątek.

Nota bene: chyba mamy na te zwierzaki jakiś zły wpływ, bo już drugi raz wniosły w naszą fotorelację wątki erotyczne (patrz kangury z poprzedniej wyprawy)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na szczęście reszta pingwinów zachowała pozory przyzwoitości i grzecznie pozowała do zdjęć. Może wiedzą, że pomimo conocnego najazdu turystów kolonia z St Kilda ma się całkiem dobrze? W wielu innych miejscach pingwiny małe atakowane są przez drapieżniki zawleczone tutaj z Europy; w ubiegłym roku w jednym z takich zajść fretki wybiły na Nowej Zelandii 29 ptaków.

Władze Victorii szukają więc nowych sposobów na ratowanie sytuacji – po tym, co zdziczałe koty i lisy w ciągu 5 lat zmniejszyły liczebność kolonii na wyspie Middle Island z 1000 do 4 (!) osobników, do akcji wkroczyły specjalnie tresowane owczarki maremma, które wkrótce zaczęły przywracać pierwotną równowagę. Więcej o tym niezwykłym eksperymencie możecie przeczytać tutaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wrócimy jeszcze do Melbourne w kilku kolejnych notkach. Pisaliśmy już o wspaniałej miejscowej sztuce ulicznej i o festiwalu jedzenia w Queen Victoria Market, napiszemy jeszcze o będą ogrodach botanicznych. Tymczasem niech utuli was do snu rzężenie ptactwa w smokingach.

The post Melbourne: Seks i pingwiny w sweterkach! appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/melbourne-pingwiny/feed/ 10
Wdzięczny jak zwierzę. Historia Penguina. /2015/wdzieczny-jak-zwierze/ /2015/wdzieczny-jak-zwierze/#comments Sat, 14 Mar 2015 17:44:07 +0000 /?p=881 O ptaku, któremu pewna rodzina odmieniła życie. I o rodzinie, której odmienił życie pewien ptak. W 2013 roku dziewięcioletni Noah Bloom znalazł w trawie pisklę srokacza, które wypadło z gniazda. Zaniósł je do domu, gdzie znajda otrzymała imię Penguin (pingwin) i cała rodzina – rodzice Cameron i Sam oraz trójka dzieci – przez kilka tygodni opiekowali się sierotą, aż ta w końcu wróciła do zdrowia. Okazało się jednak, że to był dopiero początek przygody rodziny Bloomów z Nowej Południowej Walii. A photo posted by Penguin Bloom (@penguinthemagpie) on Jan 2, 2014 at 7:29pm PST Gdy Penguin w końcu podrósł na tyle, aby się usamodzielnić, został wypuszczony na wolność. Jednak wkrótce okazało się, że on sam wcale nie zamierza zniknąć z życia swoich opiekunów – od tego czasu codziennie odwiedza ich dom, towarzyszy domownikom w trakcie obiadu i poobiedniej sjesty, […]

The post Wdzięczny jak zwierzę. Historia Penguina. appeared first on przedeptane.

]]>
penguin, ptak, Australia

O ptaku, któremu pewna rodzina odmieniła życie. I o rodzinie, której odmienił życie pewien ptak.

W 2013 roku dziewięcioletni Noah Bloom znalazł w trawie pisklę srokacza, które wypadło z gniazda. Zaniósł je do domu, gdzie znajda otrzymała imię Penguin (pingwin) i cała rodzina – rodzice Cameron i Sam oraz trójka dzieci – przez kilka tygodni opiekowali się sierotą, aż ta w końcu wróciła do zdrowia. Okazało się jednak, że to był dopiero początek przygody rodziny Bloomów z Nowej Południowej Walii.

Gdy Penguin w końcu podrósł na tyle, aby się usamodzielnić, został wypuszczony na wolność. Jednak wkrótce okazało się, że on sam wcale nie zamierza zniknąć z życia swoich opiekunów – od tego czasu codziennie odwiedza ich dom, towarzyszy domownikom w trakcie obiadu i poobiedniej sjesty, popołudniami czeka na dzieci wracające ze szkoły. „Wygląda jak pies merdający ogonem – siedzi na drzewie i bije skrzydłami z radości” – powiedział ojciec rodziny w wywiadzie dla stacji ABC.


