torbacze Archives - przedeptane /tag/torbacze/ Jedzoki w świat Mon, 04 May 2020 00:10:34 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/ /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/#comments Wed, 22 Apr 2020 09:37:40 +0000 /?p=3307 Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych. Wielka przemiana niewielkiej wyspy Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki. Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje […]

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych.

Wielka przemiana niewielkiej wyspy

Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki.

Klify Bruny Island

Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje wielkim metropoliom – na małomiasteczkowy klimat i stary, dobry, święty spokój. W wodach mariny kołyszą się nowoczesne i historyczne jachty niczym wspomnienie rybackiej i żeglarskiej historii miasta; wyżej, w ulicach, roi się od kafejek, sklepików i pubów, w których zbiera się kwiat miejscowej i przyjezdnej hipsterki oraz miłośnicy przygód wracający z tasmańskiej dziczy.

Obok tajskiego bistro oferującego tofukurczaka stoi butik z drewnianą biżuterią lokalnych artystów, w budynku gregoriańskiego hotelu znajduje się sklep z odzieżą outdoorową, w ogródku baru z dwudziestoma gatunkami piwa rzemieślniczego można usiąść na ławce lub w retro autobusie stojącym na trawniku. Na tablicy przy wjeździe do miasta znajduje się napis „Uchodźcy mile widziani”, na szybach barów i hosteli wiszą tabliczki „LGBT+ friendly”, podczas naszego pobytu przez główną ulicę przechodziła manifestacja w obronie praw Aborygenów. Ten klimat otwartości i tolerancji jest tym bardziej zaskakujący, gdy weźmiemy pod uwagę czarne karty tasmańskiej historii.

Protest uliczny przeciwko Australia Day, który obecnie przypada na rocznicę wylądowania Jamesa Cooka

Niedaleko Hobart przejeżdżaliśmy przez miasteczko, którego główną atrakcją był kościół zbudowany przez skazańców i dla skazańców. Architekt zaprojektował w budynku tylko jedne drzwi, aby członkowie zboru nie rozpierzchli się po okolicznym buszu. Było to jednak działanie trochę na wyrost, ponieważ tasmański busz był wtedy miejscem dla największych twardzieli – jeżeli nie dopadli Cię zbóje lub legendarnie wprost kapryśna pogoda, w nocy mogłeś się obudzić z diabłem tasmańskim wgryzionym w łydkę. A diabły nie lubią zostawiać resztek. Gdy dopadły kogoś wystarczająco osłabionego, po latach znajdowano tylko podeszwę lub pasek od spodni.

Diabeł tasmański

Potencjalnych uciekinierów odstraszała też wizja spotkania Aborygenów, którzy już dawno porzucili pokojowe nastawienie, z jakim witali pierwszych białych gości. To właśnie Tasmania jest najstarszą australijską kolonią i pierwszym miejscem starcia z aborygeńską ludnością, która nie wytrzymała zbyt długo kontaktu z zachodnią cywilizacją. Brytyjczycy przyszli, przepędzili miejscowych na najbardziej niegościnne tereny i zjedli wszystkie emu (ostatni tasmański nielot upiekł się w latach 50. XIX wieku), w zamian oferując tubylcom bogatą ofertę europejskich chorób zakaźnych, które kosiły całe wioski jak żyto. Ostatnia miejscowa Aborygenka czystej krwi zmarła w Hobart w 1876 roku, czyli niecałych 100 lat od momentu, kiedy kapitan Cook podał rękę pierwszemu z jej przodków. A i potem nie było lepiej, bo po rozprawieniu się z tubylcami Tasmańczycy wzięli się za innych bliźnich. Przez dużą część XX wieku Tasmania nazywana była „wyspą bigotów” – homoseksualizm był na niej nielegalny aż do 1997 roku.

Po zniesieniu kontrowersyjnego prawa wyspa nie tylko zrównała krok, ale wkrótce też wyprzedziła pozostałe stany. Wyspa skazańców stała się oazą tolerancji i nie boi się stawiać na nowe trendy. W ten sposób zwieńczono proces zmiany marki, który rozpoczął się już w pierwszej połowie XIX wieku. Wyspa porzuciła wtedy starszą nazwę „Ziemi Van Diemena”, kojarzącą się głównie ze skazańcami, zarośniętymi bandytami, alkoholizmem i kazirodztwem.

