Australia /tag/australia/ Jedzoki w świat Sat, 13 May 2023 02:56:14 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Australia Południowa. Błękitny ocean, czerwona ziemia. /2023/australia-poludniowa-blekitny-ocean-czerwona-ziemia/ /2023/australia-poludniowa-blekitny-ocean-czerwona-ziemia/#comments Sat, 13 May 2023 02:29:58 +0000 /?p=3551 Spotkanie pierwsze. Samotny ojciec. Zatrzymujemy samochód w ostatniej chwili. Na środku drogi stoi emu i patrzy niewzruszenie w naszą stronę. Duże to, ma z półtora metra wysokości. Witamy w australijskim outbacku. Trudno, trzeba poczekać, bo nie przejedziemy, dopóki nie skończy się procesja. Ptasiego ojca mijają niezdarne pisklęta w pasiastych piżamach. Gdy cała gromadka znajduje się już po drugiej stronie szosy, samiec nonszalancko zarzuca kuprem i zwalnia drogę, więc ostrożnie wysiadamy i robimy kilka zdjęć. Obok nas zatrzymuje się obity samochód, standardowy miejscowy złomobil, terenówka z psem pasterskim na pace. Z otwartego okna wychyla się opalona twarz miejscowego farmera. „To samiec, one zajmują się wychowaniem młodych. Samica po złożeniu jaj znika, aby poszukać kolejnego partnera.” Farmer odsłania zęby w szelmowskim uśmiechu, który zapowiada nadejście jakiegoś brodatego dowcipu. „Piękne zwierzęta. Bardzo EMUcjonujące, co nie?” Australia Południowa to […]

The post Australia Południowa. Błękitny ocean, czerwona ziemia. appeared first on przedeptane.

]]>
Spotkanie pierwsze. Samotny ojciec.

Zatrzymujemy samochód w ostatniej chwili. Na środku drogi stoi emu i patrzy niewzruszenie w naszą stronę. Duże to, ma z półtora metra wysokości. Witamy w australijskim outbacku.

Trudno, trzeba poczekać, bo nie przejedziemy, dopóki nie skończy się procesja. Ptasiego ojca mijają niezdarne pisklęta w pasiastych piżamach. Gdy cała gromadka znajduje się już po drugiej stronie szosy, samiec nonszalancko zarzuca kuprem i zwalnia drogę, więc ostrożnie wysiadamy i robimy kilka zdjęć. Obok nas zatrzymuje się obity samochód, standardowy miejscowy złomobil, terenówka z psem pasterskim na pace. Z otwartego okna wychyla się opalona twarz miejscowego farmera. „To samiec, one zajmują się wychowaniem młodych. Samica po złożeniu jaj znika, aby poszukać kolejnego partnera.” Farmer odsłania zęby w szelmowskim uśmiechu, który zapowiada nadejście jakiegoś brodatego dowcipu. „Piękne zwierzęta. Bardzo EMUcjonujące, co nie?”

emu, Australia Południowa

Australia Południowa to stan pustkowi, bezdroży i horyzontów uciekających w nieskończoność. Powierzchnia tego stanu trzykrotnie przewyższa powierzchnię Polski. Bagatela, prawie milion kilometrów kwadratowych buszu, pustyni i plaż. Statystycznie na jeden kilometr kwadratowy przypada tu półtorej człowieka i dziesięć owiec, ale tak naprawdę większość ludzi tłoczy się w stanowej stolicy, Adelajdzie. Klasyczny australijski układ: do plaży pół godziny, do najbliższego dużego miasta – dzień lub dwa dni jazdy przez kompletnie nic.

Rozella białolica, ogrody botaniczne, Adelajda

Mieszkanie w Adelajdzie ma jednak swoje niezaprzeczalne plusy. Miasto szybko się rozwija, ale nadal zachowuje urok małej metropolii – nowoczesne centrum to raptem kilka ulic na krzyż, nietrudno stąd uciec na łono natury. A jest dokąd uciekać. Miasto otoczone jest parkami narodowymi, na południu zaczyna się półwysep Fleurieu słynący z obszarów winnych i malowniczych miasteczek. Plaże są tutaj tak rozległe, że po niektórych najłatwiej się poruszać samochodem. Można też przepłynąć promem na Wyspę Kangura, popularny cel wycieczek miłośników australijskiej przyrody i campingów. Australijczycy uwielbiają bowiem spędzać weekendy pod namiotem lub w przyczepie kampingowej – w każdym parku miejskim i narodowym znajduje się jakiś placyk z darmowym grillem na gaz.

Aldinga Beach, plaża samochodowa, Adelajda

Miejscowi są znani z wyluzowanego podejścia do życia, wiele osób przybywa tutaj z innych części kraju, by poszukać stabilizacji i spokoju. Jak echo wraca hasło: „Sydney i Melbourne są jak kochanki, weekendowy romans. Adelajda jest niczym kobieta, przy której chcesz się zestarzeć.” I coś w tym jest. W tym roku miasto znalazło się na trzeciej pozycji listy najlepszych miast do życia na świecie.

Aleja eukaliptusów, półwysep Fleurieu

Specyficzną cechą Adelajdy są jej kontynentalne, europejskie korzenie. Lokalsi lubią się chwalić, że Australia Południowa była pierwszym stanem, którego nie budowali brytyjscy skazańcy. Region kolonizowany był przez wolnych obywateli, głównie imigrantów z Niemiec, którzy odcisnęli głębokie piętno na miejscowej kulturze, architekturze i sztuce. W mieście roi się od luterańskich świątyń (sama Adelajda nazywana jest „miastem kościołów”), aleje obsadzone są platanami i brzozami, tęsknotę do domowej kuchni można stłamsić w którymś z miejscowych „schnitzel housów”.

Najbardziej jaskrawy przykład stanowią jednak nadmiejskie wzgórza Adelaide Hills – i to jaskrawy całkiem dosłownie, ponieważ na jesień wybuchają one wszystkimi kolorami europejskiej jesieni. Dla nas, Europejczyków, nie brzmi to może ekscytująco, jednak w australijskich warunkach to zdecydowanie egzotyczne zjawisko – miejscowa, endemiczna roślinność nie zrzuca liści, zachowując przez cały rok matową, tłumioną zieleń. Adelaide Hills jest więc enklawą takiej europejskiej egzotyki. W korzeniach miejscowych drzew można poszukać maślaków, rydzów i borowików, a w turystycznym miasteczku Hahndorf wypić niemieckie piwo z litrowego kufla, kupić austriackie Mozartkugeln, a w sezonie nazbierać do koszyka truskawek lub czereśni na jednej z miejscowych farm. Sehr gut.

Wrak statku Ethel, Innes National Park, Półwysep Yorke

Spotkanie drugie. Inwazja tęczowych kosmitów.

Mozolnie zakładamy trzy warstwy pianek wypożyczonych w miejscowym sklepie nurkowym. Buty, rękawice, kaptur, może to ochroni nas przed zimowymi temperaturami Oceanu Południowego, w których spędzimy kolejnych parę godzin.

Gotowe. Z elegancją pingwinów przechodzimy przez skalistą plażę, zanurzamy się w płytkiej wodzie i przepływamy kilka metrów. Na dnie pojawia się pierwsze stworzenie, przez którego okrągłe, gładkie ciało przelatują fale kolorów. Przez chwilę wydaje nam się, że to odbłyski promieni słońca, ale wkrótce uświadamiamy sobie, że to sama skóra pulsuje różnymi barwami. Pojawia się kolejny stwór, i jeszcze jeden. Któryś z mniejszych wystraszył się i momentalnie zbielał jak śnieg. Inny, wyraźnie podekscytowany, zmienia kolory i kształty jak żywy kalejdoskop.

Mątwa olbrzymia, Whyalla, Australia Południowa

Właśnie odbywa się największe spotkanie głowonogów na świecie, coroczne gody mątew w Whyalla. Sepie żyją tylko rok lub dwa, a więc większość z nich przypływa tutaj tylko raz w życiu. Na plażach można znaleźć ich szczątki, znane kości sepiowe, które w polskich sklepach zoologicznych sprzedawane są jako dodatek diety dla papug. Czasem na kości widnieją ślady zębów rekina lub delfina, kolejny dowód na to, że zimne wody Oceanu Południowego tętnią życiem. Wybrzeże usiane jest koloniami uchatek i pingwinów, delfiny żyją nawet w samej Adelajdzie – jeden z mieszkańców opowiadał nam, że nauczyły się korzystać ze śluzy wodnej dla statków i korzystają z niej jak z windy, by dostać się w głąb rzeki i z powrotem do oceanu.

Ale na lądzie też nietrudno o rozrywkę. Na północ od Adelajdy ziemia czerwienieje. Tam zaczyna się prawdziwa outbackowa przygoda. Najpierw Półwysep Yorke z ruinami starych osad i wrakami statków, które przegrały swoje zmagania z oceanem. Później Góry Flindersa niczym stworzone do wypraw w samochodach terenowych, a w końcu Półwysep Eyrego z wybrzeżem, na którym skaliste wybrzeża ustępują miejsca wielokilometrowym plażom i wydmom piaskowym. Jednak to dopiero brama do australijskiego Czerwonego Serca – stąd można ruszyć w kilkudniową podróż na północ kontynentu.

Offroad, 4wd, wydmy, Australia Południowa

Przejazd przez te pustkowia to medytacyjne przeżycie, tylko tu i ówdzie przerywane widokami różowych słonych jezior, pojedynczych owiec umorusanych krwistoczerwonym pyłem lub orłów zlatujących się do trucheł potrąconych kangurów. Na samej północnej granicy stanu znajduje się miasteczko Coober Pedy, którego mieszkańcy żyją w domach wydrążonych w podziemnych skałach, by w wolnej chwili pogrzebać w ziemi w poszukiwaniu opali. Potem już tylko Alice Springs i tropikalne Darwin. Ale to już inny stan Australii (i umysłu). Zawracamy.

Coober Pedy, outback, Australia Południowa

Spotkanie trzecie. Nocne brylanty.

Droga w stronę południowych granic stanu otwiera przed nami odmienne krajobrazy, prowadząc nas do krainy wygasłych wulkanów i zjawisk krasowych. To słynne Limestone Coast, wybrzeże wapienne.

