Menu

… i nauka poszła w busz

Jednym z założeń, a raczej pretekstów dla naszej wyprawy do Kangurlandii było podszlifowanie znajomości języka angielskiego. Cały plan trzymał się kupy, dopóki któryś ze znajomych trafnie nie zauważył : „A więc jedziecie uczyć się inglisza do kraju, w którym nie dogada się nawet rodowity Anglik?”

No tak. Każdy, kto kiedykolwiek zmagał się z jakimś językiem obcym wie, że na pierwszym etapie najłatwiej rozmawiać z obcokrajowcami, którzy też się go uczą. Prawdziwa próba ognia zaczyna się dopiero w chwili, kiedy trafiamy na „native speakera”.

Kiedyś wydawało mi się, że całkiem nieźle radzę sobie z angielskimi dialektami – przynajmniej do momentu, gdy kilka lat temu odwiedziłem Dublin. Przyleciałem, wyszedłem z hali lotniska i – aby nie tracić czasu – zapytałem przypadkowo spotkanego robotnika, czy wie, skąd odjeżdżają autobusy do centrum. Ryży tubylec przytaknął ochoczo i odpowiedział, a gdy poprosiłem go o powtórzenie, powtórzył drugi raz. I trzeci. A ja nadal nie zrozumiałem, czy wskazuje mi drogę, czy poprosił mnie o rękę, czy chce sprzedać kilo pomidorów. Podziękowałem uprzejmie i pokornie poszedłem się błąkać po betonowej płycie dworca.

Z australijskim angielskim jest chyba jeszcze gorzej. O ile to, co słychać w telewizji i w radio, przypomina jeszcze z grubsza język Szekspira, to na ulicy można szybko popaść w depresję. Nie chodzi tylko o samą wymowę, Australijczycy lubują się w skracaniu słów. Jest więc „breakie” zamiast „breakfast” i  „barbie” zamiast „barbecue”; i „hubbie” (małżonek), i „sunny” (okulary słoneczne). Do tego dochodzi wiele całkowicie nieintuicyjnych określeń. Kto wpadłby na to, że „kobieta” to „sheila”, a „toaleta” to „dunny”?

Przypomniało mi się górnośląskie powiedzonko służące do dezorientowania turystów – „gorole do szole a lina upolić” (czyt. „ludzi nie pochodzących ze Śląska należy spuścić do sztolni, a następnie spalić linę”). Kiedy rodowity Australijczyk poczęstował znajomą Amerykankę podobnym, lokalnym sloganem, dziewczę spojrzało na niego jak królik oślepiony światłem reflektorów samochodowych.

Z drugiej strony są też liczne ułatwienia. Do każdego, bez względu na wiek, płeć i stopień spoufalenia można zwracać się per „mate”. Najważniejsze jest jednak słówko „cheers”, które w zależności od sytuacji może oznaczać „proszę”, „dziękuję”, „dzień dobry”, „do widzenia” albo „uwaga, kangur na szóstej”.

Co więc robić, gdy zostaniemy otoczeni przez tubylców, którzy – o zgrozo! – chcą z nami rozmawiać? To, co zawsze w podobnych sytuacjach : należy uśmiechać się, przytakiwać na wszystko i błagać siły wyższe, aby rozmówca broń boże nie używał zdań pytających.

Może w końcu wrośniemy w lokalną dziwnomowę i nieodwracalnie okaleczymy swój angielski do tego stopnia, że w trakcie kolejnych podróży już nikt nie będzie miał bladego pojęcia, o co nam chodzi. Będzie to oznaczało, że osiągnęliśmy pełny sukces – opanowaliśmy język obcy na poziomie „native speaker”.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (8/12).

13 komentarzy

  • Norbert
    03/10/2012 at 08:37

    To jest to! To samo mi się przydarzyło w USA, cwaniak myślałem sobie, że podbiję całą Hamerykę swoją angielszczyzną. Ale jeden „security” nauczył mnie niechcący pokory. Zacząłem ponownie zwracać uwagę na znaki i tablice informacyjne… ;-)
    I druga rzecz, ciężko się zdecydować, na jakiego „native speakera” się zdecydować…

    Reply
    • Darek
      03/10/2012 at 08:52

      (Darek) Moim faworytem jest brytyjski angielski. Chociaż nie, w ubiegłym roku mieliśmy gościa z Kolorado, który mówił chyba najładniejszą i najbardziej zrozumiałą angielszczyzną, jaką słyszałem. Z kolei najdziwniejszego dialektu używa się w RPA – to jak szkocki, jamajski i niemiecki akcent w jednym :D