Piekarska samoobsługa

Chwostka szafirowa

Jednym z wyznaczników tej cichej tasmańskiej rewolucji jest MONA, Muzeum Starej i Nowej Sztuki, stworzone przez tasmańskiego milionera i kolekcjonera sztuki, Davida Walsha. Do muzeum można dopłynąć bezpośrednio z mariny ekspresowymi promami, które z zewnątrz ozdobione są charakterystycznym wzorem moro, a w środku – muralami i graffiti. Kolekcje znajdują się w rozległych, kilkupiętrowych pieczarach wykutych w podziemnej skale i obejmują szeroki zakres dzieł od czasów starożytnych do nowoczesności, od egipskich sarkofagów po interaktywne instalacje i poszerzoną rzeczywistość. Ta eklektyczna mieszanka wątków i tematów, kreatywności i wisielczego humoru sprawiła, że instytucja nazywana jest czasem „wywrotowym Disneylandem dla dorosłych”. Jednym z eksponatów jest na przykład żywy człowiek, który nosi obraz wytatuowany na swoich plecach i spędza w muzeum kilka miesięcy rocznie, siedząc na piedestale w blasku reflektorów. Prawdę powiedziawszy, podziwiam odwagę tych, którzy przyprowadzili do MONA swoje dzieci lub starszyznę rodu. Droga powrotna musiała być wypełniona pytaniami lub żenującą ciszą. Chyba właśnie o to chodziło Walshowi, który w oryginalny sposób podszedł nie tylko do wystawienia swojej kolekcji, ale też do finansowania całej instytucji. Podczas gdy wszyscy Tasmańczycy mogą odwiedzać zbiory za darmo, MONA wprowadziła poszerzony pakiet daleko wykraczający poza płatne, dożywotnie członkostwo. Za – bagatela – 75 tysięcy dolarów można wykupić pakiet „wiecznego członkostwa”, który obejmuje nie tylko wstęp na wszystkie wystawy i koncerty za życia, ale – po jego zakończeniu – także kremację i wystawienie prochów w urnie zaprojektowanej przez znaną artystkę/taksydermistkę Julię deVille. No umierać, nie żyć.

Ale jeszcze nie teraz. Na razie trochę pożyjmy i pozwiedzajmy, zwłaszcza, że Hobart jest świetnym punktem wypadowym do eksploracji wyspy.

Puszcze, raki i kopalnie

Z głównego miasta można wyruszyć w kilkudniową podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża ( mogliście ją z nami odbyć kilka lat temu w poprzednim artykule dla Zwrotu). Na południu znajduje się z kolei podwójna wyspa Bruny Island oferująca nie tylko esencję tasmańskiej fauny i flory, ale też lokalną populację walabii-albinosów. Nie wiecie, co to walabia? Już wyjaśniam. Otóż Europejczyk nazwałby ją pewnie kangurem, jednak mieszkańcy Antypodów – niczym Eskimosi rozróżniający rzekomo kilkanaście gatunków śniegu – mają dla torbaczy z podrzędu kangurokształtnych całą skalę określeń. Największe, muskularne i szczupłe są prawdziwe kangury; mniejsze, puchate i zdecydowanie częściej spotykane są walabie; na Tasmanii można się spotkać też z pademelonami osiągającymi rozmiary kota, oraz jeszcze mniejszymi bettongami, zwanymi po polsku kanguroszczurnikami. A to zaledwie jedna część miejscowych zwierząt. Czym głębiej w las, tym robi się ciekawiej. W strumykach i rzekach żyją dziobaki prawie trzykrotnie większe od kontynentalnych, w trakcie podróży często spotykaliśmy kolczatki poszukujące przekąsek w przydrożnych liściach. Na Tasmanię nigdy nie dotarły koale, jednak jest ona świetnym miejscem do obserwacji wombatów, a także torbaczy drapieżnych, które praktycznie wcale nie występują na kontynencie.

End of the Road. Dalej się nie da.

Podróż po zachodniej Tasmanii możemy rozpocząć w Cockle Creek, najbardziej wysuniętym na południe miejscem w całej Australii, do którego można dotrzeć samochodem. Stojąc na skalistym wybrzeżu znowu przypominamy sobie o tym, że z Tasmanii bliżej jest na Antarktydę, niż na tropikalną północ kontynentu – z Hobart ruszają loty na stacje polarne, w miejscowym ogrodzie botanicznym znajduje się dział flory antarktycznej. Sama Tasmania porośnięta jest krewniakami roślin porastających szczątki południowego superkontynentu Gondwany, który 180 milionów lat temu rozpadł się na Australię, Nową Zelandię, Antarktydę, Afrykę i Amerykę Południową. W chłodnych, wilgotnych lasach Tasmanii rosną bukany, czyli odpowiedniki buków z północnej półkuli. Drzewa te, które jako jedyne w Australii zrzucają liście na zimę, rosły jeszcze 3 miliony lat temu także na Antarktydzie, zanim ostatecznie nie skuł jej lód.

Arktyczna roślinność w ogrodzie botanicznym w Hobart

Ruszając na północ natykamy się na rzekę Huon, która dała nazwę kolejnemu tasmańskiemu endemitowi – sośnie Huon słynącej nie tylko z pięknego, szlachetnego drewna, ale też swojej długowieczności. Niektóre tasmańskie okazy mają aż 3000 lat i uznawane są za jedne z najstarszych żywych organizmów na ziemi. Inne miejscowe drzewa, eukaliptusy, walczą z kolei o miano najwyższych. Kilkanaście z nich dorasta do 90 metrów, a najwyższy – Centurion – przekroczył magiczną granicę 100 metrów, co zapewniło mu pozycję trzeciego najwyższego drzewa na świecie. Niemniej interesujące są niższe piętra tasmańskich lasów. W mrocznym półświatku mchów i zimnych strumieni świetnie powodzi się paprociom drzewiastym, których pnie i monstrualne wachlarze przypominają bardziej tropikalne palmy, niż paprotki z europejskich lasów. Pod ziemią, wplecione w korzenie drzew rosną trufle, jedno z kulinarnych bogactw Tasmanii. W błotnistych brzegach rzek ukrywają się z kolei gigantyczne tasmańskie raki, największe słodkowodne bezkręgowce świata, których najstarsze osobniki – a raki te mogą żyć do 60 lat – osiągają aż 80 centymetrów długości i 6 kilo wagi.