Penguin stał się także gwiazdą Internetu, jego konto na Instagramie ma obecnie ponad 38 tysięcy fanów (już trzeci raz zmieniamy tę liczbę – gdy zaczynaliśmy pisać tę notkę, profil Penguina śledziło „tylko” 10 tysięcy fanów).

Chociaż srokacze z wyglądu przypominają nasze krukowate – wrony, gawrony, sroki – to należą one do osobnej rodziny. Z krukowatymi mają jednak jedną wspólną cechę: nieprzeciętną inteligencję, ciekawość i zamiłowanie do zabawy.


Już podczas pierwszego pobytu w Australii szybko przyciągnęły naszą uwagę, gdy zaintrygowane jakimś ruchem lub przedmiotem przylatywały na wyciągnięcie ręki. Wiele ptaków z rodziny srokaczy wydaje też przenikliwy, dźwięczny głos, którego możecie posłuchać w poniższym filmiku:

Zresztą Penguin – jak widać – jest też melomanem:


Srokacze szybko zaprzyjaźniają się z ludźmi, a więc nic dziwnego, że Penguin tak przywiązał się do rodziny Bloomów.

Od jakiegoś czasu w Australii trwa dyskusja nad ekologicznymi następstwami trzymania w domu zwierząt pochodzących z innych kontynentów. Obce gatunki często wyrządzają katastrofalne szkody w lokalnym ekosystemie – największym zagrożeniem są przede wszystkim koty, które od początku były jednym z głównych czynników powodujących wymieranie rodzimych, australijskich gatunków.


Niektórzy naukowcy – na przykład Tim Flannery w swojej fenomenalnej pracy The Future Eaters – proponują, aby Australijczycy zamiast psów, kotów i egzotycznych papug zaczęli oswajać właśnie srokacze, australijskie papugi, oposy i jaszczurki – tak, jak robili to ich dziadkowie jeszcze do połowy XX wieku. Być może najlepszym argumentem „za” jest właśnie historia Penguina i jego nowej rodziny.

Post scriptum: jeżeli nie przedeptaliście jeszcze na nasz Instagram, to serdecznie zapraszamy :)

źródła: BoredPanda, Instagram

The post Wdzięczny jak zwierzę. Historia Penguina. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/wdzieczny-jak-zwierze/feed/ 9
Great Ocean Road. Dwanaście apostołów, osiem tysięcy koali. /2015/great-ocean-road/ /2015/great-ocean-road/#comments Wed, 11 Mar 2015 15:10:28 +0000 /?p=817 Jeżeli lubisz roadtripy, to Australia będzie dla Ciebie ziemią obiecaną. Niektóre szlaki przebiegają przez pustynie, inne przez zbocza gór lub pasma dżungli tropikalnej. Do wyboru, do koloru. Nam w końcu udało się przejechać samochodem po najbardziej znanym, a być może i najpiękniejszym z nich. Great Ocean Road to asfaltowy wąż o długości 243 kilometrów, wijący się wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża kontynentu na trasie z Melbourne do Adelaide. Trasa, która powstała prawie osiemdziesiąt lat temu, jest dzisiaj uważana za jedną z głównych atrakcji turystycznych całego kontynentu. Wjazd na Great Ocean Road Mieliśmy tylko dwa dni wolnego, a więc trzeba się było trochę streszczać. Na Gumtree znaleźliśmy ogłoszenie dwóch backpackerek z Niemiec – szybki telefon, szybkie spotkanie, wynajmujemy samochód, ruszamy. Następnego ranka nasz tymczasowy wehikuł śmigał już na południe, w stronę morza, do miasteczka Torquay, w którym zaczyna się cała zabawa. Great Ocean Road jest pomnikiem […]

The post Great Ocean Road. Dwanaście apostołów, osiem tysięcy koali. appeared first on przedeptane.