W przygranicznej miejscowości Mount Gambier znajduje się kilka lejów krasowych. W najbardziej zjawiskowym z nich, Umpherston Sinkhole, powstał mikroświat porównywalny chyba tylko do romantycznych wyobrażeń biblijnego rajskiego ogrodu – pionowe ślady leja porastają dywany bluszczu, na dnie okrągłej jamy powstał egzotyczny ogród zacieniony wachlarzami palm, cykasów i paproci.

Wulkany w Mount Gambier i okolicach zasnęły ponad 5000 lat temu, dzisiaj ich kaldery wypełnia woda nabierająca aż nienaturalnie niebieskiego koloru. Nieco dalej, w miejscowości Naracoorte, znajduje się system 28 jaskiń wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ze względu na ich geologiczne i paleontologiczne znaczenie. Przez miliony lat w podziemiach gromadziły się szczątki zwierząt, które wpadły tutaj, zabłądziły lub zostały zrzucone przez drapieżniki, tworząc stopniowo warstwę skamieniałości o grubości dochodzącej do 20 metrów. Największe znaczenie mają znaleziska wymarłej australijskiej megafaunygigantycznych wombatów, kangurów i waranów, ale też lwów workowatych i tygrysów tasmańskich.

Koala, Morialta Conservation Park, Adelajda, Australia Południowa

Zjawiska krasowe doprowadziły też do powstania kilku systemów lejów i jaskiń wypełnionych krystalicznie czystą wodą. Ponieważ stanowi to nie lada atrakcję dla miłośników nurkowania i snorkelingu, ilość odwiedzających jest surowo ograniczona, aby nie doprowadzić do uszkodzenia lub zanieczyszczenia tych niepowtarzalnych, kruchych biotopów. Po wykupieniu przepustek udajemy się do jednego z nich.

Znowu musimy się wyposażyć w ciepłe pianki. Jeziora Ewens Ponds to system kilku oczek wodnych połączonych korytarzami wypełnionymi wodą źródlaną – ta wydobywa się z dna pierwszego jeziorka, więc bez względu na porę roku temperatura nie przekracza tu 10-15 stopni. Po zanurzeniu mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w jakimś ogromnym akwarium – widoczność wynosi niesamowitych kilkanaście metrów, a więc bez problemu widać aż na dno znajdujące się 10 metrów pod nami. Całe oczko przypomina symetryczną, niebieską banię otoczoną wąskim pasemkiem zieleni, wśród podwodnych korzeni szuwarów przepływają stadka drobnych rybek. Jednak to dopiero początek widowiska. Po przepłynięciu przez szerokość pierwszego zbiornika delikatny prąd wprowadza nas w jaskrawozielony korytarz falujących traw.

Następuje zagięcie czasoprzestrzeni, zawieszenie praw fizyki. Wszystko porusza się w zwolnionym tempie. Po kilku minutach dryfowania przez ten surrealistyczny świat uchyla się kurtyna zieleni i zostajemy wyrzuceni w drugie, a następnie trzecie oczko. Całe przeżycie przypomina serię narkotycznych wizji – raz za razem po przejściu przez migoczący, zielony tunel pochłania nas kolejna podwodna bańka wypełniona chłodną, niebieską nicością, w której jak widma przepływają senne ryby.

Ewens Ponds, snorklowanie, Australia Południowa

W końcu zimno wygania nas z wody. Przebieramy się w ciepłe i suche ubrania i ruszamy w stronę granicy ze stanem Wiktoria. Zdążyliśmy w sam raz na szybki rekonesans otoczenia i rozbicie namiotów. Obozowisko znajduje się przy ślepym zaułku leśnej dróżki, nad brzegiem rzeki wrzynającej się w skalisty kanion. Wszędzie wokół nas rosną gęsto eukaliptusy, więc po zmroku zbieramy latarki i lampy czołowe i ruszamy na poszukiwanie nocnej fauny.

Okazuje się, że fauna przyszła do nas pierwsza. Dzięki latarce ze światłem UV już przy namiotach odkrywamy, że w ściółce żyją skorpiony. Te zazwyczaj praktycznie niewidzialne, brązowe stworzenia zmieniają się w świetle ultrafioletowym w jaskrawozielone płomyki widoczne z odległości kilku metrów. Wzdłuż drogi znajdujemy ich kolejny tuzin, w końcu przestajemy je liczyć. Zresztą, dotarliśmy na łąkę, a to oznacza kolejną atrakcję. Włączamy zwykłe latarki.

Snop światła budzi w trawie i kamieniach małe światełka przypominające drobne okruchy rozbitego szkła lub odbłyski brylantów. Po podejściu do jednego z nich zauważamy najpierw mały otwór w suchej glinie, a następnie jego mieszkańca i stróża. Przed każdą z jamek stoi wolf spider, pająk z rodziny pogońcowatych, błyskając w naszą stronę górną parą dużych oczu.

Jak angielska i polska nazwa wskazuje, pogońcowate są świetnymi łowcami, którzy nie budują sieci, tylko zdają się na szybkie nogi i dobry wzrok. Występują na całym świecie, w samej Polsce mamy 70 gatunków, w Australii jest ich około 130. To płoche, niegroźne stworzenia, które większość życia spędzają w podziemnych norkach, wychodząc głównie pod osłoną nocy. Miłosiernie ignorują intruzów wchodzących z butami w ich królestwo i świecących im po ślepiach.

W ciemności rozlegają się tłumione uderzenia o trawę. Unosimy światło latarek. Na tle gwieździstego nieba unoszą się i opadają sylwetki stada kangurów szarych. Zwierzęta zatrzymują się po kilkunastu metrach, patrzą w naszą stronę, a w końcu znikają dwoma dużymi susami w lesie. Podążamy dalej kamienistą ścieżką. Noc jest całkowicie bezwietrzna, nad głowami szeleszczą nam tylko skrzydełka przelatujących nietoperzy. W koronach eukaliptusów błyskają kolejne światełka. To oczy pałanek, nadrzewnych torbaczy, które właśnie wyszły na nocny żer. Nocny busz żyje – cicho i ostrożnie, ale żyje.

Gubimy drogę, potem znowu ją odnajdujemy, Droga Mleczna świeci coraz mocniej wraz ze słabnącym światłem dogorywających latarek. Wracamy powoli do obozu, aby odpocząć przed długą drogą powrotną do Adelajdy.

Karaluchy pod poduchy, skorpiony pod namioty.


Fajnie było? Zapraszamy do lektury relacji z naszych wypraw po Tasmanii, Nowej Południowej Walii, czy Australii Zachodniej!

The post Australia Południowa. Błękitny ocean, czerwona ziemia. appeared first on przedeptane.

]]>
/2023/australia-poludniowa-blekitny-ocean-czerwona-ziemia/feed/ 3
Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/ /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/#comments Wed, 22 Apr 2020 09:37:40 +0000 /?p=3307 Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych. Wielka przemiana niewielkiej wyspy Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki. Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje […]

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych.

Wielka przemiana niewielkiej wyspy

Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki.

Klify Bruny Island

Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje wielkim metropoliom – na małomiasteczkowy klimat i stary, dobry, święty spokój. W wodach mariny kołyszą się nowoczesne i historyczne jachty niczym wspomnienie rybackiej i żeglarskiej historii miasta; wyżej, w ulicach, roi się od kafejek, sklepików i pubów, w których zbiera się kwiat miejscowej i przyjezdnej hipsterki oraz miłośnicy przygód wracający z tasmańskiej dziczy.

Obok tajskiego bistro oferującego tofukurczaka stoi butik z drewnianą biżuterią lokalnych artystów, w budynku gregoriańskiego hotelu znajduje się sklep z odzieżą outdoorową, w ogródku baru z dwudziestoma gatunkami piwa rzemieślniczego można usiąść na ławce lub w retro autobusie stojącym na trawniku. Na tablicy przy wjeździe do miasta znajduje się napis „Uchodźcy mile widziani”, na szybach barów i hosteli wiszą tabliczki „LGBT+ friendly”, podczas naszego pobytu przez główną ulicę przechodziła manifestacja w obronie praw Aborygenów. Ten klimat otwartości i tolerancji jest tym bardziej zaskakujący, gdy weźmiemy pod uwagę czarne karty tasmańskiej historii.

Protest uliczny przeciwko Australia Day, który obecnie przypada na rocznicę wylądowania Jamesa Cooka

Niedaleko Hobart przejeżdżaliśmy przez miasteczko, którego główną atrakcją był kościół zbudowany przez skazańców i dla skazańców. Architekt zaprojektował w budynku tylko jedne drzwi, aby członkowie zboru nie rozpierzchli się po okolicznym buszu. Było to jednak działanie trochę na wyrost, ponieważ tasmański busz był wtedy miejscem dla największych twardzieli – jeżeli nie dopadli Cię zbóje lub legendarnie wprost kapryśna pogoda, w nocy mogłeś się obudzić z diabłem tasmańskim wgryzionym w łydkę. A diabły nie lubią zostawiać resztek. Gdy dopadły kogoś wystarczająco osłabionego, po latach znajdowano tylko podeszwę lub pasek od spodni.

Diabeł tasmański

Potencjalnych uciekinierów odstraszała też wizja spotkania Aborygenów, którzy już dawno porzucili pokojowe nastawienie, z jakim witali pierwszych białych gości. To właśnie Tasmania jest najstarszą australijską kolonią i pierwszym miejscem starcia z aborygeńską ludnością, która nie wytrzymała zbyt długo kontaktu z zachodnią cywilizacją. Brytyjczycy przyszli, przepędzili miejscowych na najbardziej niegościnne tereny i zjedli wszystkie emu (ostatni tasmański nielot upiekł się w latach 50. XIX wieku), w zamian oferując tubylcom bogatą ofertę europejskich chorób zakaźnych, które kosiły całe wioski jak żyto. Ostatnia miejscowa Aborygenka czystej krwi zmarła w Hobart w 1876 roku, czyli niecałych 100 lat od momentu, kiedy kapitan Cook podał rękę pierwszemu z jej przodków. A i potem nie było lepiej, bo po rozprawieniu się z tubylcami Tasmańczycy wzięli się za innych bliźnich. Przez dużą część XX wieku Tasmania nazywana była „wyspą bigotów” – homoseksualizm był na niej nielegalny aż do 1997 roku.