Walabia

Ausralijski sromotnik Aseroë rubra

Kolczatka

W pobliskim parku narodowym Hartz Mountains krajobraz ulega dramatycznej przemianie. Wraz z rosnącą wysokością nad poziomem morza gęste, wilgotne lasy ustępują miejsca niskiej, alpejskiej roślinności. W najwyższych partiach gołe skały otaczają niecki z mokradłami i jeziorami polodowcowymi, a karłowate drzewa i krzewy wzbijają się wyżej tylko w lecie, zanim ich kwiatów nie zerwą zimowe wichury i zamiecie śnieżne.

Alpejskie krajobrazy Hartz Mountains National Park

Połacie lasów w tak zwanej Tasmańskiej Dziczy na zachodzie wyspy przerwane są tu i tam głębokimi bliznami po wygasłym przemyśle wydobywczym, który w swoim czasie ściągał tutaj rzesze ludzi z całego świata. Dzisiaj na terenach zamkniętych kopalń złota, srebra czy miedzi pozostały tylko senne miasteczka, które starają się przekuć okruchy dziewiętnastowiecznej sławy na turystyczny potencjał. I całkiem nieźle im to wychodzi. W jednym z nich, Zeehan, spędzamy kilka godzin na zwiedzaniu jednego z najciekawszych muzeów, jakie przyszło nam zobaczyć. Centrum Dziedzictwa Zachodniego Wybrzeża to dosłownie miasto w mieście, surrealistyczny kompleks obejmujący kilka dziewiętnastowiecznych budynków, często z kompletnym wyposażeniem. Oprócz standardowych zbiorów dokumentujących życie górników, farmerów, czy lekarzy na terenie Centrum znajduje się też replika kopalni, zbiór lokomotyw, posterunek policji z celami dla aresztantów, loża masońska, a nawet cały teatr, włącznie ze starą salą bilardową, kasami biletowymi i plakatami filmów niemych.

Tunele opuszczonych kopalni

Zdjęcia w muzeum przedstawiały też walkę miejscowych z regularnie powracającym żywiołem ognia. Podczas podróży przez interior wyspy przejeżdżaliśmy kilka razy przez obszary zniszczone przez pożary buszu, z ulgą zauważając powracające życie. Między sczerniałymi pniami powalonych gigantów przeżyły niższe drzewa, które już nieśmiało zazieleniały się świeżymi pędami. W nadmorskich lasach zwęglona kora łuszczyła się pod naporem deszczu, spływała w strumieniach do podnóża wzgórz, a osadzając się, barwiła piasek plaż na kolor smoły.

Busz po pożarze

Na cieszyńskim orzechu

Po dotarciu na północ wyspy otworzył się przed nami całkowicie odmienny pejzaż. Lasy ustąpiły miejsca farmom i sadom, w których królują europejskie owoce i warzywa, czyli produkty uważane w warunkach suchej i gorącej Australii za prawie egzotyczne. Tasmania znana jest też ze znakomitych miodów eukaliptusowych, przetworów i cydrów.

The Nut i miasteczko Stanley

W końcu dotarliśmy do jednej z najciekawszych destynacji tasmańskiej północy. Rybackie miasteczko Stanley kurczy się u podnóża wulkanicznej skały zwanej przez miejscowych The Nut, czyli Orzechem. Stanley, które było niegdyś bazą wypadową dla wypraw wielorybniczych, jest obecnie Mekką wędkarzy i miłośników morskiej fauny. Wybrzeże usiane jest koloniami uchatek, kormoranów i niebieskich pingwinów małych; w samym porcie rzuciłem niecenzuralnym słowem, gdy pod moimi stopami z wody wyłoniła się ponad dwumetrowa płaszczka.

Widok z The Nut

Paprocie drzewiaste

Na The Nut można wyjść pieszo lub wyjechać kolejką, podziwiając po drodze spektakularne widoki na plaże i morze Cieśniny Bassa. Wody tej cieśniny słyną ze swojej nieprzewidywalności, gwałtownych sztormów i 15-metrowych fal, co sprawia, że wybrzeża północnej Tasmanii i południowej Wiktorii usiane są setkami wraków. Tego dnia jednak cała ta paleta zieleni i błękitów bardziej przypominała pocztówkę z Karaibów, niż cmentarzysko statków.

Weszliśmy na płaski szczyt wzgórza. Prawie w całości pokrywają go łąki, na których wszechobecne muchy uciekają przed stadami ważek, w eukaliptusowych zagajnikach na południowym stoku mieszkają z kolei płoche walabie. Cała skała o wysokości 152 metrów jest tak zwanym nekiem wulkanicznym, czyli korkiem wypełniającym krater nieistniejącego już wulkanu sprzed 16 milionów lat. Nasze śląskie serca rozgrzało trochę odkrycie, że ten tasmański Orzech jest w całości zbudowany nie z byle jakiej skały magmowej, a… z cieszynitu, który po raz pierwszy został opisany w Cieszynie, jednak oprócz pogranicza Czech i Polski występuje też w Szkocji i właśnie w Australii.

