W świat Archives - przedeptane /category/w-swiat/ Jedzoki w świat Sat, 15 Feb 2020 11:27:48 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Wracamy. Australia 2014. /2014/wracamy-australia-2014/ /2014/wracamy-australia-2014/#comments Sun, 23 Mar 2014 13:18:17 +0000 /?p=499 Podobno nic dwa razy się nie zdarza … A nam się zdarzyło – jeszcze w tym roku wrócimy na Antypody. Jak? Gdzie? Na jak długo? Na naszym Facebooku pisaliśmy niedawno o supertanich biletach do Kangurlandii. Nie napisaliśmy już jednak że sami daliśmy się skusić. Trzeba było odczekać kilka dni i stwierdzić, czy promocja na pewno nie jest zwykłą pomyłką w systemie. W końcu otrzymaliśmy jednak oficjalne potwierdzenie rezerwacji – w ostatnich dniach listopada odlatujemy do Perth w Australii Zachodniej i zostajemy na południowej półkuli aż do Sylwestra! Jakie mamy plany? No cóż, na razie są one dosyć mgliste – i dlatego najbliższych kilka tygodni będzie tak ekscytujących :) Na pewno chcielibyśmy się skoncentrować na miejscach, których nie udało nam się zwiedzić w trakcie zeszłej wyprawy. Dużą część wyjazdu na pewno poświęcimy na zwiedzanie południowej części Australii […]

The post Wracamy. Australia 2014. appeared first on przedeptane.

]]>
Podobno nic dwa razy się nie zdarza … A nam się zdarzyło – jeszcze w tym roku wrócimy na Antypody. Jak? Gdzie? Na jak długo?

Na naszym Facebooku pisaliśmy niedawno o supertanich biletach do Kangurlandii. Nie napisaliśmy już jednak że sami daliśmy się skusić. Trzeba było odczekać kilka dni i stwierdzić, czy promocja na pewno nie jest zwykłą pomyłką w systemie. W końcu otrzymaliśmy jednak oficjalne potwierdzenie rezerwacji – w ostatnich dniach listopada odlatujemy do Perth w Australii Zachodniej i zostajemy na południowej półkuli aż do Sylwestra!

Jakie mamy plany? No cóż, na razie są one dosyć mgliste – i dlatego najbliższych kilka tygodni będzie tak ekscytujących :) Na pewno chcielibyśmy się skoncentrować na miejscach, których nie udało nam się zwiedzić w trakcie zeszłej wyprawy. Dużą część wyjazdu na pewno poświęcimy na zwiedzanie południowej części Australii Zachodniej (na północy w tym czasie szaleją monsuny), jeżeli pozwoli na to czas i fundusze, bardzo chcielibyśmy zobaczyć Tasmanię. Czy uda nam się dotrzeć do najbielszej plaży na świecie? Czy przejdziemy się w koronach gigantycznych eukaliptusów? Czy spotkamy diabła tasmańskiego?

Przy okazji chcielibyśmy Was poprosić o pomoc. Mamy teraz kilka miesięcy na dokładne przygotowania, zbieranie informacji i tematów – jeżeli więc macie jakichś znajomych, którzy byli albo są w Australii Zachodniej lub na Tasmanii, to będziemy wdzięczni za jakiekolwiek rady, ostrzeżenia i wskazówki. Oczywiście zapraszamy też do współpracy wszystkich blogerów związanych z Antypodami – to może być nasza wspólna przygoda.

W każdym razie wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie będzie się działo. Stay tuned!

*UPDATE*

Udało nam się zrealizować praktycznie wszystkie wyznaczone cele! Relacje i zdjęcia z tej wyprawy znajdziesz pod tagiem Australia2014.

The post Wracamy. Australia 2014. appeared first on przedeptane.

]]>
/2014/wracamy-australia-2014/feed/ 5
Ptaki Australii. 5 najbardziej niesamowitych gatunków. /2013/ptaki-australii/ /2013/ptaki-australii/#comments Sun, 07 Jul 2013 17:56:11 +0000 /?p=428 Australijskie ptaki to nie tylko strusie emu, kazuary, kakadu czy czarne łabędzie. Dzisiaj chcemy Wam przedstawić kilka mniej znanych, ale nie mniej intrygujących opierzonych mieszkańców Australii. 1. Kukabura chichotliwa Oprócz kangura i dziobaka jednym ze zwierzęcych symboli czerwonego kontynentu jest olbrzymi zimorodek zwany przez Australijczyków „kookaburra” lub „laughing jackass” (rechoczący osioł). Jego charakterystyczny śmiech jest nieodłącznym akompaniamentem australijskiego krajobrazu.  2. Nogal brunatny Ten australijski ptak intryguje ornitologów swoim osobliwym zachowaniem w okresie lęgowym, który całkowicie pozostaje w reżyserii dominującego samca. Nogal, który jest niewiele większy od naszej kury, tworzy olbrzymi kopiec liści (2 do 4 ton materiału!), w którym składa jaja kilka jego partnerek.  Gnijące rośliny wytwarzają ciepło, a samiec – którego dziób wyposażony jest w naturalny termometr – reguluje temperaturę inkubatora poprzez rozkopywanie lub zasypywanie kopca. 3. Altanniki Australijskie ptaki, które doprowadziły zwyczaje godowe […]

The post Ptaki Australii. 5 najbardziej niesamowitych gatunków. appeared first on przedeptane.

]]>
Australijskie ptaki to nie tylko strusie emu, kazuary, kakadu czy czarne łabędzie. Dzisiaj chcemy Wam przedstawić kilka mniej znanych, ale nie mniej intrygujących opierzonych mieszkańców Australii.