Po zniesieniu kontrowersyjnego prawa wyspa nie tylko zrównała krok, ale wkrótce też wyprzedziła pozostałe stany. Wyspa skazańców stała się oazą tolerancji i nie boi się stawiać na nowe trendy. W ten sposób zwieńczono proces zmiany marki, który rozpoczął się już w pierwszej połowie XIX wieku. Wyspa porzuciła wtedy starszą nazwę „Ziemi Van Diemena”, kojarzącą się głównie ze skazańcami, zarośniętymi bandytami, alkoholizmem i kazirodztwem.

Piekarska samoobsługa

Chwostka szafirowa

Jednym z wyznaczników tej cichej tasmańskiej rewolucji jest MONA, Muzeum Starej i Nowej Sztuki, stworzone przez tasmańskiego milionera i kolekcjonera sztuki, Davida Walsha. Do muzeum można dopłynąć bezpośrednio z mariny ekspresowymi promami, które z zewnątrz ozdobione są charakterystycznym wzorem moro, a w środku – muralami i graffiti. Kolekcje znajdują się w rozległych, kilkupiętrowych pieczarach wykutych w podziemnej skale i obejmują szeroki zakres dzieł od czasów starożytnych do nowoczesności, od egipskich sarkofagów po interaktywne instalacje i poszerzoną rzeczywistość. Ta eklektyczna mieszanka wątków i tematów, kreatywności i wisielczego humoru sprawiła, że instytucja nazywana jest czasem „wywrotowym Disneylandem dla dorosłych”. Jednym z eksponatów jest na przykład żywy człowiek, który nosi obraz wytatuowany na swoich plecach i spędza w muzeum kilka miesięcy rocznie, siedząc na piedestale w blasku reflektorów. Prawdę powiedziawszy, podziwiam odwagę tych, którzy przyprowadzili do MONA swoje dzieci lub starszyznę rodu. Droga powrotna musiała być wypełniona pytaniami lub żenującą ciszą. Chyba właśnie o to chodziło Walshowi, który w oryginalny sposób podszedł nie tylko do wystawienia swojej kolekcji, ale też do finansowania całej instytucji. Podczas gdy wszyscy Tasmańczycy mogą odwiedzać zbiory za darmo, MONA wprowadziła poszerzony pakiet daleko wykraczający poza płatne, dożywotnie członkostwo. Za – bagatela – 75 tysięcy dolarów można wykupić pakiet „wiecznego członkostwa”, który obejmuje nie tylko wstęp na wszystkie wystawy i koncerty za życia, ale – po jego zakończeniu – także kremację i wystawienie prochów w urnie zaprojektowanej przez znaną artystkę/taksydermistkę Julię deVille. No umierać, nie żyć.

Ale jeszcze nie teraz. Na razie trochę pożyjmy i pozwiedzajmy, zwłaszcza, że Hobart jest świetnym punktem wypadowym do eksploracji wyspy.

Puszcze, raki i kopalnie

Z głównego miasta można wyruszyć w kilkudniową podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża ( mogliście ją z nami odbyć kilka lat temu w poprzednim artykule dla Zwrotu). Na południu znajduje się z kolei podwójna wyspa Bruny Island oferująca nie tylko esencję tasmańskiej fauny i flory, ale też lokalną populację walabii-albinosów. Nie wiecie, co to walabia? Już wyjaśniam. Otóż Europejczyk nazwałby ją pewnie kangurem, jednak mieszkańcy Antypodów – niczym Eskimosi rozróżniający rzekomo kilkanaście gatunków śniegu – mają dla torbaczy z podrzędu kangurokształtnych całą skalę określeń. Największe, muskularne i szczupłe są prawdziwe kangury; mniejsze, puchate i zdecydowanie częściej spotykane są walabie; na Tasmanii można się spotkać też z pademelonami osiągającymi rozmiary kota, oraz jeszcze mniejszymi bettongami, zwanymi po polsku kanguroszczurnikami. A to zaledwie jedna część miejscowych zwierząt. Czym głębiej w las, tym robi się ciekawiej. W strumykach i rzekach żyją dziobaki prawie trzykrotnie większe od kontynentalnych, w trakcie podróży często spotykaliśmy kolczatki poszukujące przekąsek w przydrożnych liściach. Na Tasmanię nigdy nie dotarły koale, jednak jest ona świetnym miejscem do obserwacji wombatów, a także torbaczy drapieżnych, które praktycznie wcale nie występują na kontynencie.

End of the Road. Dalej się nie da.

Podróż po zachodniej Tasmanii możemy rozpocząć w Cockle Creek, najbardziej wysuniętym na południe miejscem w całej Australii, do którego można dotrzeć samochodem. Stojąc na skalistym wybrzeżu znowu przypominamy sobie o tym, że z Tasmanii bliżej jest na Antarktydę, niż na tropikalną północ kontynentu – z Hobart ruszają loty na stacje polarne, w miejscowym ogrodzie botanicznym znajduje się dział flory antarktycznej. Sama Tasmania porośnięta jest krewniakami roślin porastających szczątki południowego superkontynentu Gondwany, który 180 milionów lat temu rozpadł się na Australię, Nową Zelandię, Antarktydę, Afrykę i Amerykę Południową. W chłodnych, wilgotnych lasach Tasmanii rosną bukany, czyli odpowiedniki buków z północnej półkuli. Drzewa te, które jako jedyne w Australii zrzucają liście na zimę, rosły jeszcze 3 miliony lat temu także na Antarktydzie, zanim ostatecznie nie skuł jej lód.

Arktyczna roślinność w ogrodzie botanicznym w Hobart

Ruszając na północ natykamy się na rzekę Huon, która dała nazwę kolejnemu tasmańskiemu endemitowi – sośnie Huon słynącej nie tylko z pięknego, szlachetnego drewna, ale też swojej długowieczności. Niektóre tasmańskie okazy mają aż 3000 lat i uznawane są za jedne z najstarszych żywych organizmów na ziemi. Inne miejscowe drzewa, eukaliptusy, walczą z kolei o miano najwyższych. Kilkanaście z nich dorasta do 90 metrów, a najwyższy – Centurion – przekroczył magiczną granicę 100 metrów, co zapewniło mu pozycję trzeciego najwyższego drzewa na świecie. Niemniej interesujące są niższe piętra tasmańskich lasów. W mrocznym półświatku mchów i zimnych strumieni świetnie powodzi się paprociom drzewiastym, których pnie i monstrualne wachlarze przypominają bardziej tropikalne palmy, niż paprotki z europejskich lasów. Pod ziemią, wplecione w korzenie drzew rosną trufle, jedno z kulinarnych bogactw Tasmanii. W błotnistych brzegach rzek ukrywają się z kolei gigantyczne tasmańskie raki, największe słodkowodne bezkręgowce świata, których najstarsze osobniki – a raki te mogą żyć do 60 lat – osiągają aż 80 centymetrów długości i 6 kilo wagi.

Walabia

Ausralijski sromotnik Aseroë rubra

Kolczatka

W pobliskim parku narodowym Hartz Mountains krajobraz ulega dramatycznej przemianie. Wraz z rosnącą wysokością nad poziomem morza gęste, wilgotne lasy ustępują miejsca niskiej, alpejskiej roślinności. W najwyższych partiach gołe skały otaczają niecki z mokradłami i jeziorami polodowcowymi, a karłowate drzewa i krzewy wzbijają się wyżej tylko w lecie, zanim ich kwiatów nie zerwą zimowe wichury i zamiecie śnieżne.

Alpejskie krajobrazy Hartz Mountains National Park

Połacie lasów w tak zwanej Tasmańskiej Dziczy na zachodzie wyspy przerwane są tu i tam głębokimi bliznami po wygasłym przemyśle wydobywczym, który w swoim czasie ściągał tutaj rzesze ludzi z całego świata. Dzisiaj na terenach zamkniętych kopalń złota, srebra czy miedzi pozostały tylko senne miasteczka, które starają się przekuć okruchy dziewiętnastowiecznej sławy na turystyczny potencjał. I całkiem nieźle im to wychodzi. W jednym z nich, Zeehan, spędzamy kilka godzin na zwiedzaniu jednego z najciekawszych muzeów, jakie przyszło nam zobaczyć. Centrum Dziedzictwa Zachodniego Wybrzeża to dosłownie miasto w mieście, surrealistyczny kompleks obejmujący kilka dziewiętnastowiecznych budynków, często z kompletnym wyposażeniem. Oprócz standardowych zbiorów dokumentujących życie górników, farmerów, czy lekarzy na terenie Centrum znajduje się też replika kopalni, zbiór lokomotyw, posterunek policji z celami dla aresztantów, loża masońska, a nawet cały teatr, włącznie ze starą salą bilardową, kasami biletowymi i plakatami filmów niemych.

Tunele opuszczonych kopalni

Zdjęcia w muzeum przedstawiały też walkę miejscowych z regularnie powracającym żywiołem ognia. Podczas podróży przez interior wyspy przejeżdżaliśmy kilka razy przez obszary zniszczone przez pożary buszu, z ulgą zauważając powracające życie. Między sczerniałymi pniami powalonych gigantów przeżyły niższe drzewa, które już nieśmiało zazieleniały się świeżymi pędami. W nadmorskich lasach zwęglona kora łuszczyła się pod naporem deszczu, spływała w strumieniach do podnóża wzgórz, a osadzając się, barwiła piasek plaż na kolor smoły.

Busz po pożarze

Na cieszyńskim orzechu

Po dotarciu na północ wyspy otworzył się przed nami całkowicie odmienny pejzaż. Lasy ustąpiły miejsca farmom i sadom, w których królują europejskie owoce i warzywa, czyli produkty uważane w warunkach suchej i gorącej Australii za prawie egzotyczne. Tasmania znana jest też ze znakomitych miodów eukaliptusowych, przetworów i cydrów.

The Nut i miasteczko Stanley

W końcu dotarliśmy do jednej z najciekawszych destynacji tasmańskiej północy. Rybackie miasteczko Stanley kurczy się u podnóża wulkanicznej skały zwanej przez miejscowych The Nut, czyli Orzechem. Stanley, które było niegdyś bazą wypadową dla wypraw wielorybniczych, jest obecnie Mekką wędkarzy i miłośników morskiej fauny. Wybrzeże usiane jest koloniami uchatek, kormoranów i niebieskich pingwinów małych; w samym porcie rzuciłem niecenzuralnym słowem, gdy pod moimi stopami z wody wyłoniła się ponad dwumetrowa płaszczka.