Tak więc stało się, znaleźliśmy wspomnienie rodzinnych stron nawet tutaj, na wpół drogi między Australią, a Antarktydą. Przed ojczyzną nie uciekniesz.


Migawki z podróży, które umieszczaliśmy na Instagram Stories, możesz obejrzeć TUTAJ.

Mapka wyprawy:

O poprzedniej wyprawie możesz przeczytać we wpisach Tasmania. Wschodnie wybrzeże czarciej wyspy oraz Cradle Mountain. Chłodne serce wyspy.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 2/2020.

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/feed/ 11
Nie każdy kangur jest kangurem /2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/ /2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/#respond Tue, 04 Feb 2020 10:04:06 +0000 /?p=3309 … czyli krótki przegląd australijskiej fauny kicającej. Był taki brodaty dowcip: „Czym się różni krokodyl?” (odpowiedź: „Jest dłuższy niż zielony.” Badum tss). Okazuje się, że w przypadku kangurów podobne pytanie wcale nie jest tak głupie, ponieważ pod tą potoczną nazwą kryje się cała skala zwierząt z podrzędu kangurokształtnych. O ile Australijczycy całkiem dobrze je rozróżniają, Europejczykom wychodzi to już nieco gorzej, postanowiliśmy więc przynieść też nad Wisłę oświaty kaganiec i wyjaśnić, jaka jest różnica między poszczególnymi rodzajami tych zwierząt. Cały podrząd kangurokształtnych dzieli się na trzy rodziny: kangurowate, kanguroszczurowate i torebnikowate. I tu zaczynają się schody, ponieważ te trzy rodziny dzielą się na wiele podrodzin i rodzajów zwierząt zamieszkujących nie tylko kontynentalną Australię, ale też Tasmanię, a nawet Nową Gwineę (na Nowej Zelandii występują wyłącznie jako gatunki inwazyjne sprowadzone przez ludzi). Dla ułatwienia orientacji stworzyliśmy […]

The post Nie każdy kangur jest kangurem appeared first on przedeptane.

]]>
… czyli krótki przegląd australijskiej fauny kicającej.

Był taki brodaty dowcip: „Czym się różni krokodyl?” (odpowiedź: „Jest dłuższy niż zielony.” Badum tss). Okazuje się, że w przypadku kangurów podobne pytanie wcale nie jest tak głupie, ponieważ pod tą potoczną nazwą kryje się cała skala zwierząt z podrzędu kangurokształtnych. O ile Australijczycy całkiem dobrze je rozróżniają, Europejczykom wychodzi to już nieco gorzej, postanowiliśmy więc przynieść też nad Wisłę oświaty kaganiec i wyjaśnić, jaka jest różnica między poszczególnymi rodzajami tych zwierząt.

Cały podrząd kangurokształtnych dzieli się na trzy rodziny: kangurowate, kanguroszczurowate i torebnikowate. I tu zaczynają się schody, ponieważ te trzy rodziny dzielą się na wiele podrodzin i rodzajów zwierząt zamieszkujących nie tylko kontynentalną Australię, ale też Tasmanię, a nawet Nową Gwineę (na Nowej Zelandii występują wyłącznie jako gatunki inwazyjne sprowadzone przez ludzi).

Dla ułatwienia orientacji stworzyliśmy poniższą tabelkę całego podrzędu:

kangur, walabia, quokka, zwierzęta, torbacze

Troszku to skomplikowane, prawda? Już wyjaśniamy.

Kangurowate

Jak widzicie, pierwsza, największa rodzina (czyli kangurowate) dzieli się na podrodzinę kangurów i filanderków, a podrodzina kangurów dzieli się z kolei na dziesięć kolejnych rodzajów. Jednym z nich są właśnie prawdziwe kangury – i tylko je Australijczycy nazywają „kangaroos” czy „roos”.

Wyróżniają się one smukłą, muskularną budową i krótszą sierścią, a w odróżnieniu od mniejszych kuzynów preferują otwarte przestrzenie. Do tej rodziny należą największe żyjące torbacze – kangury rude mogą mieć aż 2 metry od nosa do czubka ogona. Od mniejszych torbaczy różnią się też szybkością poruszania się oraz zdolnością do wykonywania ogromnych skoków.

Podręcznikowy kangur wygląda o tak:

kangur, torbacz, Australia

Kangury zamieszkują praktycznie całą Australię i to właśnie one najczęściej występują na australijskich logotypach, ilustracjach i pocztówkach. W rzeczywistości niełatwo je spotkać w pobliżu dużych miast (my natknęliśmy się na nie tylko w jednym z miejskich parków w Perth) – o wiele liczniejsze są na rzadziej zamieszkanych terenach, najczęściej na obszarach uprawy bydła, gdzie korzystają z wybudowanych wodopojów.