1. Kukabura chichotliwa

Oprócz kangura i dziobaka jednym ze zwierzęcych symboli czerwonego kontynentu jest olbrzymi zimorodek zwany przez Australijczyków „kookaburra” lub „laughing jackass” (rechoczący osioł). Jego charakterystyczny śmiech jest nieodłącznym akompaniamentem australijskiego krajobrazu.

Kukabura chichotliwa - australijskie ptaki

 2. Nogal brunatny

Ten australijski ptak intryguje ornitologów swoim osobliwym zachowaniem w okresie lęgowym, który całkowicie pozostaje w reżyserii dominującego samca. Nogal, który jest niewiele większy od naszej kury, tworzy olbrzymi kopiec liści (2 do 4 ton materiału!), w którym składa jaja kilka jego partnerek.  Gnijące rośliny wytwarzają ciepło, a samiec – którego dziób wyposażony jest w naturalny termometr – reguluje temperaturę inkubatora poprzez rozkopywanie lub zasypywanie kopca.

Nogal brunatny - australijskie ptaki - zwierzęta

3. Altanniki

Australijskie ptaki, które doprowadziły zwyczaje godowe do rangi sztuki plastycznej. Samiec stara się zaimponować samicy budując skomplikowaną strukturę z gałązek, a następnie ozdabia swoje dzieło kolorowymi elementami, które znajduje (lub podkrada ludziom) w najbliższej okolicy. Ptaki przez całe godziny aranżują barwne kompozycje z owoców, muszelek, łusek, odłamków szkła lub plastiku. Fascynujący jest fakt, że cała konstrukcja nie jest gniazdem – ma spełniać wyłącznie funkcję estetyczną i … erotyczną!

4. Trzaskacz czarnoczuby

Tzw. „whipbird” wydaje jeden z naszych ulubionych ptasich głosów, który zawsze będzie nam się kojarzył z przechadzkami po lasach wschodniej Australii. Najbardziej charakterystyczny głos miały ptaki z okolicy Sydney – najpierw odzywa się narastający pisk podobny do dźwięku ładowania lampy błyskowej, który nagle zostaje przerwany przez głośne klaśnięcie przypominające strzał z karabinu laserowego w filmach sci-fi.

5. Lirogon

Last but not least – niekwestionowany król wszystkich dźwiękonaśladowców, chodzący dyktafon, który bije na głowę nawet najbardziej uzdolnione papugi. Altanniki kusiły partnerki swoimi plastycznymi dziełami sztuki, nogale wabiły samiczki … cóż, kupą kompostu, a lirogony stosują całkowicie odmienną strategię. Samce kolekcjonują dźwięki zasłyszane w buszu i wykorzystują je w swoich pieśniach godowych. Nie ograniczają się przy tym tylko do głosów innych ptaków – oprócz śmiechu kukabury, chrapliwego skrzeku kakadu lub laserowego strzału trzaskacza lirogon naśladuje także dźwięki wydawane przez biwakowiczów lub pracowników leśnych. To się nazywa bogaty repertuar!

Jeżeli interesują Cię australijskie ptaki, to zapraszamy też do naszej galerii zdjęć z papugami lub innych wpisów o ciekawostkach  przyrodniczych.

The post Ptaki Australii. 5 najbardziej niesamowitych gatunków. appeared first on przedeptane.

]]>
/2013/ptaki-australii/feed/ 11
Powroty /2013/powroty/ /2013/powroty/#respond Wed, 20 Mar 2013 11:46:24 +0000 /?p=346 W powrocie z dłuższej podróży jest coś nierzeczywistego. Dopiero teraz powoli zaczynają do nas docierać niektóre wrażenia, których nie można było w pełni strawić na miejscu. Chociażby Uluru, które jest zbyt ogromne, aby jakiekolwiek zdjęcie mogło oddać jego masę i magnetyzm. Ale też rzeczy tak niepozorne, jak przechadzka po lesie drzew gumowych w Nowej Południowej Walii, budzonym o świcie przez diabelski śmiech zimorodków. Najgorszy był ostatni dzień przed wyjazdem, kiedy trzeba było odciążyć plecaki i pozbyć się zbędnego balastu. To tak, jakby zostawiać za sobą starych znajomych – Zosia wyrzuciła sandały, które służyły jej wiernie w Europie, Afryce i Azji, by ostatecznie polec na czwartym kontynencie – na zwykłym chodniku w Sydney. W pokoju hostelu młodzieżowego spało osiem osób, a więc zostawiliśmy na półkach koszulki, jedzenie i przeczytane książki. To miła tradycja – nie wyrzucaj, […]

The post Powroty appeared first on przedeptane.

]]>
W powrocie z dłuższej podróży jest coś nierzeczywistego. Dopiero teraz powoli zaczynają do nas docierać niektóre wrażenia, których nie można było w pełni strawić na miejscu. Chociażby Uluru, które jest zbyt ogromne, aby jakiekolwiek zdjęcie mogło oddać jego masę i magnetyzm. Ale też rzeczy tak niepozorne, jak przechadzka po lesie drzew gumowych w Nowej Południowej Walii, budzonym o świcie przez diabelski śmiech zimorodków.