Widok z The Nut

Paprocie drzewiaste

Na The Nut można wyjść pieszo lub wyjechać kolejką, podziwiając po drodze spektakularne widoki na plaże i morze Cieśniny Bassa. Wody tej cieśniny słyną ze swojej nieprzewidywalności, gwałtownych sztormów i 15-metrowych fal, co sprawia, że wybrzeża północnej Tasmanii i południowej Wiktorii usiane są setkami wraków. Tego dnia jednak cała ta paleta zieleni i błękitów bardziej przypominała pocztówkę z Karaibów, niż cmentarzysko statków.

Weszliśmy na płaski szczyt wzgórza. Prawie w całości pokrywają go łąki, na których wszechobecne muchy uciekają przed stadami ważek, w eukaliptusowych zagajnikach na południowym stoku mieszkają z kolei płoche walabie. Cała skała o wysokości 152 metrów jest tak zwanym nekiem wulkanicznym, czyli korkiem wypełniającym krater nieistniejącego już wulkanu sprzed 16 milionów lat. Nasze śląskie serca rozgrzało trochę odkrycie, że ten tasmański Orzech jest w całości zbudowany nie z byle jakiej skały magmowej, a… z cieszynitu, który po raz pierwszy został opisany w Cieszynie, jednak oprócz pogranicza Czech i Polski występuje też w Szkocji i właśnie w Australii.

Tak więc stało się, znaleźliśmy wspomnienie rodzinnych stron nawet tutaj, na wpół drogi między Australią, a Antarktydą. Przed ojczyzną nie uciekniesz.


Migawki z podróży, które umieszczaliśmy na Instagram Stories, możesz obejrzeć TUTAJ.

Mapka wyprawy:

O poprzedniej wyprawie możesz przeczytać we wpisach Tasmania. Wschodnie wybrzeże czarciej wyspy oraz Cradle Mountain. Chłodne serce wyspy.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 2/2020.

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/feed/ 11
Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby /2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/ /2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/#comments Tue, 11 Feb 2020 10:39:28 +0000 /?p=3228 Jesteś w Sydney, ale masz zbyt mało czasu i energii, by wyruszyć na kilkugodzinnego bushwalka? Oto rozwiązanie. Opisaliśmy już kilka sydnejskich tras, które powodują solidny szczękopad. Szlak Bondi – Coogee oferuje wspaniałe widoki na skaliste wybrzeże, płynąc na Manly można podziwiać z promu najładniejsze zakątki zatoki, spacer z Taronga do Balmoral to ucieczka z miejskiej dżungli do świata zielonego buszu i błękitnych wód.  Czasem jednak trzeba pójść na kompromis, i takim właśnie złotym środkiem jest szlak z Watsons Bay do Hornby, który oferuje po trochu z każdej z powyższych atrakcji. Do Watsons Bay można dopłynąć promem. Jeżeli za punkt startowy wybierzesz Circular Quay, to masz odhaczone dwa obowiązkowe punkty zwiedzania Sydney – przejedziesz się promem i opłyniesz dookoła słynną Operę. A przy trosze szczęścia strzelisz sobie na miejscu selfiaka z lokalnymi pelikanami. Trasa z przystani […]

The post Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby appeared first on przedeptane.

]]>
Jesteś w Sydney, ale masz zbyt mało czasu i energii, by wyruszyć na kilkugodzinnego bushwalka? Oto rozwiązanie.

Opisaliśmy już kilka sydnejskich tras, które powodują solidny szczękopad. Szlak Bondi – Coogee oferuje wspaniałe widoki na skaliste wybrzeże, płynąc na Manly można podziwiać z promu najładniejsze zakątki zatoki, spacer z Taronga do Balmoral to ucieczka z miejskiej dżungli do świata zielonego buszu i błękitnych wód.  Czasem jednak trzeba pójść na kompromis, i takim właśnie złotym środkiem jest szlak z Watsons Bay do Hornby, który oferuje po trochu z każdej z powyższych atrakcji.

Do Watsons Bay można dopłynąć promem. Jeżeli za punkt startowy wybierzesz Circular Quay, to masz odhaczone dwa obowiązkowe punkty zwiedzania Sydney – przejedziesz się promem i opłyniesz dookoła słynną Operę. A przy trosze szczęścia strzelisz sobie na miejscu selfiaka z lokalnymi pelikanami.

Trasa z przystani do latarni jest krótka, przyjemna i różnorodna, można ją przebyć w godzinę. Z miejscowych plaż widać jak na dłoni centrum miasta i ruch wodny w najszerszej części zatoki.

Po wyjściu z Watsons Bay trasa prowadzi przez bardzo urozmaiconą linię wybrzeża – skrawki buszu występują tutaj naprzemiennie ze skalistymi fragmentami, otwartymi polanami i małymi plażami. Tu błyszczą muszle, ówdzie goły pośladek, na tym krótkim odcinku mieszczą się bowiem aż trzy plaże dla nudystów – Camp Cove Beach, Lady Bay Beach i Lady Jane Beach. Camp Cove było prawdopodobnie pierwszym miejscem, na którym postawili stopę Europejczycy, gdy dotarli tutaj w 1788 roku.

W zatoce od czasu do czasu odbywają się wyścigi żaglówek, ale i w pozostałych dniach warto usiąść na chwilę na piasku i podziwiać promy i motorówki przemierzające wody Sydney Harbour.

Główną atrakcją szlaku jest oczywiście latarnia morska Hornby, która znajduje się na cyplu South Head tworzącym południową część cieśniny łączącej sydnejską zatokę z otwartym oceanem. Latarnia powstała w 1858 roku, by ułatwić nawigację na tym trudnym odcinku – w poprzednim roku rozbiły się tutaj bowiem dwa statki i zginęło łącznie ponad 140 osób.

 

W okolicy samej latarni znajduje się kilka ciekawych zabytków – chatka latarnika oraz fundamenty niegdysiejszych punktów obserwacyjnych i obronnych. Powstały one w reakcji na drobną wpadkę wizerunkową australijskiej armii i służb specjalnych, które w 1839 roku zauważyły amerykańskie okręty dopiero w chwili, gdy te wpłynęły już do zatoki. W 1872 roku zainstalowano także armaty – jedną z nich można dzisiaj podziwiać w okolicach Camp Cove.

Ze skał u podnóża latarni widać północną część cieśniny, czyli North Head (skały po prawej) oraz przystań w dzielnicy Manly (środkowa część zdjęcia).

Trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby – przydatne informacje

Czas: 1h 15 min

Odległość: ok. 2.8 km

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, wieczorami i przy gorszej pogodzie kurtka wiatrówka

Koszty: zero

Dodatkowe uwagi: –

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/feed/ 1
Nie każdy kangur jest kangurem /2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/ /2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/#respond Tue, 04 Feb 2020 10:04:06 +0000 /?p=3309 … czyli krótki przegląd australijskiej fauny kicającej. Był taki brodaty dowcip: „Czym się różni krokodyl?” (odpowiedź: „Jest dłuższy niż zielony.” Badum tss). Okazuje się, że w przypadku kangurów podobne pytanie wcale nie jest tak głupie, ponieważ pod tą potoczną nazwą kryje się cała skala zwierząt z podrzędu kangurokształtnych. O ile Australijczycy całkiem dobrze je rozróżniają, Europejczykom wychodzi to już nieco gorzej, postanowiliśmy więc przynieść też nad Wisłę oświaty kaganiec i wyjaśnić, jaka jest różnica między poszczególnymi rodzajami tych zwierząt. Cały podrząd kangurokształtnych dzieli się na trzy rodziny: kangurowate, kanguroszczurowate i torebnikowate. I tu zaczynają się schody, ponieważ te trzy rodziny dzielą się na wiele podrodzin i rodzajów zwierząt zamieszkujących nie tylko kontynentalną Australię, ale też Tasmanię, a nawet Nową Gwineę (na Nowej Zelandii występują wyłącznie jako gatunki inwazyjne sprowadzone przez ludzi). Dla ułatwienia orientacji stworzyliśmy […]

The post Nie każdy kangur jest kangurem appeared first on przedeptane.

]]>
… czyli krótki przegląd australijskiej fauny kicającej.

Był taki brodaty dowcip: „Czym się różni krokodyl?” (odpowiedź: „Jest dłuższy niż zielony.” Badum tss). Okazuje się, że w przypadku kangurów podobne pytanie wcale nie jest tak głupie, ponieważ pod tą potoczną nazwą kryje się cała skala zwierząt z podrzędu kangurokształtnych. O ile Australijczycy całkiem dobrze je rozróżniają, Europejczykom wychodzi to już nieco gorzej, postanowiliśmy więc przynieść też nad Wisłę oświaty kaganiec i wyjaśnić, jaka jest różnica między poszczególnymi rodzajami tych zwierząt.

Cały podrząd kangurokształtnych dzieli się na trzy rodziny: kangurowate, kanguroszczurowate i torebnikowate. I tu zaczynają się schody, ponieważ te trzy rodziny dzielą się na wiele podrodzin i rodzajów zwierząt zamieszkujących nie tylko kontynentalną Australię, ale też Tasmanię, a nawet Nową Gwineę (na Nowej Zelandii występują wyłącznie jako gatunki inwazyjne sprowadzone przez ludzi).

Dla ułatwienia orientacji stworzyliśmy poniższą tabelkę całego podrzędu:

kangur, walabia, quokka, zwierzęta, torbacze

Troszku to skomplikowane, prawda? Już wyjaśniamy.

Kangurowate

Jak widzicie, pierwsza, największa rodzina (czyli kangurowate) dzieli się na podrodzinę kangurów i filanderków, a podrodzina kangurów dzieli się z kolei na dziesięć kolejnych rodzajów. Jednym z nich są właśnie prawdziwe kangury – i tylko je Australijczycy nazywają „kangaroos” czy „roos”.

Wyróżniają się one smukłą, muskularną budową i krótszą sierścią, a w odróżnieniu od mniejszych kuzynów preferują otwarte przestrzenie. Do tej rodziny należą największe żyjące torbacze – kangury rude mogą mieć aż 2 metry od nosa do czubka ogona. Od mniejszych torbaczy różnią się też szybkością poruszania się oraz zdolnością do wykonywania ogromnych skoków.