Ich bliskimi krewnymi są walabie. Dzięki swoim niewielkim rozmiarom lepiej sobie radzą w pobliżu ludzkich siedzib, wiele razy spotykaliśmy je podczas spacerów po buszu na obrzeżach Sydney, Cairns czy Hobart. Australijczycy nazywają walabiami także kolejne dwa rodzaje kangurokształtnych – skalniaki i pazurogony. Walabie generalnie preferują bardziej zarośnięte tereny, poruszają się wolniej i mniejszymi skokami. Wszystkie różnią się też od „prawdziwych” kangurów drobniejszą budową i gęstszym futrem, które ułatwia im przeżycie także w chłodnych klimatach. Ta kombinacja cech – kompaktowe rozmiary, odporność na zimno i prosta dieta – sprawia, że całkiem dobrze powodzi się im także w Europie, gdzie walabie uciekające z ZOO lub prywatnych hodowli stworzyły już kilka dziko żyjących populacji. A jak wygląda walabia? Poniżej przykładowy okaz z przychówkiem.

walabia torbacz Australia

Swoistą miniaturką kangura jest pademelon, drobny torbacz hojnie występujący zwłaszcza na Tasmanii, ale spotykany też w Nowej Południowej Walii, w Queensland i na Nowej Gwinei. Pademelony to niepozorne zwierzęta, które – podobnie jak walabie – nie stronią zbytnio od ludzi i zwłaszcza w okolicach świtu lub zmierzchu lubią myszkować w pobliżu ich siedzib. Podczas podróży po Tasmanii praktycznie na każdym campingu czy polu namiotowym mieliśmy lokalnego, przydziałowego pademelona lub walabię.

Generalnie pademelony są jeszcze mniejsze i bardziej krępe od walabii, mają krótsze ogony i uszy, przez co ich pyszczki nabierają nieco gryzoniowatego charakteru. Patrz poniższe zdjęcie przedstawiające tasmańskiego pademelona.

pademelon torbacz Tasmania Australia

W dużym uproszczeniu można więc powiedzieć, że dla Australijczyka duże kangurowate zwierzę to kangur, a małe – walabia lub pademelon.

Bardzo ciekawym rodzajem są mało znane drzewiaki, czyli kangury nadrzewne (tree kangaroos). Występują one wyłącznie w lasach deszczowych północnego Queensland i Nowej Gwinei. Niestety w ostatnim czasie bardzo źle znoszą zmiany klimatyczne, o czym pisaliśmy w poniższym tekście na Facebooku:

Jednym z symboli Zachodniej Australii są z kolei quokki. Te malutkie torbacze występowały dawniej na całym zachodnim wybrzeżu, jednak stopniowo zostały wyparte przez ludzi (i ich koty), także obecnie spotkać je można tylko na kilku wyspach w okolicach Perth, a przede wszystkim na przepięknej Rottnest Island, gdzie osiągnęły status turystycznych celebrytów.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Przedeptane (@przedeptane) on

Pozostałymi rodzajami należącymi do tej rodziny są tzw. kangury zajęcokształtne, czyli filandry oraz kangurniki i kangurowce występujące wyłącznie na Nowej Gwinei. Osobną podrodziną są filanderki.

Kanguroszczurowate

Jeżeli jeszcze nie zrobiło Wam się słabo od całej tej systematyki, to jedziemy dalej.

Przedstawiciele rodziny kanguroszczurowatych nadal przypominają walabie czy bettongi, jednak są od nich jeszcze mniejsze – osiągają maksymalnie rozmiary zająca, częściej jednak są niewiele większe od szczura. Te niegdyś liczne zwierzęta pełniły ważną rolę w wielu australijskich ekosystemach, jednak w XIX i XX wieku zostały praktycznie całkowicie wytępione na australijskim kontynencie – ich niewielkie, zagrożone populacje przeżywają na wyspach. Należą tutaj potoroo (kanguroszczury) oraz bettongi (kanguroszczurniki, na zdjęciu poniżej).

bettong kanguroszczurnik

Torebnikowate

Jedynym żyjącym przedstawicielem trzeciej i ostatniej rodziny kangurokształtnych jest torebnik piżmowy (musky rat-kangaroo), drobny torbacz zamieszkujący lasy deszczowe północnego Queensland.

Torebnik pizmowy torbacz Queensland

Jak może zauważyliście, torbacze skwapliwie skorzystały z tego, że dzięki kilkudziesięciu milionom lat izolacji do Australii nie dotarły duże ssaki łożyskowe. Kangury i walabie pełnią w lokalnych ekosystemach podobną rolę, jak antylopy w Afryce czy sarny w Europie, podczas gdy pademelony i mniejsze gatunki przypominają swoim zachowaniem i dietą gryzonie lub zajęczaki. Oczywiście kangurokształtne tworzą zaledwie część australijskiej fauny workowatej – pozostałe torbacze opanowały praktycznie wszystkie nisze ekologiczne wypełnione na innych kontynentach przez łożyskowce. Można tu spotkać torbacze żyjące pod ziemią, spędzające całe życie przekopując się przez pustynny piasek lub przelatujące z drzewa na drzewo lotem ślizgowym; w Australii żyją torbacze mrówkożerne, drapieżne, a nawet padlinożerne.