Najgorszy był ostatni dzień przed wyjazdem, kiedy trzeba było odciążyć plecaki i pozbyć się zbędnego balastu. To tak, jakby zostawiać za sobą starych znajomych – Zosia wyrzuciła sandały, które służyły jej wiernie w Europie, Afryce i Azji, by ostatecznie polec na czwartym kontynencie – na zwykłym chodniku w Sydney. W pokoju hostelu młodzieżowego spało osiem osób, a więc zostawiliśmy na półkach koszulki, jedzenie i przeczytane książki. To miła tradycja – nie wyrzucaj, przekaż innym – najprostszy gest globtroterskiej solidarności. Sami nieraz korzystaliśmy z tego wiecznego recyklingu.

Potem było kilkanaście godzin w samolocie i jedna noc w Szanghaju – powtórka z bezbrzeżnej azjatyckiej uprzejmości, gotowany krab w małej ulicznej knajpce i pierwsze naprawdę dobre piwo po czterech miesiącach sączenia australijskich napojów piwopodobnych.

Szanghaj, Frankfurt, Praga, Ostrawa, Cieszyn … zabawne, że każdy etap tej podróży wydawał się tak samo długi. No i w końcu mieszkanie, trochę zażenowane naszą obecnością, odzwyczajone od ludzi. Puste ściany zostały nagle zawalone górą ciuchów i pakunków z pamiątkami, na lodówkę wskoczyło kilka nowych magnesów – chińska maska, dziobak ozdobiony w aborygeńskie wzory, trzech małych mnichów w pomarańczowych szatach.

Niepewnie przeglądam zdjęcia i czytam na wyrywki notatki ze zdezelowanego notesu. Teraz możemy już zacząć opowiadać historie, na które wcześniej nałożone zostało embargo spod znaku „po co mamę denerwować”. Historie o tym, jak Zosia jeździła z tajemniczą wysypką po kambodżańskich szpitalach i o tym, jak w trakcie zwiedzania parku narodowego tak wpatrzyłem się w nasionka namorzynów, że o mało nie spadłem z wieży widokowej. Historie o jadowitych czarnych wdowach wiszących w prysznicach i o tym, jak w Phnom Penh stwierdziliśmy, że pijemy drinka w najważniejszym domu publicznym dla zachodnich turystów. O ślepej małpie, o najpiękniejszej wyspie na świecie, o jedzeniu świerszczy, o pływających wioskach i pustynnych diabłach.

Nic, tylko usiąść i pisać. Wywietrzyć z głowy kolorowy pył, nie pasujący do codziennych obowiązków i formalności, które czekały na nas cierpliwie przez prawie pół roku. I czekać, kiedy z nowo wprowadzonego ładu i porządku wyłoni się znowu zadziorne pytanie „Dokąd teraz?”.

The post Powroty appeared first on przedeptane.

]]>
/2013/powroty/feed/ 0
Zgubieni w podróży /2012/zgubieni-w-podrozy/ /2012/zgubieni-w-podrozy/#comments Tue, 20 Nov 2012 16:02:45 +0000 /?p=292 Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.   Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się […]

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.

 

Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się szeroko i chwyta za jeden z metalowych wsporników rikszy, aby odpocząć od pedałowania. Podczas krótkiej wspólnej podróży pyta nas skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, opowiada o sobie. Pochodzi z Anglii, w której jest nudno i zimno, przyjechał do Kambodży rok temu i został menedżerem lokalnej filii McDonalda, właśnie jedzie do pracy. Po dwóch czy trzech minutach przeprasza, odrywa się od naszej rikszy i skręca w boczną ulicę, machając nam na pożegnanie.

W Australii poszukiwaliśmy na gwałt taniego namiotu. W jednym z hosteli wisiało ogłoszenie z numerem telefonu. Zadzwoniłem, uzgodniłem szczegóły i po dwóch godzinach stanęliśmy przed wejściem do szykownej restauracji nad brzegiem oceanu. Chłopak, który pracował tam jako kelner, przyjechał na Antypody z Rumunii, w jego śniadej twarzy południowca świeciły przyjazne, jasnoniebieskie oczy. Podczas rozpakowywania namiotu pytał o nasze podróże i opowiedział o tym, jak przed czasem wyruszył w pierwszy rejs w swoim życiu. Kilka tygodni wcześniej utknął na Nowej Kaledonii i w końcu wpadł na pomysł, aby zasięgnąć języka w porcie, gdzie prywatne jachty i żaglówki przygotowywały się do rejsów. W końcu trafił na kapitana, któremu nie przeszkadzał fakt, że nowy członek załogi nie ma żadnego doświadczenia w pracy na pokładzie i – co więcej – nigdy nie płynął statkiem. W ten sposób młody Rumun dotarł do Darwin, portu na północy Australii, płacąc jedynie dziesięć dolarów dziennie za pożywienie. Skończył opowieść, spakował namiot i odebrał zapłatę, dodał kilka rad dotyczących spania w buszu. Pożegnaliśmy się, nie znając nawet jego imienia.

Traf chciał, że właśnie w buszu, przy wieczornym ognisku, spotkaliśmy kolejnego nieznajomego. Brian – echt teutońskie imię – pracował w Niemczech jako elektryk. Potem nadszedł kryzys, spółka zbankrutowała i w dwa miesiące później Brian wylądował w Sydney, a wraz z nim jego rower. Wspólnie pokonali kilka tysięcy kilometrów przez pustynię. Teraz obaj leżą pod palmą wraz z całym obecnym dobytkiem Briana – lekkim namiotem, dwoma torbami i wielkim, dwunastolitrowym kanistrem. Kanister towarzyszy mu od czasu, kiedy po przejechaniu dwustu kilometrów w straszliwej spiekocie skończyła się woda i okazało się, że do najbliższej cywilizacji pozostaje kolejnych trzysta. Gdyby nie przejeżdżający samochód, ta przygoda mogła się zakończyć dosyć nieciekawie.