Podręcznikowy kangur wygląda o tak:

kangur, torbacz, Australia

Kangury zamieszkują praktycznie całą Australię i to właśnie one najczęściej występują na australijskich logotypach, ilustracjach i pocztówkach. W rzeczywistości niełatwo je spotkać w pobliżu dużych miast (my natknęliśmy się na nie tylko w jednym z miejskich parków w Perth) – o wiele liczniejsze są na rzadziej zamieszkanych terenach, najczęściej na obszarach uprawy bydła, gdzie korzystają z wybudowanych wodopojów.

Ich bliskimi krewnymi są walabie. Dzięki swoim niewielkim rozmiarom lepiej sobie radzą w pobliżu ludzkich siedzib, wiele razy spotykaliśmy je podczas spacerów po buszu na obrzeżach Sydney, Cairns czy Hobart. Australijczycy nazywają walabiami także kolejne dwa rodzaje kangurokształtnych – skalniaki i pazurogony. Walabie generalnie preferują bardziej zarośnięte tereny, poruszają się wolniej i mniejszymi skokami. Wszystkie różnią się też od „prawdziwych” kangurów drobniejszą budową i gęstszym futrem, które ułatwia im przeżycie także w chłodnych klimatach. Ta kombinacja cech – kompaktowe rozmiary, odporność na zimno i prosta dieta – sprawia, że całkiem dobrze powodzi się im także w Europie, gdzie walabie uciekające z ZOO lub prywatnych hodowli stworzyły już kilka dziko żyjących populacji. A jak wygląda walabia? Poniżej przykładowy okaz z przychówkiem.

walabia torbacz Australia

Swoistą miniaturką kangura jest pademelon, drobny torbacz hojnie występujący zwłaszcza na Tasmanii, ale spotykany też w Nowej Południowej Walii, w Queensland i na Nowej Gwinei. Pademelony to niepozorne zwierzęta, które – podobnie jak walabie – nie stronią zbytnio od ludzi i zwłaszcza w okolicach świtu lub zmierzchu lubią myszkować w pobliżu ich siedzib. Podczas podróży po Tasmanii praktycznie na każdym campingu czy polu namiotowym mieliśmy lokalnego, przydziałowego pademelona lub walabię.

Generalnie pademelony są jeszcze mniejsze i bardziej krępe od walabii, mają krótsze ogony i uszy, przez co ich pyszczki nabierają nieco gryzoniowatego charakteru. Patrz poniższe zdjęcie przedstawiające tasmańskiego pademelona.

pademelon torbacz Tasmania Australia

W dużym uproszczeniu można więc powiedzieć, że dla Australijczyka duże kangurowate zwierzę to kangur, a małe – walabia lub pademelon.

Bardzo ciekawym rodzajem są mało znane drzewiaki, czyli kangury nadrzewne (tree kangaroos). Występują one wyłącznie w lasach deszczowych północnego Queensland i Nowej Gwinei. Niestety w ostatnim czasie bardzo źle znoszą zmiany klimatyczne, o czym pisaliśmy w poniższym tekście na Facebooku:

Jednym z symboli Zachodniej Australii są z kolei quokki. Te malutkie torbacze występowały dawniej na całym zachodnim wybrzeżu, jednak stopniowo zostały wyparte przez ludzi (i ich koty), także obecnie spotkać je można tylko na kilku wyspach w okolicach Perth, a przede wszystkim na przepięknej Rottnest Island, gdzie osiągnęły status turystycznych celebrytów.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Przedeptane (@przedeptane) on

Pozostałymi rodzajami należącymi do tej rodziny są tzw. kangury zajęcokształtne, czyli filandry oraz kangurniki i kangurowce występujące wyłącznie na Nowej Gwinei. Osobną podrodziną są filanderki.

Kanguroszczurowate

Jeżeli jeszcze nie zrobiło Wam się słabo od całej tej systematyki, to jedziemy dalej.

Przedstawiciele rodziny kanguroszczurowatych nadal przypominają walabie czy bettongi, jednak są od nich jeszcze mniejsze – osiągają maksymalnie rozmiary zająca, częściej jednak są niewiele większe od szczura. Te niegdyś liczne zwierzęta pełniły ważną rolę w wielu australijskich ekosystemach, jednak w XIX i XX wieku zostały praktycznie całkowicie wytępione na australijskim kontynencie – ich niewielkie, zagrożone populacje przeżywają na wyspach. Należą tutaj potoroo (kanguroszczury) oraz bettongi (kanguroszczurniki, na zdjęciu poniżej).

bettong kanguroszczurnik

Torebnikowate

Jedynym żyjącym przedstawicielem trzeciej i ostatniej rodziny kangurokształtnych jest torebnik piżmowy (musky rat-kangaroo), drobny torbacz zamieszkujący lasy deszczowe północnego Queensland.

Torebnik pizmowy torbacz Queensland

Jak może zauważyliście, torbacze skwapliwie skorzystały z tego, że dzięki kilkudziesięciu milionom lat izolacji do Australii nie dotarły duże ssaki łożyskowe. Kangury i walabie pełnią w lokalnych ekosystemach podobną rolę, jak antylopy w Afryce czy sarny w Europie, podczas gdy pademelony i mniejsze gatunki przypominają swoim zachowaniem i dietą gryzonie lub zajęczaki. Oczywiście kangurokształtne tworzą zaledwie część australijskiej fauny workowatej – pozostałe torbacze opanowały praktycznie wszystkie nisze ekologiczne wypełnione na innych kontynentach przez łożyskowce. Można tu spotkać torbacze żyjące pod ziemią, spędzające całe życie przekopując się przez pustynny piasek lub przelatujące z drzewa na drzewo lotem ślizgowym; w Australii żyją torbacze mrówkożerne, drapieżne, a nawet padlinożerne.

O nich jednak napiszemy innym razem.

zdjęcia: archiwum Przedeptane + WikiCommons (bettong, torebnik)

The post Nie każdy kangur jest kangurem appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/feed/ 0
Pożary buszu w Australii. Mity i fakty, aktualna sytuacja i prognozy. /2020/pozary-buszu-w-australii-mity-i-fakty-aktualna-sytuacja-i-prognozy/ /2020/pozary-buszu-w-australii-mity-i-fakty-aktualna-sytuacja-i-prognozy/#comments Thu, 09 Jan 2020 08:25:28 +0000 /?p=3254 W odpowiedzi na nieustającą rzekę pytań postanowiliśmy przygotować poniższy wpis – kompilację podstawowych informacji na temat fali pożarów, która od miesięcy nęka Australię. Aktualizacja: 12/02/2020 Najczęstsze pytania i odpowiedzi Jakie są obecne rozmiary zniszczeń? Szacuje się, że na dzień dzisiejszy pożary pochłonęły ponad 18,6 mln hektarów wegetacji (dane z 12 lutego 2020). Dla porównania – pożary w Kalifornii w 2018 roku zniszczyły 0,8 mln hektarów, a pożary Amazonii w 2019 – 0,9 mln ha. W australijskich pożarach straciły życie 34 osoby i spłonęło ponad 5900 budynków. W styczniu szacowano, że w ogniu zginęło ponad 480 milionów gadów, ptaków i ssaków, obecnie naukowcy szacują, że liczba ta przekroczyła 1 miliard. Mapa aktualnych pożarów z 12 lutego 2020: Najnowszą wersję mapy pożarów aktywnych w ciągu ubiegłych 72 godzin znajdziesz TUTAJ. Aby uzyskać lepsze pojęcie o spalonym obszarze, […]

The post Pożary buszu w Australii. Mity i fakty, aktualna sytuacja i prognozy. appeared first on przedeptane.

]]>
W odpowiedzi na nieustającą rzekę pytań postanowiliśmy przygotować poniższy wpis – kompilację podstawowych informacji na temat fali pożarów, która od miesięcy nęka Australię.

Aktualizacja: 12/02/2020

Najczęstsze pytania i odpowiedzi

Jakie są obecne rozmiary zniszczeń?

Szacuje się, że na dzień dzisiejszy pożary pochłonęły ponad 18,6 mln hektarów wegetacji (dane z 12 lutego 2020). Dla porównania – pożary w Kalifornii w 2018 roku zniszczyły 0,8 mln hektarów, a pożary Amazonii w 2019 – 0,9 mln ha. W australijskich pożarach straciły życie 34 osoby i spłonęło ponad 5900 budynków. W styczniu szacowano, że w ogniu zginęło ponad 480 milionów gadów, ptaków i ssaków, obecnie naukowcy szacują, że liczba ta przekroczyła 1 miliard.

Mapa aktualnych pożarów z 12 lutego 2020:

mapa pożarów Australia

Najnowszą wersję mapy pożarów aktywnych w ciągu ubiegłych 72 godzin znajdziesz TUTAJ.

Aby uzyskać lepsze pojęcie o spalonym obszarze, na interaktywnej mapce Guardiana możesz nałożyć powierzchnię pożarów na dowolne miasto na świecie. Zdjęcia i informacje z pożarów pojawiają się na Twitterze pod hashtagiem #AustraliaBurning.

Czy tegoroczne pożary są największe w historii Australii?

To zależy od kryteriów oceny, jakie przyjmiemy. Największą ilość ofiar przypisuje się pożarom w 2009 roku, które zniszczyły „tylko” 450.000 hektarów, ale w których zginęły aż 173 osoby. Najbardziej rozległe tereny – 117 milionów hektarów – spłonęły w 1974 roku. Przyroda szybko się jednak zregenerowała, spłonęły przede wszystkim trawiaste połacie w centrum kontynentu, a większość zniszczeń odkryto dopiero na zdjęciach satelitarnych. Tegoroczne pożary są rekordowe na przykład pod względem czasu trwania, ponieważ zaczęły się już w sierpniu 2019 roku, a wszystko wskazuje na to, że nie skończą się przez kolejnych parę miesięcy. Wyjątkowa jest też ich gwałtowność, która utrudni regenerację buszu i powrót zwierząt na zniszczone tereny (więcej w kolejnych punktach).

Czy tegoroczne pożary w Australii są związane ze zmianami klimatu?

Tak, zgodnie z ustaleniami australijskiej rządowej agencji badawczej CSIRO od kilku dekad nabierają na sile czynniki sprzyjające powstawaniu pożarów – mniej opadów, częstsze susze i upalne dni, mniejsza wilgotność powietrza (krótki przegląd zmian klimatycznych w Australii na przestrzeni XX wieku znajdziesz tutaj).