O nich jednak napiszemy innym razem.

zdjęcia: archiwum Przedeptane + WikiCommons (bettong, torebnik)

The post Nie każdy kangur jest kangurem appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/nie-kazdy-kangur-jest-kangurem/feed/ 0
Wielkanoc w Australii. Bilby wielkouch kontra zajączek. /2016/australia-wielkanoc-bilby/ /2016/australia-wielkanoc-bilby/#comments Mon, 21 Mar 2016 06:55:32 +0000 /?p=1844 Od ponad 150 lat trwa walka między europejskimi królikami a australijskim wielkouchem. Czy bitwa na czekoladowym froncie ostatecznie rozstrzygnie sprawę? Króliki były sprowadzane do Australii już od samego początku angielskiej kolonizacji, jednak prawdziwa epidemia rozpoczęła się w 1858 roku, kiedy to w stanie Victoria wypuszczono na wolność 24 pary. Ku powszechnemu zaskoczeniu króliki rozmnażały się jak króliki i w latach 20. XX wieku na terenie Australii żyło ich już około 10 miliardów. Plaga królików. Zdjęcie: Wikimedia Commons Europejska inwazja Granica króliczego imperium przesuwała się o 130 kilometrów rocznie – naoczni świadkowie mówią, że czasami masa ciał pokrywała cały krajobraz jak rozległy, futrzasty ocean. Gdy nie pomagały ogrodzenia, odstrzał ani trucie, słynny Louis Pasteur zaproponował użycie broni biologicznej. Pomysł był trafem w dziesiątkę – od tego czasu nowo wprowadzone choroby kilka razy dziesiątkowały populację królików. Niestety dla wielu rodzimych gatunków było już za późno. Roślinożercy padali z głodu, a zwierzęta żyjące […]

The post Wielkanoc w Australii. Bilby wielkouch kontra zajączek. appeared first on przedeptane.

]]>
Od ponad 150 lat trwa walka między europejskimi królikami a australijskim wielkouchem. Czy bitwa na czekoladowym froncie ostatecznie rozstrzygnie sprawę?

Króliki były sprowadzane do Australii już od samego początku angielskiej kolonizacji, jednak prawdziwa epidemia rozpoczęła się w 1858 roku, kiedy to w stanie Victoria wypuszczono na wolność 24 pary. Ku powszechnemu zaskoczeniu króliki rozmnażały się jak króliki i w latach 20. XX wieku na terenie Australii żyło ich już około 10 miliardów.

króliki Australia

Plaga królików. Zdjęcie: Wikimedia Commons

Europejska inwazja

Granica króliczego imperium przesuwała się o 130 kilometrów rocznie – naoczni świadkowie mówią, że czasami masa ciał pokrywała cały krajobraz jak rozległy, futrzasty ocean. Gdy nie pomagały ogrodzenia, odstrzał ani trucie, słynny Louis Pasteur zaproponował użycie broni biologicznej. Pomysł był trafem w dziesiątkę – od tego czasu nowo wprowadzone choroby kilka razy dziesiątkowały populację królików.

Niestety dla wielu rodzimych gatunków było już za późno. Roślinożercy padali z głodu, a zwierzęta żyjące w norach traciły schronienie. Jednym z takich poszkodowanych był właśnie wielkouch, czyli bilby.

Macrotis lagotis Wielkouch króliczy bilby

Rycina przedstawiająca wielkoucha, rok 1863. Zdjęcie: CC wikimedia commons

Od milionera prawie do zera

Pierwotnie istniały dwa gatunki tych pustynnych torbaczy. Jeden – wielkouch mniejszy – niestety nie wytrzymał presji i w połowie XX wieku mu się wymarło. Przetrwał jego krewny, wielkouch króliczy, który jednak do dzisiaj figuruje na liście zagrożonych gatunków. Z wielomilionowego pogłowia przeżyło zaledwie 1500 osobników.

Nic więc dziwnego, że wielu Australijczykom coraz mniej podobał się symbol królika wielkanocnego (który u Anglosasów zastępuje naszego zajączka). Przecież symbolem życia i odrodzenia nie może być europejski najeźdźca i szkodnik pustoszący lokalną przyrodę – trzeba było znaleźć godnego, australijskiego następcę. Problem pomogła rozwiązać dziewięcioletnia dziewczynka.

Mała Rose-Marie Dusting napisała w 1968 roku krótką historyjkę o wielkanocnym bilby, a w 11 lat później wydała ją w postaci książki. Wielkouch zaczął podbijać serca Australijczyków, a temat szybko podchwyciły organizacje ekologiczne. I tak oto narodził się bilby wielkanocny.

Bilby wielkouch - Wielkanoc w Australii

zdjęcie: Howard Hughes © Australian Museum

Nowy symbol Wielkanocy

Wielkouch zaczął wypierać europejskiego rywala z programów telewizyjnych, książek i kartek świątecznych, przejął też dystrybucję czekoladowych jajek. Zyski ze sprzedaży często zasilają konta organizacji zwalczających króliki lub budujących dla rodzimej fauny bezpieczne, ogrodzone strefy, w których udało się wytępić europejskie drapieżniki – koty i lisy. Bilby wygrywa dzięki czekoladzie.