Brian zasypuje nas pytaniami i słucha nawet banalnych opowieści ze szczerym entuzjazmem, chociaż sam przeżył wiele. Przez dłuższy czas pracował na pustyni w aborygeńskiej społeczności, później, nocując w buszu północnej Australii, wkładał nóż pod poduszkę – po zmroku do namiotu podchodziły dzikie świnie, o wiele niebezpieczniejsze od wszechobecnych pająków i węży. Rozmawialiśmy tak długo, aż ogień pochłonął ostatnie gałązki eukaliptusa, Brian wręczył nam na pożegnanie książkę o buddyzmie, rano spakował manatki, nałożył na nos listek przeciwko poparzeniom od słońca i wyruszył w drogę. W kilka godzin później wyprzedziliśmy go na szosie, przejeżdżając przez pustkowia parku narodowego Kakadu.

Może działa tutaj pewien romantyzujący czynnik, o którym wspomniał kiedyś Jaroslav Dietel. Podczas wizyty w szpitalu, w którym gromadził materiały do napisania scenariusza pierwszych odcinków „Szpitala na peryferiach”, stał się przypadkowym świadkiem monologu ekscentrycznego lekarza, który natychmiast został inspiracją do postaci dr. Sowy. Kiedy znajomy zaproponował scenarzyście, że może mu przedstawić medyka, Dietel stanowczo zaprzeczył – rzeczywistość mogłaby popsuć wyidealizowane wyobrażenie, które już zdążył sobie stworzyć.

Dla mnie takie spotkania są jednym z najmilszych elementów wojaży. Nawet wtedy, gdy te życzliwe, bezimienne twarze znikają bez śladu. Pomimo nutki smutku przywracają wiarę w ludzi, a także leczą z iluzji „małego świata”. Przypominają, że świat mimo wszystko jest ogromny i łatwo się w nim zgubić.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (9/12).

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/zgubieni-w-podrozy/feed/ 6
… i nauka poszła w busz /2012/i-nauka-poszla-w-busz/ /2012/i-nauka-poszla-w-busz/#comments Mon, 17 Sep 2012 06:56:57 +0000 /?p=270 Jednym z założeń, a raczej pretekstów dla naszej wyprawy do Kangurlandii było podszlifowanie znajomości języka angielskiego. Cały plan trzymał się kupy, dopóki któryś ze znajomych trafnie nie zauważył : „A więc jedziecie uczyć się inglisza do kraju, w którym nie dogada się nawet rodowity Anglik?” No tak. Każdy, kto kiedykolwiek zmagał się z jakimś językiem obcym wie, że na pierwszym etapie najłatwiej rozmawiać z obcokrajowcami, którzy też się go uczą. Prawdziwa próba ognia zaczyna się dopiero w chwili, kiedy trafiamy na „native speakera”. Kiedyś wydawało mi się, że całkiem nieźle radzę sobie z angielskimi dialektami – przynajmniej do momentu, gdy kilka lat temu odwiedziłem Dublin. Przyleciałem, wyszedłem z hali lotniska i – aby nie tracić czasu – zapytałem przypadkowo spotkanego robotnika, czy wie, skąd odjeżdżają autobusy do centrum. Ryży tubylec przytaknął ochoczo i odpowiedział, a […]

The post … i nauka poszła w busz appeared first on przedeptane.

]]>
Jednym z założeń, a raczej pretekstów dla naszej wyprawy do Kangurlandii było podszlifowanie znajomości języka angielskiego. Cały plan trzymał się kupy, dopóki któryś ze znajomych trafnie nie zauważył : „A więc jedziecie uczyć się inglisza do kraju, w którym nie dogada się nawet rodowity Anglik?”

No tak. Każdy, kto kiedykolwiek zmagał się z jakimś językiem obcym wie, że na pierwszym etapie najłatwiej rozmawiać z obcokrajowcami, którzy też się go uczą. Prawdziwa próba ognia zaczyna się dopiero w chwili, kiedy trafiamy na „native speakera”.

Kiedyś wydawało mi się, że całkiem nieźle radzę sobie z angielskimi dialektami – przynajmniej do momentu, gdy kilka lat temu odwiedziłem Dublin. Przyleciałem, wyszedłem z hali lotniska i – aby nie tracić czasu – zapytałem przypadkowo spotkanego robotnika, czy wie, skąd odjeżdżają autobusy do centrum. Ryży tubylec przytaknął ochoczo i odpowiedział, a gdy poprosiłem go o powtórzenie, powtórzył drugi raz. I trzeci. A ja nadal nie zrozumiałem, czy wskazuje mi drogę, czy poprosił mnie o rękę, czy chce sprzedać kilo pomidorów. Podziękowałem uprzejmie i pokornie poszedłem się błąkać po betonowej płycie dworca.

Z australijskim angielskim jest chyba jeszcze gorzej. O ile to, co słychać w telewizji i w radio, przypomina jeszcze z grubsza język Szekspira, to na ulicy można szybko popaść w depresję. Nie chodzi tylko o samą wymowę, Australijczycy lubują się w skracaniu słów. Jest więc „breakie” zamiast „breakfast” i  „barbie” zamiast „barbecue”; i „hubbie” (małżonek), i „sunny” (okulary słoneczne). Do tego dochodzi wiele całkowicie nieintuicyjnych określeń. Kto wpadłby na to, że „kobieta” to „sheila”, a „toaleta” to „dunny”?