]]>
Jeżeli lubisz roadtripy, to Australia będzie dla Ciebie ziemią obiecaną. Niektóre szlaki przebiegają przez pustynie, inne przez zbocza gór lub pasma dżungli tropikalnej. Do wyboru, do koloru. Nam w końcu udało się przejechać samochodem po najbardziej znanym, a być może i najpiękniejszym z nich.

Great Ocean Road to asfaltowy wąż o długości 243 kilometrów, wijący się wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża kontynentu na trasie z Melbourne do Adelaide. Trasa, która powstała prawie osiemdziesiąt lat temu, jest dzisiaj uważana za jedną z głównych atrakcji turystycznych całego kontynentu.

Wjazd na Great Ocean Road

Mieliśmy tylko dwa dni wolnego, a więc trzeba się było trochę streszczać. Na Gumtree znaleźliśmy ogłoszenie dwóch backpackerek z Niemiec – szybki telefon, szybkie spotkanie, wynajmujemy samochód, ruszamy. Następnego ranka nasz tymczasowy wehikuł śmigał już na południe, w stronę morza, do miasteczka Torquay, w którym zaczyna się cała zabawa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Great Ocean Road jest pomnikiem australijskiej historii – i to w dosłownym sensie, trasa powstała bowiem jako projekt zatrudnienia weteranów wracających z okopów I wojny światowej. Roboty ruszyły w 1919 roku, i do oficjalnego otwarcia w roku 1932 pracowało tutaj około 3000 byłych żołnierzy. Zanim przybyli tutaj panowie z kilofami i walcami, wybrzeże było w dużej części niedostępne, można było do niego dotrzeć wyłącznie łodzią lub przez gęsty busz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak niedostępne bywały te tereny – przejeżdżając po trasie możemy podziwiać bogatą paletę krajobrazów. Po lewej urwiska, skały, plaże; po prawej – senne wioski i soczysta zieleń buszu ukrywającego oczka wodne i wodospady.

PC181879z copy

Królestwo koali

Mniej więcej w połowie szlaku droga ucieka od wybrzeża i przecina półwysep Cape Otway. Zatrzymujemy się na dłużej – znajduje się tutaj nie tylko najstarsza australijska latarnia morska (rok budowy 1848, wejście 20 dolarów, pasujemy), ale przede wszystkim gęsty las eukaliptusowy. Gdy Europejczycy sprowadzili tutaj koale, te zaczęły się mnożyć na potęgę. Dzisiaj Cape Otway jest jednym z najlepszych miejsc na spotkanie tych zwierząt w przyrodzie.

Cape Otway, koale, Australia, Great Ocean Road

Niestety nad tą sielanką zaczynają gromadzić się burzowe chmury. Jeden koala zjada dziennie aż kilogram liści, eksplozja populacyjna szybko doprowadziła więc do umierania drzew i kolapsu całego ekosystemu. Powyższe zdjęcie przedstawia jeszcze zdrowy las, w pobliżu latarni pozostały już tylko białe, suche pnie i konary. Coraz częściej zdarza się, że koale znajdą się w środku takiej martwej strefy i padają z głodu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnio głośnym echem odbiła się w mediach akcja odstrzału koali właśnie na Cape Otway. Jest to niestety smutna konieczność, ponieważ koali nie można przesiedlić – bardzo źle znoszą stres i często giną w trakcie transportu. Niełatwo też sadzić nowe drzewa, prawdopodobnie do ich wymierania doprowadzają nie tylko koale, ale i inne, nieznane czynniki; australijska natura przedstawia bardzo skomplikowany i osobliwy system wzajemnych zależności. Tak czy owak – badania trwają, a lasów nadal jest jeszcze stosunkowo dużo, a więc nadzieja jeszcze nie umarła.