Jeżeli więc znajdziesz się kiedyś do Australii w okolicach Wielkanocy, to nie zdziw się, gdy zobaczysz w sklepie dziwne, zającopodobne figurki. Kupuj i wcinaj. Pójdzie w tyłek, ale też na ratunek pewnego niezwykle interesującego zwierza.

czekoladowy bilby wielkouch

zdjęcie: Haigh’s Chocolates, źródło dla tekstu: NPR, zdjęcie w nagłówku: AAP/Wild Life

Ciekawe? Rzuć okiem na nasz wpis o australijskim Bożym Narodzeniu – tam to dopiero jest egzotyka! Jeżeli interesuje Cię fauna z Antypodów, to zapraszamy też do tekstu o najciekawszych australijskich ptakach.

The post Wielkanoc w Australii. Bilby wielkouch kontra zajączek. appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/australia-wielkanoc-bilby/feed/ 10
Kangur obejmuje umierającą samicę. Żałoba czy ostatni seks? /2016/zdjecia-kangura-obejmujacego-umierajaca-samice-zaloba-czy-seks/ /2016/zdjecia-kangura-obejmujacego-umierajaca-samice-zaloba-czy-seks/#comments Thu, 14 Jan 2016 08:07:07 +0000 /?p=1658 Internet obiegła kolejna wzruszająca historia – zdjęcia kangurzej samicy umierającej w towarzystwie samca i młodego kangurzątka. Ale czy to na pewno żałoba? Pierwsze doniesienia prasowe powtórzyły komentarz autora zdjęć, Evana Switzera ze stanu Queensland. “Widziałem samca podnoszącego samicę. Wyglądało na to, że próbuje ją postawić na nogi i zobaczyć, co jej się stało” – powiedział Switzer dziennikarzom z The Daily Mail. “Nie potrafiła już wstać, więc potrącał ją, stał przy niej… To była wyjątkowa chwila, samiec był w żałobie po utracie swojej partnerki. (…) Samiec odganiał od samicy inne kangury, troszczył się o nią.” Fotograf wspominał także o młodym kangurku, który po raz ostatni chciał dotknąć umierającej mamy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie przyszli fachowcy i nie popsuli zabawy. Serwer Mashable poprosił o opinię Dra Marka Eldridga z instytutu badawczego przy Australian Museum, który przedstawił trzeźwą interpretację zachowania uchwyconego na zdjęciach. „Samiec ma […]

The post Kangur obejmuje umierającą samicę. Żałoba czy ostatni seks? appeared first on przedeptane.

]]>
Internet obiegła kolejna wzruszająca historia – zdjęcia kangurzej samicy umierającej w towarzystwie samca i młodego kangurzątka. Ale czy to na pewno żałoba?

Pierwsze doniesienia prasowe powtórzyły komentarz autora zdjęć, Evana Switzera ze stanu Queensland.

“Widziałem samca podnoszącego samicę. Wyglądało na to, że próbuje ją postawić na nogi i zobaczyć, co jej się stało” – powiedział Switzer dziennikarzom z The Daily Mail. “Nie potrafiła już wstać, więc potrącał ją, stał przy niej… To była wyjątkowa chwila, samiec był w żałobie po utracie swojej partnerki. (…) Samiec odganiał od samicy inne kangury, troszczył się o nią.” Fotograf wspominał także o młodym kangurku, który po raz ostatni chciał dotknąć umierającej mamy.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie przyszli fachowcy i nie popsuli zabawy.

Serwer Mashable poprosił o opinię Dra Marka Eldridga z instytutu badawczego przy Australian Museum, który przedstawił trzeźwą interpretację zachowania uchwyconego na zdjęciach.

„Samiec ma bardzo wilgotne przedramiona – kangury liżą je, gdy są przegrzane lub podekscytowane. Wnioskuję, że był podniecony.” – powiedział Eldridge. „Przy bliższej analizie zdjęć można zresztą zauważyć, że samiec ma erekcję. Podejrzewam, że starał się utrzymać samicę w pionie, aby kontynuować zaloty, samce mogą być dosyć agresywne, gdy starają się zmusić samice do godów.”

Oczywiście kangury – jak wszystkie ssaki – nie są bezdusznymi automatami. Po prostu ich grupy rządzą się innymi prawami, a więc powstają też inne relacje niż w skupiskach ludzkich.

„Samice często tworzą wzajemne więzi z innymi samicami, z którymi lubią przebywać i które rozpoznają. Jednak u kangurów olbrzymich (Eastern grey kangaroo) nie występuje społeczna więź między samcem i samicą,” – dodał Eldridge.

Zdjęcie: Evan Switzer, kangur, australijskie zwierzęta

Kangury nie tworzą stałych par. Wprawdzie samce po wypatrzeniu samicy stanowczo przeganiają rywali, ale po kopulacji szybko zaczynają szukać innego celu. W dodatku samce nabuzowane hormonami często atakują i ranią nawet potencjalne partnerki, jeżeli te starają się uniknąć amorów. Inny ekspert, Dr. Derek Spielman, przypuszcza nawet, że to właśnie zbyt gwałtowne zaloty mogły być przyczyną śmierci samicy.

Krótko mówiąc – jakkolwiek cynicznie to brzmi, najbardziej prawdopodobna jest właśnie teoria „ostatniego seksu”.