Anomalie temperatur Australia

Częstotliwość upałów Australia

Anomalie średnich temperatur w Australii w okresie 1910 – 2019 (źródło: Bureau of Meteorology)

anomalie temperatur Australia

Kombinacja tych czynników powoduje, że od lat wzrasta ilość dni z tzw. „ekstremalną pogodą pożarową” (extreme fire weather), czyli drugim najwyższym stopniem na skali FFDI (Forest Fire Danger Index).

Czy w Australii jest teraz bezpiecznie? Czy powinniśmy odwołać podróż?

Nie wyrzucajcie jeszcze biletów lotniczych. Australia jest duża, nie trzeba długo szukać, aby znaleźć jakieś ciekawe, a jednocześnie bezpieczne miejsce. Po prostu trzeba uważać nieco bardziej niż zwykle.

Mieszkańcy dużych metropolii zmagają się jedynie z dymem z okolicznych pożarów – śledzą wskaźniki zanieczyszczenia powietrza i w gorszych dniach wychodzą na ulice w maskach. Podróżowanie poza miastem wymaga ostrożnego planowania, ponieważ wiele parków narodowych, campingów i dróg jest zamkniętych, a sytuacja często może ulec szybkiej zmianie. Stosunkowo bez większych przeszkód można podróżować na przykład wzdłuż dużej części wschodniego wybrzeża lub na Tasmanii.

Podobno pożary w Australii są normalne. Czy to prawda?

W skrócie: zwykłe, lokalne pożary – tak; tegoroczne inferno – zdecydowanie nie.

Okresowe pożary są faktycznie typowym, nieodzownym elementem wielu australijskich ekosystemów. Wiele drzew i krzewów korzysta z ognia do oczyszczenia się ze złogów starej kory i pasożytów, a więc życie zazwyczaj szybko wraca na spalone obszary – roślinożercy szukają nowych, soczystych liści, mięsożercy szukają nowych, soczystych roślinożerców. Sami Aborygeni od tysięcy lat używali ognia w trakcie swoich polowań, co dodatkowo wzmocniło pozycję roślin szybko regenerujących się po przejściu ognia. Przed zaprószeniem ognia Aborygeni dokonywali jednak szczegółowego rozeznania w terenie, by wybrać najlepszy punkt i czas zapłonu tak, by płomienie ogarnęły tylko z góry wyznaczony teren. Ogień szerzył się więc z jednego punktu, umożliwiając ludziom i zwierzętom ucieczkę w dowolnym kierunku. Organizacje rządowe co roku dokonują wprawdzie planowego wypalania buszu w celu usuwania potencjalnego paliwa pod przyszłe „dzikie” pożary, jednak sposób i częstotliwość dokonywania tych operacji od lat poddawany jest krytyce.

Czym więc tegoroczne pożary różnią się od tych „normalnych”?

Jak już wspominaliśmy, tegoroczne pożary różnią się skalą, intensywnością i czasem trwania. Ogień szaleje od kilku miesięcy i dotarł już do pięciu stanów. Eksperci obawiają się, że tegoroczne pożary wyrządzą ogromne straty w australijskich ekosystemach, ponieważ w związku z rekordowo suchym sezonem ogień spala nawet wilgotne lasy, które zwykle stanowią dla niego barierę. Także w suchym buszu, w którym normalne są okresowe pożary na mniejszą skalę, ogień wyrządza ogromne szkody, ponieważ spala nie tylko niskie trawy, krzewy i korę drzew, ale wszystkie piętra roślinności – zwierzęta często znajdują się w ognistej pułapce, a te, które przeżyją, nie mają dokąd wrócić. Intensywność pożarów uszkadza roślinność w takim stopniu, że jej regeneracja jest spowolniona lub całkowicie niemożliwa. Roślinożercy głodują lub padają ofiarami drapieżników, ponieważ spalona ziemia nie oferuje żadnego schronienia. Dodatkowym ciosem dla lasów jest fakt, że w wyniku suszy i pożarów giną całe populacje australijskich ptaków i nietoperzy, które zwykle wspierają regenerację buszu poprzez rozsiewanie nasion i zapylanie kwiatów. W poniższym Facebookowym wpisie zdokumentowaliśmy wymarcie dużej części sydnejskiej kolonii nietoperzy, zjawiska, które także pojawia się coraz częściej w ostatnim czasie.

Ale Korwin mówił, że Australia się „spali i odrośnie”…

Patrz odpowiedź na poprzednie pytanie.

Jakie są przyczyny tej wyjątkowej sytuacji?

Tak naprawdę chodzi o kombinację wielu przyczyn, jednak najważniejsze są dwie – globalny kryzys klimatyczny połączony z nieudolnością australijskich polityków. Australia zawsze była podatna na wahania klimatu, przez co stanowi swoisty papierek lakmusowy ogólnoświatowych zmian. Naukowcy już od 1987 roku ostrzegali kolejne rządy przed tym, że globalne ocieplenie doprowadzi w końcu do gwałtownego wzrostu natężenia i frekwencji pożarów buszu. Australia dołączyła wprawdzie do grona państw Porozumienia Paryskiego i zobowiązała się do ograniczenia emisji dwutlenku węgla, jednak od 2015 roku emisje te nieustannie rosną, a kraj pozostaje w czołówce najbardziej „kopcących” zachodnich gospodarek. W rankingu wprowadzania zobowiązań klimatycznych Australia uplasowała się na 57. pozycji z 61 państw (siedem szczebli za Polską). Jeszcze w listopadzie wicepremier Michael McCormack nazwał naukowców i aktywistów wskazujących na powiązanie kryzysu klimatycznego z pożarami buszu „obłąkanymi, bredzącymi mieszczuchami”. Pomimo szalejących pożarów premier Scott Morrison nadal twierdzi, że Australia nie powinna przewartościować obecnych celów emisyjnych CO2.

Jak na pożary reaguje obecny rząd?

Powoli, z poślizgiem i niezdarnie, zwłaszcza działania premiera spotykają się z rosnącą falą krytyki. Pomimo doniesień o katastrofalnych rozmiarach pożarów Scott Morrison długo zwlekał z powrotem z wakacji na Hawajach, a po powrocie zaliczył kilka wpadek wizerunkowych. Podczas wizyt na poszkodowanych terenach niektórzy mieszkańcy, a nawet strażacy odmówili podania mu ręki przed kamerą.

Kiedy pożary się skończą?

Tego nie wie nikt. W chwili obecnej wydaje się, że dojdzie do przysłowiowego wybicia klina klinem – silne ulewy, burze i powodzie na początku lutego 2020 roku ugasiły jedną trzecią pożarów, których liczba spadła z 60 do 42. Te naprzemiennie występujące ekstremalne zjawiska pogodowe są kolejnym sygnał dla australijskich polityków, by aktywnie zająć się problemem kryzysu klimatycznego.

Mity, fake news (uzasadnienie w linkach)

„Policja złapała dwustu podpalaczy”

Policja oficjalnie zdementowała powyższą wiadomość. Podpalenia spowodowały zaledwie 1% obecnych pożarów.

„Pożary zawinili australijscy Zieloni, którzy zakazują wypalania buszu”

Zieloni nigdy nie forsowali ograniczeń w tym zakresie, przeciwnie – od wielu lat wspierają wypalanie buszu. Sami strażacy także potwierdzają, że zezwolenia na wypalanie nie są dla nich ograniczeniem.

„W wyniku pożarów koale zostały uznane za gatunek funkcjonalnie wymarły”

Koale są gatunkiem zagrożonym i wymagającym pomocy, ale wiadomość o ich wymarciu jest regularnie stosowanym chwytem promocyjnym organizacji zajmującej się ich ratowaniem.

„Wombaty pomagały innym zwierzętom schronić się przed pożarem”

Wiele zwierząt uciekających przed ogniem faktycznie szukało schronienia w wombacich norach. Wombaty są jednak terytorialnymi samotnikami, a więc raczej nie ma mowy o tym, aby świadomie i celowo prowadziły inne zwierzęta do bezpiecznych podziemi.

Aktualne mapy pożarów

Łączna mapa pożarów, ostrzeżeń i utrudnień w podróży dla stanów Nowa Południowa Walia + Australia Południowa + Queensland + Tasmania

Pozostałe stany:

Wiktoria

Australia Zachodnia

Terytorium Północne

Pomoc dla ofiar, zbiórki pieniędzy

Oto lista zaufanych organizacji niosących pomoc ludziom i zwierzętom poszkodowanym przez pożary.

Zbiórka dla społeczności aborygeńskich.

Wsparcie finansowe strażaków walczących z pożarami w Nowej Południowej Walii.

Zwykła i facebookowa zbiórka WIRES – renomowanej australijskiej organizacji zajmującej się ratowaniem i opieką nad dziko żyjącymi zwierzętami.

Zbiórka RSPCA, największej fundacji niosącej pomoc zwierzętom domowym i hodowlanym (w pożarach ucierpiały setki kotów i psów, a także całe stada koni, krów i owiec).

zdjęcie: Wiki Commons

grafy: CSIRO

The post Pożary buszu w Australii. Mity i fakty, aktualna sytuacja i prognozy. appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/pozary-buszu-w-australii-mity-i-fakty-aktualna-sytuacja-i-prognozy/feed/ 5
Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/ /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/#comments Sun, 11 Nov 2018 10:13:19 +0000 /?p=3201 Dzisiaj wyruszamy na jedną z mniej znanych, a przy tym najprzyjemniejszych tras pieszych w Sydney – szlaku od ZOO w dzielnicy Taronga do plaży Balmoral Beach. Trasa zaczyna się pod dolną bramą ZOO, a więc najłatwiej dotrzeć tam na pokładzie regularnie kursującego promu z Circular Quay. Można tam też dojechać autobusem, ale my zdecydowanie zachęcamy do skorzystania z opcji wodnej – przejażdżka koło Opery chyba nigdy się nie znudzi. Już po kilku minutach spaceru docieramy nad Athol Bay, która oferuje wspaniały widok na centrum miasta i jego ikony – gmach Opery oraz most Harbour Bridge. Wzdłuż całej trasy można na zmianę rozkoszować się takimi zacisznymi zatoczkami… … i coraz szerszym widokiem na Sydney. W drodze do cypla Bradleys Head przechodzimy przez Sydney Harbour National Park. Pojawiają się imponujące paprocie drzewiaste… … a trasa coraz częściej […]

The post Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach appeared first on przedeptane.