RPC180010

Na obrzeżach półwyspu koale występują jeszcze sporadycznie, z trudem wypatrywaliśmy ich w koronach. Jednak czym bliżej do cypla, tym większe zagęszczenie – na obrzeżach martwego lasu koale obrastały eukaliptusy jak gruszki, wiele samic tuliło do siebie „joeys”, czyli młode.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dwunastu skamieniałych apostołów

Wracamy na trasę i już wkrótce krajobraz ulega dramatycznej zmianie. Tak, jakby chciał zapowiedzieć, że za chwilę zobaczymy coś dużego. Największą atrakcją Great Ocean Road jest właśnie jej ostatni etap, na którym można zobaczyć klejnot w koronie – Dwunastu Apostołów. Słynna formacja skalna wyrzeźbiona przez erozję faktycznie zapiera dech w piersiach.

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road, Australia

Apostołów tak naprawdę było dziewięć – w 2005 i 2009 roku walkę z falami i kapryśną pogodą przegrały kolejne dwie kolumny, a więc dzisiaj możemy podziwiać siedem monumentów, co wcale nie umniejsza wagi ani uroku tego cudu natury. Oto dwa po lewej:

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road

A tu reszta wapiennej gromadki po prawej:

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road

Współczujemy Apostołom, bo nam też pogoda dała nieźle w kość – przez większość przejazdu po Great Ocean Road uciekaliśmy przed groźnie wyglądającą burzą, w serpentynach między urwiskami złapał nas gęsty deszcz, po przybyciu do Dwunastu nagle uderzył mocny wiatr. A więc nie, nie pokażemy żadnych selfie – próby były, ale okazało się, że wyglądamy tak, jakbyśmy zwiedzali tunel aerodynamiczny. Daliśmy sobie spokój.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kawałek dalej można zobaczyć proces erozji w akcji. Woda i wiatr wymywają w wapieniu jaskinie, które stopniowo zamieniają się w łuki naskalne. W pewnym momencie sklepienie zapada się i – et voilá – mamy nowego apostoła.

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road, Australia

Trasa z Melbourne do tego punktu zajęła nam cały dzień. Znaleźliśmy nocleg w pobliżu Apostołów, a kolejnego ranka dojechaliśmy do Port Fairy, gdzie obróciliśmy rumaka i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po obu stronach szosy często rosły całe ściany krwistoczerwonych kwiatów, do których zlatywały się motyle i ptaki – to Corymbia ficifolia, jeden z najbardziej znanych ozdobnych eukaliptusów. Podobno nadaje się do uprawy w naszych warunkach domowych – jest wprawdzie mniejszy, ale jego czerwone eksplozje i tak robią wrażenie.

ozdobny eukaliptus, czerwony, Australia, kwiaty

Do Melbourne wróciliśmy inną drogą, aby zobaczyć na własne oczy Leura Maar, trzecią największą równinę wulkaniczną na świecie. W jej centrum króluje Mt Leura (w aborygeńskim dialekcie „Wielki Nos”) oraz Mt Sugarloaf, wygasłe wulkany, które powstały w tym miejscu przed około 20.000 lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z punktu widokowego można podziwiać cały obszar o prozaicznej nazwie „Lakes and Craters”, przede wszystkim widok na jezioro Colongulac i wzgórze Mt Elephant.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem byliśmy już w Melbourne – zgodnie z planem cała wyprawa zajęła nam dwa dni, i jest to chyba najkrótsza sensowna opcja podboju Great Ocean Road, jeżeli chcecie zobaczyć na spokojnie najważniejsze punkty i nie pędzić na złamanie karku.

Tym razem już powoli wzywało nas do siebie Sydney, więc musieliśmy pójść na lekki kompromis, ale… wrócimy i poświęcimy tej drodze więcej czasu. Jest tego warta.

Poniżej zebranie klubu przyjaźni polsko-niemieckiej na szczycie Mt Leura:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

The post Great Ocean Road. Dwanaście apostołów, osiem tysięcy koali. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/great-ocean-road/feed/ 6