Przypomniało mi się górnośląskie powiedzonko służące do dezorientowania turystów – „gorole do szole a lina upolić” (czyt. „ludzi nie pochodzących ze Śląska należy spuścić do sztolni, a następnie spalić linę”). Kiedy rodowity Australijczyk poczęstował znajomą Amerykankę podobnym, lokalnym sloganem, dziewczę spojrzało na niego jak królik oślepiony światłem reflektorów samochodowych.

Z drugiej strony są też liczne ułatwienia. Do każdego, bez względu na wiek, płeć i stopień spoufalenia można zwracać się per „mate”. Najważniejsze jest jednak słówko „cheers”, które w zależności od sytuacji może oznaczać „proszę”, „dziękuję”, „dzień dobry”, „do widzenia” albo „uwaga, kangur na szóstej”.

Co więc robić, gdy zostaniemy otoczeni przez tubylców, którzy – o zgrozo! – chcą z nami rozmawiać? To, co zawsze w podobnych sytuacjach : należy uśmiechać się, przytakiwać na wszystko i błagać siły wyższe, aby rozmówca broń boże nie używał zdań pytających.

Może w końcu wrośniemy w lokalną dziwnomowę i nieodwracalnie okaleczymy swój angielski do tego stopnia, że w trakcie kolejnych podróży już nikt nie będzie miał bladego pojęcia, o co nam chodzi. Będzie to oznaczało, że osiągnęliśmy pełny sukces – opanowaliśmy język obcy na poziomie „native speaker”.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (8/12).

The post … i nauka poszła w busz appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/i-nauka-poszla-w-busz/feed/ 13
Ostatni etap! /2012/ostatni-etap/ /2012/ostatni-etap/#respond Sun, 12 Aug 2012 10:39:45 +0000 /?p=259 Pakujemy się i jutro wyruszamy w podróż. Nie, nie wracamy jeszcze do domu – przed nami kilka tysięcy kilometrów australijskiej pustyni. Co się szykuje? Krótkie streszczenie dotychczasowego pobytu u kangurów: Zosia przez trzy miesiące uczyła się angielskiego w miejscowej filii Kaplan International, Darek gromadził materiały do artykułów albo zbijał bąki. W Queenslandzie akurat trwa zima, a więc temperatury osiągają znośnych 25-35 stopni i opady są bardzo rzadkie, w odróżnieniu od lata, kiedy nadchodzą prawdziwe, wilgotne i gorące tropiki. Teraz pozostały nam trzy tygodnie z naszej wizy.  Udało nam się skontaktować z pewnym Aborygenem, który w poniedziałek jedzie do Darwin, stolicy Northern Territory i poszukiwał ludzi, którzy podzielą się z nim kosztami. Eddie jest przewodnikiem, a więc postaramy się z niego wyciągnąć kilka rad i wskazówek do dalszej podróży. Darwin to brama do dwóch słynnych parków – […]

The post Ostatni etap! appeared first on przedeptane.

]]>
Pakujemy się i jutro wyruszamy w podróż. Nie, nie wracamy jeszcze do domu – przed nami kilka tysięcy kilometrów australijskiej pustyni. Co się szykuje?


Krótkie streszczenie dotychczasowego pobytu u kangurów: Zosia przez trzy miesiące uczyła się angielskiego w miejscowej filii Kaplan International, Darek gromadził materiały do artykułów albo zbijał bąki. W Queenslandzie akurat trwa zima, a więc temperatury osiągają znośnych 25-35 stopni i opady są bardzo rzadkie, w odróżnieniu od lata, kiedy nadchodzą prawdziwe, wilgotne i gorące tropiki.

Teraz pozostały nam trzy tygodnie z naszej wizy.  Udało nam się skontaktować z pewnym Aborygenem, który w poniedziałek jedzie do Darwin, stolicy Northern Territory i poszukiwał ludzi, którzy podzielą się z nim kosztami. Eddie jest przewodnikiem, a więc postaramy się z niego wyciągnąć kilka rad i wskazówek do dalszej podróży.

Darwin to brama do dwóch słynnych parków – Kakadu i Litchfield (kto oglądał Krokodyla Dundee, ten wie:)) – pewnie spędzimy więc kilka dni na wycieczkach samochodowych w terenie, a następnie skierujemy się na południe, do samego czerwonego serca Australii. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za dwa tygodnie zobaczymy Uluru vel Ayers Rock! Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie będziemy mieli minimalny dostęp do Internetu i nie będziemy mogli publikować żadnych zdjęć, ale obiecujemy, że po powrocie do cywilizacji szybko uzupełnimy zaległości.

Potem już wszystko pójdzie z górki – musimy szybko dotrzeć do Sydney, przepakować wszystkie manatki i zdążyć na samolot, który odlatuje 9 września w kierunku Szanghaj-Frankfurt.

Trzymajcie więc kciuki i jeżeli macie jakichś znajomych w Sydney, to dajcie znać – pilnie poszukujemy noclegu na 7-9 września ;)

 

The post Ostatni etap! appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/ostatni-etap/feed/ 0
Góral z bumerangiem /2012/goral-z-bumerangiem/ /2012/goral-z-bumerangiem/#respond Tue, 31 Jul 2012 07:20:54 +0000 /?p=240 Redakcja Zwrotu zapytała, czy nie mógłbym wysnuć jakiejś paraleli do aktualnych wydarzeń na Zaolziu, na przykład do Gorolskiego Święta. Od miesiąca bawię w australijskim Cairns, mieście otoczonym przez góry, a więc przecież nie powinno być tak trudno. Tyle, że jest. Podziwiamy górali za ich niezłomność, tężyznę i zdrowy rozsądek. W porównaniu z nimi tutejsi górale, Aborygeni, nie przedstawiają raczej stereotypowego obrazka hardego człowieka żyjącego w zgodzie z naturą. Już nie. Dzisiejsi Aborygeni są cieniem tubylczej społeczności zniszczonej przez dekady prześladowań. Ci, którzy żyją w miastach, najczęściej drepcą niepozornie po ulicach w najtańszych dresach. Trudno uwierzyć, że są potomkami prawdziwych mistrzów sztuki przeżycia. Tuż za miastem wznoszą się łagodne zbocza porośnięte gęstym lasem deszczowym, zieloną gęstwiną pełną jedzenia – ale i niebezpieczeństw, które przemieniłyby naszych, beskidzkich górali w bezradne, przestraszone dziewczynki. Co tam nasza żmija, co […]

The post Góral z bumerangiem appeared first on przedeptane.