]]>
Dzisiaj wyruszamy na jedną z mniej znanych, a przy tym najprzyjemniejszych tras pieszych w Sydney – szlaku od ZOO w dzielnicy Taronga do plaży Balmoral Beach.

Trasa zaczyna się pod dolną bramą ZOO, a więc najłatwiej dotrzeć tam na pokładzie regularnie kursującego promu z Circular Quay. Można tam też dojechać autobusem, ale my zdecydowanie zachęcamy do skorzystania z opcji wodnej – przejażdżka koło Opery chyba nigdy się nie znudzi.

Już po kilku minutach spaceru docieramy nad Athol Bay, która oferuje wspaniały widok na centrum miasta i jego ikony – gmach Opery oraz most Harbour Bridge.

Wzdłuż całej trasy można na zmianę rozkoszować się takimi zacisznymi zatoczkami…

… i coraz szerszym widokiem na Sydney.

W drodze do cypla Bradleys Head przechodzimy przez Sydney Harbour National Park. Pojawiają się imponujące paprocie drzewiaste…

… a trasa coraz częściej wgryza się w gęsty, eukaliptusowy busz.

Plaża Clifton Gardens, ulubione miejsce wypadowe miejscowych.

Także i na tym szlaku można spotkać mnóstwo lokalnej zwierzyny. Na kamieniach wygrzewają się agamy wodne, liście przegrzebują nogale brunatne, na gałęziach siedzą kukabury chichotliwe (oba gatunki mogliście poznać bliżej już wcześniej w naszym tekście o najciekawszych australijskich ptakach). Nie brakuje też pospolitych sydnejskich papug – lorys górskich i kakadu żółtoczubych.

Pod koniec trasy widać jak na dłoni wylot sydnejskiej zatoki na otwarty ocean – północny cypel Manly oraz południowy z zatoką Watsons Bay.

 

Trasa Taronga Zoo / Balmoral Beach – przydatne informacje

Czas: 2-3h

Odległość: ok. 6,5 km (plaże Athom Bay, Clifton Gardens Beach, Balmoral Beach)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu. Na trasie znajduje się kemping z toaletami i wodą, przy Clifton Gardens także restauracje i place zabaw

Buty: dowolne, wygodne

Koszty: mniej niż zero

Dodatkowe uwagi: –

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/feed/ 3
Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/ /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/#comments Tue, 06 Feb 2018 07:00:52 +0000 /?p=2881 „Obowiązkowo”, „musicie tam pójść”. To jedna z tych atrakcji, które wszyscy opisują w superlatywach i może właśnie dlatego, z czystej przekory, odkładaliśmy ją na później. No ale ileż można. W końcu westchnęliśmy, ruszyliśmy zady i… wróciliśmy zauroczeni. Z Coogee do Bondi w jedno popołudnie Trasa przebiega wzdłuż kilku najbardziej popularnych plaż w Sydney. Wyruszyliśmy z Coogee dosyć późno, nasze cienie wydłużały się z każdym krokiem. Po drodze dramatycznie zmieniają się widoki – piaszczyste plaże ustępują skalistym urwiskom, rozległe trawniki kończą się na fantastycznie ukształtowanych kamiennych platformach. Znowu mogliśmy sobie przypomnieć, dlaczego tak bardzo lubimy Sydney. Jeżeli staracie się unikać dużych plaż wypchanych po brzegi setkami skwierczących ciał, wzdłuż trasy można się zaszyć w kilku mniejszych zatoczkach, idealnie nadających się do kajakowania albo snorkelingu. Jedną z nich jest na przykład niepozorna Gordons Bay otoczona charakterystycznym drewnianym parkingiem […]

The post Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi appeared first on przedeptane.

]]>
„Obowiązkowo”, „musicie tam pójść”. To jedna z tych atrakcji, które wszyscy opisują w superlatywach i może właśnie dlatego, z czystej przekory, odkładaliśmy ją na później. No ale ileż można. W końcu westchnęliśmy, ruszyliśmy zady i… wróciliśmy zauroczeni.

Z Coogee do Bondi w jedno popołudnie

Trasa przebiega wzdłuż kilku najbardziej popularnych plaż w Sydney. Wyruszyliśmy z Coogee dosyć późno, nasze cienie wydłużały się z każdym krokiem. Po drodze dramatycznie zmieniają się widoki – piaszczyste plaże ustępują skalistym urwiskom, rozległe trawniki kończą się na fantastycznie ukształtowanych kamiennych platformach. Znowu mogliśmy sobie przypomnieć, dlaczego tak bardzo lubimy Sydney.

Plaża Coogee w Sydney

Jeżeli staracie się unikać dużych plaż wypchanych po brzegi setkami skwierczących ciał, wzdłuż trasy można się zaszyć w kilku mniejszych zatoczkach, idealnie nadających się do kajakowania albo snorkelingu. Jedną z nich jest na przykład niepozorna Gordons Bay otoczona charakterystycznym drewnianym parkingiem dla łódek.

Plaża Gordons Bay w Sydney

Na skałach zatrzymywali się spacerowicze i biegacze, by podziwiać zachód słońca lub wypatrywać gejzerów wody wydmuchiwanych przez wieloryby, które akurat w tym czasie migrowały wzdłuż wybrzeży Sydney.

Zbliżający się zachód słońca nadał nieoczekiwanego dramatyzmu nie tylko ujściu z plaży Clovelly, …

… ale przede wszystkim ogromnemu cmentarzowi Waverly, którego lekko upiorną, wiktoriańską atmosferę stylowo uzupełniały czarne kakadu pijące wodę z płyt grobowych. Edgar Allan Poe mógłby tutaj napisać jakąś australijską nowelkę.

Cmentarz Waverley w Sydney

Wtem zmrok!

Ostatni etap pokonaliśmy już po ciemku, a więc dorzucamy zdjęcia z plaż Bronte i Tamarama wykonane podczas innych, dziennych wycieczek. Na osobną sesję zdjęciową zasługuje także Bondi oraz kilka „rock pools” i „ocean pools”, czyli publicznych, słonowodnych basenów osadzonych w skalistym wybrzeżu. Wszystko będzie. Trzeba tylko znowu ruszyć nasze szanowne.

Tymczasem sypiemy garścią informacji logistyczno-organizacyjnych.

Mapa trasy Coogee – Bondi:

Trasa Coogee Bondi – przydatne informacje

Czas: 2-3h

Odległość: ok. 6 km (plaże Coogee, Clovelly, Bronte, Tamarama, Bondi)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, zimą kurtka wiatrówka, wieczorami także sweter (nad oceanem często nieźle wieje)

Buty: dowolne, wygodne

Koszty: nic a nic

Dodatkowe uwagi: stosunkowo dużo schodów

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/feed/ 2
Na skok z Sydney: Kiama Blowhole /2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/ /2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/#respond Sat, 23 Dec 2017 11:45:38 +0000 /?p=3051 Rzut samochodem na południe od Sydney znajduje się mały cud natury. Wsiadajcie, jedziemy! Szczegóły dojazdu podamy na końcu, teraz skupmy się na gadaniu i na obrazkach. Po niespełna dwóch godzinach jazdy i po przejechaniu przez wąskie ulice miasteczka Kiama zaparkowaliśmy na trawiastym parkingu pod śnieżnobiałą latarnią zwaną Kiama Light lub Kiama Harbour Light. Ta stoi tutaj już od 1887 roku i już wtedy jej światło było widoczne z odległości siedemnastu kilometrów. Pierwotnie naftowa lampa została w 1908 roku przerobiona na gaz węglowy, a w końcu – w 1969 roku – na lampę elektryczną. Tuż za latarnią znajdują się schody do Kiama Blowhole – szczeliny w przybrzeżnych skałach, przez którą w trakcie przypływu strzelają w górę gejzery morskiej wody. Nam akurat się nie poszczęściło – ocean nie był w nastroju do brykania, szczelina tylko cicho bulgotała. […]

The post Na skok z Sydney: Kiama Blowhole appeared first on przedeptane.

]]>
Rzut samochodem na południe od Sydney znajduje się mały cud natury. Wsiadajcie, jedziemy!

Szczegóły dojazdu podamy na końcu, teraz skupmy się na gadaniu i na obrazkach. Po niespełna dwóch godzinach jazdy i po przejechaniu przez wąskie ulice miasteczka Kiama zaparkowaliśmy na trawiastym parkingu pod śnieżnobiałą latarnią zwaną Kiama Light lub Kiama Harbour Light. Ta stoi tutaj już od 1887 roku i już wtedy jej światło było widoczne z odległości siedemnastu kilometrów. Pierwotnie naftowa lampa została w 1908 roku przerobiona na gaz węglowy, a w końcu – w 1969 roku – na lampę elektryczną.

Tuż za latarnią znajdują się schody do Kiama Blowhole – szczeliny w przybrzeżnych skałach, przez którą w trakcie przypływu strzelają w górę gejzery morskiej wody. Nam akurat się nie poszczęściło – ocean nie był w nastroju do brykania, szczelina tylko cicho bulgotała. Masz Ci los. Warto było jednak przyjechać dla samych widoków roztaczających się z poszarpanych urwisk.

Oczywiście nie oparliśmy się pokusie i poszliśmy podglądać lokalną faunę. U podnóża skał siedziały kormorany, w wodnych oczkach roiło się od ryb, małych krabów i purpurowych ukwiałów.

Tuż przy samej blowhole dostrzegliśmy też jednego z największych i najładniejszych krabów, jakiego dotychczas udało nam się zobaczyć w australijskich wodach. Jeżeli ktoś z Was może nam pomóc z identyfikacją, to będziemy dozgonnie wdzięczni, bo nasz intensywny googling był bezowocny.

Po powrocie do latarni odkryliśmy kolejną atrakcję – na polanie otoczonej wysokimi araukariami jadło właśnie lunch pokaźne stado kakadu różowych, tzw. galah. Wrzasku jak w małpim gaju, ale zostaliśmy na dłużej, bo w Sydney rzadko je widujemy, a w dodatku to ulubione papugi Zosi.

I tu wątek edukacyjny z cyklu wiedza bezużyteczna. Poniższa fotka przedstawia dymorfizm płciowy galahów: samice mają jasnobrązowe oczy, a samce – czarne.