      Reply
  • Agata
    29/12/2015 at 08:14

    Haha, uśmiałam się czytając ten tekst ;d Identyczne wrażenia mamy z mężem po przyjeździe do Nowej Zelandii. Czasami w pracy trzy razy proszę, żeby ktoś powtórzył to co mówił, po czym, gdy w końcu powie mi to w slow motion okazuje się, że pytał jak mi minął wolny dzień… Także podstawowe konwersacje stają się czasem drogą przez mękę, pozostaje wyłapywanie słów-kluczy, dzięki którym można mniej więcej skumać, co kto ma na myśli;d

    CHEERS!;)

    Reply
  • Dee
    29/12/2015 at 09:40

    Mieszkam w UK od 17 lat i ciągle mi się zdarza nie zrozumieć. Najlepszy jest cockey, nie dość, że skracają, to jeszcze musi się rymować. Kilkakrotnie też widziałam rozmowę dwóch Angoli z różnych stron UK, którzy nie rozumieli siebie nawzajem. Ausi w Anglii są często spotykani i faktycznie kilka minut zajmuje zanim się ich zrozumie.

    Reply
    • Przedeptane
      04/01/2016 at 16:21

      Kolega pojechał za pracą do Belfastu i zajęło mu kilka miesięcy, zanim zaczął rozumieć miejscową odmianę angielskiego – a jak w końcu zrozumiał, to przeniósł się do Londynu, gdzie znowu nikt się nie mógł połapać w jego nowo nabytym irlandzkim akcencie :)

      Reply
  • Asia/ Lisy w drodze
    29/12/2015 at 09:50

    Tak, w kontakcie z native speakerem człowiek łapie jakiegoś bloka.. ale widać po opisach, że nie jest odosobniony w odczuciach a gdy do tego dojdzie sytuacja jak ta z niemożliwością dogadania się Amerykanki z Australijczykiem to właściwie może się czuć całkiem komfortowo:)

    Reply
    • Przedeptane
      04/01/2016 at 16:22

      Dokładnie – chyba każdy ma lekką blokadę przy rozmowie z native speakerem, już o wiele łatwiej jest rozmawiać z inną osobą, która też uczy się danego języka…

      Reply
  • Natalia I Zapiski ze świata
    30/12/2015 at 00:50

    No tak, trafiłam ostatnio w Grecji na australijskiego przewodnika (mistrzowska sytuacja) i faktycznie, bardzo trudno było go zrozumieć, gdy mówił „swoim” tempem. Ale każdego native’a na początku ciężko zrozumieć, trzeba się chwilę osłuchać i jest ok!

    Reply
    • Przedeptane
      04/01/2016 at 16:25

      Dokładnie. Każdy ma inne podejście i talent językowy, ale każda bariera w końcu znika – najważniejsze to przeć do przodu i nie zważać na drobne błędy :)

      Reply
  • Osmól
    30/12/2015 at 21:09

    Pamiętam, jak będąc w Turcji odezwałem się do pewnego Australijczyka w pokoju hostelowym. Chłopaczyna rzecz jasna się też odezwał, a ja nie rozumiałem nawet spójników :)
    Zresztą nie od dziś powtarzam, że Brytyjczyków i Australijczyków z tych ich rodzimych wysp przed wypuszczeniem w świat najpierw należy wysyłać na kurs języka angielskiego ;)
    Intensywny kurs, zaliczony egzaminem przed kimś, kto języka uczył się w kraju nieanglojęzycznym!

    Reply
    • Przedeptane
      04/01/2016 at 16:28

      Też myśleliśmy, że nasz angielski jest całkiem-całkiem, dopóki nie wybraliśmy się na weekend do Dublina :) Ale to i tak pikuś – podobno najtrudniejszy akcent mają native speakerzy z RPA :)

      Reply
  • Dawno, dawno temu wysiadłem z autokaru na 42nd Street na Manhatanie i poszedłem do kasy kupić bilet autobusowy. Kolejka jak diabli, więc zapytałem jednego prawie dwu metrowego faceta, czy aby dobrze stoję. Niby myślałem, że znałem angielski, lecz jego nowojorski akcent powalił mnie na łopatki. Nic nie zrozumiałem, ani słowa.
    Całe szczęście pani w okienku była chyba „nietutejsza” bo jej angielski był w 100% zrozumiały :)
    Australii nie było mi jeszcze dane zwiedzać, ale pewnie będzie zabawnie :)

    Reply
    • Przedeptane
      04/01/2016 at 16:33

      Najgorzej jest w dużych miastach, gdzie na jednej ulicy można trafić na całą gamę akcentów – a tu NY chyba będzie w czołówce :) Podczas pierwszych wyjazdów do Londynu najbardziej walczyliśmy w sklepach – ekspedienci pytali z różnymi akcentami „Do you need a bag?”, a my stoimy i rozmyślamy, po co nam „bug” albo „bike” :)

      Reply

Dodaj komentarz