]]>
Redakcja Zwrotu zapytała, czy nie mógłbym wysnuć jakiejś paraleli do aktualnych wydarzeń na Zaolziu, na przykład do Gorolskiego Święta. Od miesiąca bawię w australijskim Cairns, mieście otoczonym przez góry, a więc przecież nie powinno być tak trudno. Tyle, że jest.

Podziwiamy górali za ich niezłomność, tężyznę i zdrowy rozsądek. W porównaniu z nimi tutejsi górale, Aborygeni, nie przedstawiają raczej stereotypowego obrazka hardego człowieka żyjącego w zgodzie z naturą. Już nie. Dzisiejsi Aborygeni są cieniem tubylczej społeczności zniszczonej przez dekady prześladowań. Ci, którzy żyją w miastach, najczęściej drepcą niepozornie po ulicach w najtańszych dresach. Trudno uwierzyć, że są potomkami prawdziwych mistrzów sztuki przeżycia. Tuż za miastem wznoszą się łagodne zbocza porośnięte gęstym lasem deszczowym, zieloną gęstwiną pełną jedzenia – ale i niebezpieczeństw, które przemieniłyby naszych, beskidzkich górali w bezradne, przestraszone dziewczynki.

Co tam nasza żmija, co tam nasze pszczoły czy pokrzywy. Nieraz słyszałem, że w Australii możesz odnieść wrażenie, że każde zwierzę i każda roślina chce cię zabić. Tutaj, na tropikalnej północy kontynentu, powiedzenie to jest w dwójnasób przekonujące.

W morzu – tak, jakby nie wystarczyły same rekiny – trujące jest praktycznie wszystko, co się rusza. Ryby, węże morskie, ślimaki, ośmiornice, meduzy. Na lądzie wcale nie jest lepiej – w pobliżu rzek pojawiają się czasem gigantyczne krokodyle, w samym Cairns żyje dziewięć z dziesięciu najbardziej jadowitych węży świata, do tego dochodzi kilkadziesiąt gatunków pająków, które o ile nie są bezpośrednio jadowite, to przynajmniej boleśnie gryzą. Mało kto wie, że nawet dziobak – jako jedyny ssak na świecie – jest wyposażony w kolec jadowy.

W lesie pojawiają się kazuary, półtorametrowe, drażliwe nieloty, które mogą rozłupać czaszkę uderzeniem opancerzonej głowy albo dokonać pazurami improwizowanej operacji wyrostka robaczkowego. Jakby tego było mało, rosną tam też drzewa i krzewy o liściach, których poparzenie może doprowadzić do wielomiesięcznych nawrotów bólu i które nieraz zabijały nie tylko ludzi, ale nawet krowy czy konie. Mówię wam, las w Queenslandzie nie jest miejscem, w którym chcielibyście spędzić noc bez namiotu i miotacza ognia.

Po kilku wycieczkach w okoliczną dżunglę muszę pochylić czoła przed zdolnościami tubylców, którzy byli w stanie podołać tak olbrzymim wyzwaniom. W sumie nic dziwnego, że Aborygeni, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia tak niegościnnego łona natury, ostatecznie pogodzili się z życiem w mieście.

Gdzie są dzisiaj? Niektórym udało się z powodzeniem wtopić w „białą” cywilizację, nieliczni żyją w rezerwatach, inni zrzucają codziennie dżinsy i trudnią się pozowaniem do zdjęć i uprawianiem folkloryzmu dla turystów.

Pozostali żyją z zapomogi. I piją – a niech mnie, paralela! – piją tak, jak nasi górale, a my razem z nimi na corocznym Gorolskim Święcie. Podejrzewam tylko, że w tym ich piciu nie ma raczej żadnego świętowania.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (7/12).

The post Góral z bumerangiem appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/goral-z-bumerangiem/feed/ 0
Uśmiech, proszę /2012/usmiech-prosze/ /2012/usmiech-prosze/#comments Thu, 28 Jun 2012 09:27:38 +0000 /?p=233 Europa Środkowa to dziwny region. Szary i smętny. A przynajmniej tak – czort wie dlaczemu – postrzegamy go my, jego mieszkańcy. Rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że to właśnie my uczyniliśmy z tej bogu ducha winnej krainy dolinę płaczu i narzekań. Gdzieś głęboko w nas siedzi defetyzm, oswajany i pielęgnowany niczym miła tradycja; grzeje nas jak herbatka u babci, jak wigilijny barszcz. Jakiś czas temu gościłem w Cieszynie przyjaciół z Austrii, którzy nawiązali nić porozumienia z lokalsami dopiero w momencie, gdy stwierdzili, że Polacy i Czesi też uwielbiają narzekać przy piwie. „Chryste” – powiedział jeden z nich, zdmuchując piankę – „Nawet nie wiecie, jak uciążliwy jest zapał i sumienność Niemców. Jeżeli Austriak ma problem, to po prostu idzie się poużalać do knajpy. Nie to, co Niemiec – ten od razu podwija rękawy i wymyśla, co z […]

The post Uśmiech, proszę appeared first on przedeptane.