Załapaliśmy się też na niedzielny targ przy miejskiej przystani. W stoiskach można było nabyć rękodzieło i obrazy lokalnych artystów, domowy miód, książki, winyle i udonicznioną roślinność. Dla każdego coś dobrego. Oczywiście nie zabrakło też tradycyjnego zestawu leczniczych kryształów, łapaczy snów, regulatorów czakr i innych wspomagaczy duchowego rozwoju dla mieszczan na wywczasie. Koło nas przeszło kilkoro dziatek z pluszowymi rudawkami (ogromne nietoperze, tzw. flying foxy), a więc po nitce do kłębka dotarliśmy do namiotu ze zwierzo-zabawkami, książkami przyrodniczymi i tematycznymi ozdobami świątecznymi. Patrz niżej.

Pora wracać. Kiama pożegnała nas takim malowniczym widokiem – szumem fal, szumem drzew, rozdzierającym krzykiem galahów. Na pewno wrócimy, może przyszłym razem ocean pokaże, na co go stać.

Mapa dojazdu z Sydney do Kiama Blowhole

Kiama Blowhole – przydatne informacje

Czas: dojazd samochodem w okolicach 2h, można też dojechać bezpośrednim pociągiem linii South Coast Line.  Po drodze do Kiamy możecie się zatrzymać w Wollongong, gdzie znajduje się duże, ładne jezioro.

Szlaki piesze: na miejscu można wyruszyć na nadbrzeżną trasę z Kiamy do Gerringong (22 km)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, zimą kurtka wiatrówka, wieczorami także sweter (nad oceanem często nieźle wieje)

Buty: dowolne wygodne

Koszty: paliwo. Wejście na Kiama Blowhole i okoliczne skały jest darmowe.

Dodatkowe uwagi: podczas planowania wyjazdu dobrze jest sprawdzić godziny przypływu (głupi my). Warto zabrać zestaw do snorkelingu. W sezonie z brzegu można obserwować migrujące wieloryby.

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Na skok z Sydney: Kiama Blowhole appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/feed/ 0
Zakaz wspinaczek na Uluru /2017/zakaz-wspinaczek-na-uluru/ /2017/zakaz-wspinaczek-na-uluru/#comments Fri, 03 Nov 2017 11:58:04 +0000 /?p=3034 I masz, zapadła ostateczna decyzja – od października 2019 roku turyści nie będą już mogli wchodzić na Uluru. Smuteczek? Nie do końca. Australijskie władze od lat zajmowały w tej kwestii ambiwalentną pozycję. Podczas naszej wyprawy pod Ayers Rock w 2012 rozbawiły nas plakaty wiszące przy wjeździe do parku – na budce strażnika powieszony był napis „Szanuj kulturę miejscowej ludności, nie wspinaj się na Uluru”, a zaraz obok „Wspinanie na Uluru dozwolone od godz. 8 do 16”. Sami zrezygnowaliśmy z tej atrakcji, a podobnie robiło coraz więcej osób – odsetek turystów wchodzących na Uluru od lat spadał, od 1990 do 2015 roku zmniejszył się z 74 do 16,2 procent. Wchodzenie na skałę coraz częściej było postrzegane jako niestosowne, do czego przyczynił się fakt, że turyści regularnie robili wiochę w tym miejscu.  W latach 90. australijski sportowiec […]

The post Zakaz wspinaczek na Uluru appeared first on przedeptane.

]]>
I masz, zapadła ostateczna decyzja – od października 2019 roku turyści nie będą już mogli wchodzić na Uluru. Smuteczek? Nie do końca.

Australijskie władze od lat zajmowały w tej kwestii ambiwalentną pozycję. Podczas naszej wyprawy pod Ayers Rock w 2012 rozbawiły nas plakaty wiszące przy wjeździe do parku – na budce strażnika powieszony był napis „Szanuj kulturę miejscowej ludności, nie wspinaj się na Uluru”, a zaraz obok „Wspinanie na Uluru dozwolone od godz. 8 do 16”.

Sami zrezygnowaliśmy z tej atrakcji, a podobnie robiło coraz więcej osób – odsetek turystów wchodzących na Uluru od lat spadał, od 1990 do 2015 roku zmniejszył się z 74 do 16,2 procent. Wchodzenie na skałę coraz częściej było postrzegane jako niestosowne, do czego przyczynił się fakt, że turyści regularnie robili wiochę w tym miejscu.  W latach 90. australijski sportowiec odpalał z Uluru piłeczki golfowe, w 2010 roku francuska tancerka zrobiła na skale striptease „aby uczcić aborygeńską kulturę”. Wyobraźcie sobie, że ktoś zrobiłby taką akcję w Mekce albo w Fatimie.

Decyzja o zakazie wspinaczki dojrzewała od dawna, ponieważ nawet sami Aborygeni nie byli w tej kwestii jednogłośni. Zdaniem niektórych święte są przede wszystkim zagajniki otaczające skałę – i tam faktycznie nie wolno nawet robić zdjęć. Oprócz względów kulturowych zaważyły też kwestie bezpieczeństwa. Od 1950 roku na Uluru zginęło 36 osób, ostatnia w 2010 roku. Bo wiatr, bo ślisko, bo włażenie w szpilkach lub klapkach. Kasprowy się kłania.

Tak czy owak, już wkrótce koniec tej zabawy. Era wspinaczek skończy się 26 października 2019 roku, dokładnie w 34 lata od przekazania tego miejsca jego pierwotnym, aborygeńskim zarządcom. Ale nic to, Uluru jest przecież piękne, a może nawet najpiękniejsze własnie z dołu.

źródło: abc.net.au, zdjęcie: Przedeptane

The post Zakaz wspinaczek na Uluru appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/zakaz-wspinaczek-na-uluru/feed/ 1
12 miesięcy w Australii /2017/12-miesiecy-w-australii/ /2017/12-miesiecy-w-australii/#comments Thu, 21 Sep 2017 09:54:37 +0000 /?p=2940 Ostatnio nazbierało się kilka pozytywnych wiadomości, którymi po prostu musimy się podzielić. W tym tygodniu stuknęło dokładnie dwanaście miesięcy od naszego przyjazdu do Sydnejowic. I cóż to był za rok! Oglądaliśmy wieloryby, spotkaliśmy Davida Attenborough, zahaczyliśmy o Nową Zelandię i Sri Lankę, przemierzyliśmy kilka parków narodowych w okolicach Sydney… Dobra, może i nie zawsze było z górki, ale przecież nie przyjechaliśmy tu po to (a przynajmniej nie tylko po to), aby się opalać i hodować piwne brzuszki. Jak mawiają Australijczycy – „we’re not here to fuck spiders”. Jakie są minusy życia w raju, zapytacie? Od początku głównym powodem stresu była (i jeszcze długo będzie) sytuacja wizowa. Życie na wizie studenckiej w Australii jest tak naprawdę półistnieniem, przeżywaniem w szarej strefie – wiąże się z kolosalnymi kosztami i nieustanną niepewnością, że coś się rypnie. A rypnąć […]

The post 12 miesięcy w Australii appeared first on przedeptane.

]]>
Ostatnio nazbierało się kilka pozytywnych wiadomości, którymi po prostu musimy się podzielić.

W tym tygodniu stuknęło dokładnie dwanaście miesięcy od naszego przyjazdu do Sydnejowic. I cóż to był za rok! Oglądaliśmy wieloryby, spotkaliśmy Davida Attenborough, zahaczyliśmy o Nową Zelandię i Sri Lankę, przemierzyliśmy kilka parków narodowych w okolicach Sydney… Dobra, może i nie zawsze było z górki, ale przecież nie przyjechaliśmy tu po to (a przynajmniej nie tylko po to), aby się opalać i hodować piwne brzuszki. Jak mawiają Australijczycy – „we’re not here to fuck spiders”.

Jakie są minusy życia w raju, zapytacie? Od początku głównym powodem stresu była (i jeszcze długo będzie) sytuacja wizowa. Życie na wizie studenckiej w Australii jest tak naprawdę półistnieniem, przeżywaniem w szarej strefie – wiąże się z kolosalnymi kosztami i nieustanną niepewnością, że coś się rypnie. A rypnąć się może tysiąc rzeczy, nawet drobne potknięcie może solidnie pokrzyżować plany.

W pewien masochistyczny sposób polubiliśmy jednak to balansowanie na krawędzi – zmusza nas do czujności, motywuje do działania. I chyba o to chodzi w polityce migracyjnej Australii, którą można określić jako metodę kija i jeszcze większego kija. Ubiegły rok przeżuł nas, wypluł i rozsmarował po ścianach, ale nadal nie żałujemy naszej decyzji – uwielbiamy to miasto i ekscytują nas nowe perspektywy, które powoli zaczynają się przed nami otwierać.

Od początku wiedzieliśmy, że musimy znaleźć na siebie pomysł, zdefiniować się na nowo. Pod tym względem zdecydowanie wygrywa Zosia, która właśnie dokonuje przykładowego przebranżowienia. Dzięki kilku chałturkom w branży Aged Care (opieka nad seniorami) odkryła swoje nowe powołanie, pozmieniała szkoły i wkrótce otrzyma swój pierwszy certyfikat. Jeżeli wszystko się ułoży (a rokowania są bardzo dobre), to po naszym powrocie z Europy zacznie pracę na etacie w wymarzonym ośrodku. Zahaczymy pierwszego pazurka. O kolejnych napiszemy wkrótce, aby nie zapeszyć.

Ale stop, po jakim powrocie z Europy? Otóż postanowiliśmy uczcić naszą australijską rocznicę szybkim skokiem do Polski i do Czech, do rodziny i przyjaciół, do Cieszyna, który cały czas w nas siedzi. I będzie się działo, bo załadowaliśmy tego eurotripa prawie do ostatniej minuty!

W Polsce i w Czechach będziemy obchodzili dziesiątą rocznicę ślubu i urodziny Darka, czeka nas wypad do Wiednia, a w drodze powrotnej – do Pekinu. A ponieważ jesteśmy totalnymi sierotami i pomyliliśmy datę przylotu do Sydney, prosto z lotniska (z 30godzinnym jetlagiem) pobiegniemy na koncert do Opery.

Co chcielim, to mamy. I cieszymy się na kolejnych 12 miechów jak koala na eukaliptus.

The post 12 miesięcy w Australii appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/12-miesiecy-w-australii/feed/ 5