Badania nad emocjami i inteligencją zwierząt są fascynującym tematem i w ciągu ostatnich lat odkrywamy złożone emocje u coraz to nowych gatunków. Ciekawy zbiór historii zwierząt w żałobie przedstawiła Barbara J. King w książce „How Animals Grieve„. W podobnych przypadkach należy jednak zachować ostrożność, ponieważ nieraz zbyt łatwo ulegamy pokusie antropomorfizacji.

Zawsze należy zwrócić uwagę na to, jak działa społeczność danego gatunku i jakie więzi w niej panują. Zwierzęta żyjące w grupach i tworzące stałe, długoletnie pary tworzą też mocne związki i często boleśnie przeżywają utratę najbliższych – takie zachowania zaobserwowano nie tylko u małp, słoni, ssaków morskich, szczurów, ale też krukowatych, papug czy łabędzi.

W przypadku gatunków o mniej skomplikowanej budowie mózgu lub żyjących samotniczo występowanie takich emocji jest o wiele mniej prawdopodobne, ponieważ takie uczucia są im po prostu… niepotrzebne.

My, ludzie, jesteśmy gatunkiem wybitnie społecznym. Potrzebujemy relacji jak tlenu, żywimy się uczuciami i nie potrafimy bez nich żyć. To jednak nie oznacza, że zwierzęta nie odczuwające całej gamy naszych uczuć są bezduszne albo okrutne. Po prostu mają inną strategię przetrwania – nieraz równie fascynującą jak nasza.

P.S.
Jeżeli chcesz się dowiedzieć więcej o kangurach i ich krewniakach, rzuć okiem na nasz tekst opisujący różnice między kangurem, a na przykład walabią.

Zdjęcia: Ewan Switzer; źródła: The Daily MailMashable

The post Kangur obejmuje umierającą samicę. Żałoba czy ostatni seks? appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/zdjecia-kangura-obejmujacego-umierajaca-samice-zaloba-czy-seks/feed/ 5
Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! /2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/ /2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/#comments Wed, 05 Aug 2015 12:41:02 +0000 /?p=1116 Ku wielkiemu rozczarowaniu ufologów komisja badająca tajemnicze zjawisko stwierdziła, że winowajcami są… zwierzęta na haju. Tasmańskich rolników od lat niepokoiły kręgi pojawiające się w miejscowych uprawach maku. Po zbadaniu sprawy udało się odkryć przyczynę – okazało się, że miejscowe walabie (mniejsi krewni kangurów) przychodzą na pola, by żywić się makówkami zawierającymi liczne alkaloidy wykorzystywane do produkcji leków. „Mamy problem z kangurami” – przyznaje Lara Giddings, Prokurator Generalny Tasmanii – „Przychodzą na pola, ćpają i biegają w kółko”. Jeden z farmerów twierdzi, że walabie wracają regularnie: „Przyjdą, zjedzą kilka maków i znikają. Później wracają, zrobią kilka kółek jak konie na wybiegu. Wygląda to tak, jakby wiedziały, kiedy mają dosyć.” Tasmania jest jednym z największych światowych producentów opium przetwarzanego na kodeinę, morfinę i inne leki. Biznes wart 80 milionów dolarów generuje około 50 procent ogólnoświatowej produkcji legalnego opium. Walabie nie są jedynymi australijskimi zwierzętami, które zasmakowały w używkach. W innych […]

The post Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! appeared first on przedeptane.

]]>
Walabia, Południowa Tasmania

Ku wielkiemu rozczarowaniu ufologów komisja badająca tajemnicze zjawisko stwierdziła, że winowajcami są… zwierzęta na haju.
Tasmańskich rolników od lat niepokoiły kręgi pojawiające się w miejscowych uprawach maku. Po zbadaniu sprawy udało się odkryć przyczynę – okazało się, że miejscowe walabie (mniejsi krewni kangurów) przychodzą na pola, by żywić się makówkami zawierającymi liczne alkaloidy wykorzystywane do produkcji leków.

„Mamy problem z kangurami” – przyznaje Lara Giddings, Prokurator Generalny Tasmanii – „Przychodzą na pola, ćpają i biegają w kółko”. Jeden z farmerów twierdzi, że walabie wracają regularnie: „Przyjdą, zjedzą kilka maków i znikają. Później wracają, zrobią kilka kółek jak konie na wybiegu. Wygląda to tak, jakby wiedziały, kiedy mają dosyć.”

Tasmania jest jednym z największych światowych producentów opium przetwarzanego na kodeinę, morfinę i inne leki. Biznes wart 80 milionów dolarów generuje około 50 procent ogólnoświatowej produkcji legalnego opium.

Kakadu, Sydney

Walabie nie są jedynymi australijskimi zwierzętami, które zasmakowały w używkach. W innych częściach Australii uprawy maku są atakowane przez papugi kakadu – w tym wypadku powiedzenie „dać sobie w czuba” nabiera całkowicie nowego znaczenia.

źródło: Reset.me

The post Tajemnica kręgów na tasmańskich polach wyjaśniona! appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/tajemnica-kregow-na-tasmanskich-polach-wyjasniona/feed/ 11