]]>
Europa Środkowa to dziwny region. Szary i smętny. A przynajmniej tak – czort wie dlaczemu – postrzegamy go my, jego mieszkańcy. Rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że to właśnie my uczyniliśmy z tej bogu ducha winnej krainy dolinę płaczu i narzekań. Gdzieś głęboko w nas siedzi defetyzm, oswajany i pielęgnowany niczym miła tradycja; grzeje nas jak herbatka u babci, jak wigilijny barszcz.

Jakiś czas temu gościłem w Cieszynie przyjaciół z Austrii, którzy nawiązali nić porozumienia z lokalsami dopiero w momencie, gdy stwierdzili, że Polacy i Czesi też uwielbiają narzekać przy piwie. „Chryste” – powiedział jeden z nich, zdmuchując piankę – „Nawet nie wiecie, jak uciążliwy jest zapał i sumienność Niemców. Jeżeli Austriak ma problem, to po prostu idzie się poużalać do knajpy. Nie to, co Niemiec – ten od razu podwija rękawy i wymyśla, co z tym fantem zrobić. Koszmar.”

Z każdą dalszą wyprawą za granice, z każdą kolejną napotkaną tam osobą nabieram wrażenia, że coś poszło nie tak, że zagalopowaliśmy się z tą naszą anhedonią. Podkreślam, iż sam jestem chronicznym czarnowidzem i introwertykiem, który potrzebuje swojej regularnej dawki świętego spokoju. Pomimo tego uważam, że warto wyruszyć w dowolnym kierunku – do Skandynawii, na południe, na Bliski i Daleki Wschód, czy też przez ocean – aby przypomnieć sobie, że uśmiech obcej osoby na ulicy nie jest niczym zdrożnym ani nienormalnym.

Ostatecznie przekonała mnie o tym wyprawa do Azji. W Wientianie, stolicy Laosu, staraliśmy się wypytać o czas oraz warunki podróży dwóch kierowców autokaru, którzy nie znali ani jednego słowa po angielsku. Podczas całej rozmowy prowadzonej na migi i grymasy naszym rozmówcom ani na chwilę nie zszedł z twarzy szeroki, serdeczny uśmiech. W Kambodży i Tajlandii ta azjatycka uprzejmość i chęć pomocy kilka razy stwarzała nie lada problem – ludzie pytani o drogę szczerzyli zęby i wskazywali ręką w dowolnym kierunku, chociaż nie mieli zielonego pojęcia, o co dokładnie pytamy.

Kiedy po przylocie do Azji udało nam się zgubić w ulicach Bangkoku, praktycznie od razu zatrzymała się przy nas dziewczyna przejeżdżająca obok na skuterze – przejrzała mapę, zadzwoniła z własnej komórki do naszych gospodarzy, a w końcu złapała dla nas taksówkę. W kambodżańskim Sihanoukville dyrektor hotelu wysłał rano swojego syna, aby ten odwiózł nas samochodem na dworzec autobusowy. Naprawdę są na tym świecie miejsca, gdzie podanie pomocnej dłoni nie napawa podejrzeniami.

Za nasz wredny humor nie możemy winić nawet niskich dochodów lub standardu życia – w najbiedniejszych rejonach, w których przeciętny zarobek wynosi zaledwie kilkadziesiąt dolarów miesięcznie, nie spotkałem żadnej opryskliwej ekspedientki wysysającej z zębów resztki drugiego śniadania. A po drugiej stronie skali? Słowa te piszę w Australii, gdzie każda kasjerka rozpoczyna rozmowę jowialnym „Cześć, jak Ci minął dzień?”, a niektóre nawet – o zgrozo! – wdają się w spontaniczne rozmowy z przypadkowymi klientami. I to wcale nie w osiedlowym warzywniaku, ale w dużych supermarketach, świątyniach zbiorowej anonimowości.

Może powiecie – toż to klasyczny syndrom wakacyjny. Na urlopie, w wyjeździe wszystko widzimy na różowo, ludzie są uśmiechnięci, świat wydaje się lepszy. Dobrze, jeżeli nie podoba wam się ten tekst, to napiszcie list. Ostry, krytyczny.

Co zrobię? Od razu po powrocie pójdę się pożalić znajomym do cieszyńskiej Partyki, jeszcze tego samego wieczoru zapomnę o całym problemie, a w kilka dni później będę kontynuował pisanie kiepskich felietonów. Ale być może będzie inaczej – może uśmiechnę się przepraszająco i dołożę wszelkich starań, aby kolejny artykuł był o wiele lepszy. Obiecuję, że będę dobrze pilnował tych różowych okularów.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (6/12).

The post Uśmiech, proszę appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/usmiech-prosze/feed/ 6
Lecimy. Jak? Gdzie? Kiedy? /2012/lecimy-jak-gdzie-kiedy/ /2012/lecimy-jak-gdzie-kiedy/#respond Thu, 08 Mar 2012 13:53:27 +0000 /?p=163 Coraz więcej znajomych pyta nas, na jakim etapie przygotowań jesteśmy, kiedy i gdzie lecimy, jaki mamy teraz plan. Czekaliśmy, aż uda nam się ustalić podstawowe fakty – i teraz w końcu chyba nadszedł czas, aby odkryć karty. Dzisiaj wreszcie udało nam się kupić stosunkowo tanie bilety do Azji. Piszemy „stosunkowo”, ponieważ bilety jednokierunkowe zawsze kosztują prawie tyle samo, co powrotne. Ale nic to. 14 kwietnia lecimy z Krakowa do Berlina, a z Berlina do Bangkoku. Przez następny miesiąc chcemy zwiedzić Tajlandię i jedno lub dwa okoliczne państwa, prawdopodobnie Laos lub Kambodżę. Może znacie jakieś ciekawe miejsca lub wydarzenia godne polecenia? Napiszcie do nas! W międzyczasie będziemy czekali na wizę do Australii. A rzecz to nadal niepewna, bo kangury biją na głowę nawet polskie biurokratyczne piekiełko – od kilku tygodni siedzimy w dokumentach, pozwoleniach, pieczątkach i […]

The post Lecimy. Jak? Gdzie? Kiedy? appeared first on przedeptane.

]]>
Coraz więcej znajomych pyta nas, na jakim etapie przygotowań jesteśmy, kiedy i gdzie lecimy, jaki mamy teraz plan. Czekaliśmy, aż uda nam się ustalić podstawowe fakty – i teraz w końcu chyba nadszedł czas, aby odkryć karty.

Dzisiaj wreszcie udało nam się kupić stosunkowo tanie bilety do Azji. Piszemy „stosunkowo”, ponieważ bilety jednokierunkowe zawsze kosztują prawie tyle samo, co powrotne. Ale nic to.

14 kwietnia lecimy z Krakowa do Berlina, a z Berlina do Bangkoku. Przez następny miesiąc chcemy zwiedzić Tajlandię i jedno lub dwa okoliczne państwa, prawdopodobnie Laos lub Kambodżę. Może znacie jakieś ciekawe miejsca lub wydarzenia godne polecenia? Napiszcie do nas!

W międzyczasie będziemy czekali na wizę do Australii. A rzecz to nadal niepewna, bo kangury biją na głowę nawet polskie biurokratyczne piekiełko – od kilku tygodni siedzimy w dokumentach, pozwoleniach, pieczątkach i tłumaczeniach. Ale moc jest z nami, wytrwamy.

Jeżeli w Azji dowiemy się, że wiza jest nasza, to kupujemy bilety do Australii, gdzie 21 maja Zosia rozpocznie kurs angielskiego, jeden z warunków otrzymania wizy. O tym, w którym australijskim stanie osiądziemy, napiszemy już wkrótce. Tak czy owak – wiza studencka obejmuje trzy miesiące, czwarty miesiąc jest wolny, a więc jeżeli wszystko dobrze się ułoży, będziemy mogli zwiedzić też inne rejony Australii.

Przed odlotem musimy dać się zaszczepić przeciwko azjatyckim „atrakcjom”, a przede wszystkim – znaleźć dom dla naszej legwanicy. Jeżeli znacie jakiegoś doświadczonego hodowcę gadów, to na pewno dajcie nam znać, chcemy ją przekazać w naprawdę dobre ręce.

Chcieliśmy podziękować wszystkim, którzy do tej pory pomogli nam radą lub uczynkiem – przede wszystkim Danieli i jej mamie. Jesteśmy już bliżej niż dalej. Trzymajcie kciuki.

The post Lecimy. Jak? Gdzie? Kiedy? appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/lecimy-jak-gdzie-kiedy/feed/ 0
Znikamy /2011/znikamy/ /2011/znikamy/#respond Fri, 14 Oct 2011 13:35:23 +0000 /?p=111 Zgodnie z zapowiedzią znikamy dzisiaj na kilkanaście dni. Lecimy do Maroko z dwudniowym przystankiem w Bolonii. Na razie wygląda na to, że po lądowaniu w Fezie skoczymy szybko do Marrakeszu, gdzie znaleźliśmy już przez CouchSurfing nocleg i przewodnika. Do Fezu wrócimy kilka dni przed odlotem, ponieważ tam czeka na nas kolejny przyjaciel, który obiecał nam pokazać swoją rodzinną wioskę. Zobaczymy, jak to się wszystko ułoży, na pewno będziemy od czasu do czasu pisać na Twitterze, gdzie nas aktualnie zawiało. Przedtem jednak mamy małe pytanie – czy ktokolwiek z Was był kiedyś w Bolonii? Będziemy tam mieli stosunkowo dużo czasu, a więc chętnie zanotujemy jakiekolwiek propozycje miejsc do zwiedzenia. Do zobaczenia w listopadzie!

The post Znikamy appeared first on przedeptane.

]]>
Zgodnie z zapowiedzią znikamy dzisiaj na kilkanaście dni. Lecimy do Maroko z dwudniowym przystankiem w Bolonii.

Na razie wygląda na to, że po lądowaniu w Fezie skoczymy szybko do Marrakeszu, gdzie znaleźliśmy już przez CouchSurfing nocleg i przewodnika. Do Fezu wrócimy kilka dni przed odlotem, ponieważ tam czeka na nas kolejny przyjaciel, który obiecał nam pokazać swoją rodzinną wioskę. Zobaczymy, jak to się wszystko ułoży, na pewno będziemy od czasu do czasu pisać na Twitterze, gdzie nas aktualnie zawiało.

Przedtem jednak mamy małe pytanie – czy ktokolwiek z Was był kiedyś w Bolonii? Będziemy tam mieli stosunkowo dużo czasu, a więc chętnie zanotujemy jakiekolwiek propozycje miejsc do zwiedzenia. Do zobaczenia w listopadzie!

The post Znikamy appeared first on przedeptane.

]]>
/2011/znikamy/feed/ 0