Sydney Archives - przedeptane /tag/sydney/ Jedzoki w świat Sat, 11 Jul 2020 01:59:26 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby /2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/ /2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/#comments Tue, 11 Feb 2020 10:39:28 +0000 /?p=3228 Jesteś w Sydney, ale masz zbyt mało czasu i energii, by wyruszyć na kilkugodzinnego bushwalka? Oto rozwiązanie. Opisaliśmy już kilka sydnejskich tras, które powodują solidny szczękopad. Szlak Bondi – Coogee oferuje wspaniałe widoki na skaliste wybrzeże, płynąc na Manly można podziwiać z promu najładniejsze zakątki zatoki, spacer z Taronga do Balmoral to ucieczka z miejskiej dżungli do świata zielonego buszu i błękitnych wód.  Czasem jednak trzeba pójść na kompromis, i takim właśnie złotym środkiem jest szlak z Watsons Bay do Hornby, który oferuje po trochu z każdej z powyższych atrakcji. Do Watsons Bay można dopłynąć promem. Jeżeli za punkt startowy wybierzesz Circular Quay, to masz odhaczone dwa obowiązkowe punkty zwiedzania Sydney – przejedziesz się promem i opłyniesz dookoła słynną Operę. A przy trosze szczęścia strzelisz sobie na miejscu selfiaka z lokalnymi pelikanami. Trasa z przystani […]

The post Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby appeared first on przedeptane.

]]>
Jesteś w Sydney, ale masz zbyt mało czasu i energii, by wyruszyć na kilkugodzinnego bushwalka? Oto rozwiązanie.

Opisaliśmy już kilka sydnejskich tras, które powodują solidny szczękopad. Szlak Bondi – Coogee oferuje wspaniałe widoki na skaliste wybrzeże, płynąc na Manly można podziwiać z promu najładniejsze zakątki zatoki, spacer z Taronga do Balmoral to ucieczka z miejskiej dżungli do świata zielonego buszu i błękitnych wód.  Czasem jednak trzeba pójść na kompromis, i takim właśnie złotym środkiem jest szlak z Watsons Bay do Hornby, który oferuje po trochu z każdej z powyższych atrakcji.

Do Watsons Bay można dopłynąć promem. Jeżeli za punkt startowy wybierzesz Circular Quay, to masz odhaczone dwa obowiązkowe punkty zwiedzania Sydney – przejedziesz się promem i opłyniesz dookoła słynną Operę. A przy trosze szczęścia strzelisz sobie na miejscu selfiaka z lokalnymi pelikanami.

Trasa z przystani do latarni jest krótka, przyjemna i różnorodna, można ją przebyć w godzinę. Z miejscowych plaż widać jak na dłoni centrum miasta i ruch wodny w najszerszej części zatoki.

Po wyjściu z Watsons Bay trasa prowadzi przez bardzo urozmaiconą linię wybrzeża – skrawki buszu występują tutaj naprzemiennie ze skalistymi fragmentami, otwartymi polanami i małymi plażami. Tu błyszczą muszle, ówdzie goły pośladek, na tym krótkim odcinku mieszczą się bowiem aż trzy plaże dla nudystów – Camp Cove Beach, Lady Bay Beach i Lady Jane Beach. Camp Cove było prawdopodobnie pierwszym miejscem, na którym postawili stopę Europejczycy, gdy dotarli tutaj w 1788 roku.

W zatoce od czasu do czasu odbywają się wyścigi żaglówek, ale i w pozostałych dniach warto usiąść na chwilę na piasku i podziwiać promy i motorówki przemierzające wody Sydney Harbour.

Główną atrakcją szlaku jest oczywiście latarnia morska Hornby, która znajduje się na cyplu South Head tworzącym południową część cieśniny łączącej sydnejską zatokę z otwartym oceanem. Latarnia powstała w 1858 roku, by ułatwić nawigację na tym trudnym odcinku – w poprzednim roku rozbiły się tutaj bowiem dwa statki i zginęło łącznie ponad 140 osób.

 

W okolicy samej latarni znajduje się kilka ciekawych zabytków – chatka latarnika oraz fundamenty niegdysiejszych punktów obserwacyjnych i obronnych. Powstały one w reakcji na drobną wpadkę wizerunkową australijskiej armii i służb specjalnych, które w 1839 roku zauważyły amerykańskie okręty dopiero w chwili, gdy te wpłynęły już do zatoki. W 1872 roku zainstalowano także armaty – jedną z nich można dzisiaj podziwiać w okolicach Camp Cove.

Ze skał u podnóża latarni widać północną część cieśniny, czyli North Head (skały po prawej) oraz przystań w dzielnicy Manly (środkowa część zdjęcia).

Trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby – przydatne informacje

Czas: 1h 15 min

Odległość: ok. 2.8 km

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, wieczorami i przy gorszej pogodzie kurtka wiatrówka

Koszty: zero

Dodatkowe uwagi: –

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/feed/ 1
Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/ /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/#comments Sun, 11 Nov 2018 10:13:19 +0000 /?p=3201 Dzisiaj wyruszamy na jedną z mniej znanych, a przy tym najprzyjemniejszych tras pieszych w Sydney – szlaku od ZOO w dzielnicy Taronga do plaży Balmoral Beach. Trasa zaczyna się pod dolną bramą ZOO, a więc najłatwiej dotrzeć tam na pokładzie regularnie kursującego promu z Circular Quay. Można tam też dojechać autobusem, ale my zdecydowanie zachęcamy do skorzystania z opcji wodnej – przejażdżka koło Opery chyba nigdy się nie znudzi. Już po kilku minutach spaceru docieramy nad Athol Bay, która oferuje wspaniały widok na centrum miasta i jego ikony – gmach Opery oraz most Harbour Bridge. Wzdłuż całej trasy można na zmianę rozkoszować się takimi zacisznymi zatoczkami… … i coraz szerszym widokiem na Sydney. W drodze do cypla Bradleys Head przechodzimy przez Sydney Harbour National Park. Pojawiają się imponujące paprocie drzewiaste… … a trasa coraz częściej […]

The post Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach appeared first on przedeptane.

]]>
Dzisiaj wyruszamy na jedną z mniej znanych, a przy tym najprzyjemniejszych tras pieszych w Sydney – szlaku od ZOO w dzielnicy Taronga do plaży Balmoral Beach.

Trasa zaczyna się pod dolną bramą ZOO, a więc najłatwiej dotrzeć tam na pokładzie regularnie kursującego promu z Circular Quay. Można tam też dojechać autobusem, ale my zdecydowanie zachęcamy do skorzystania z opcji wodnej – przejażdżka koło Opery chyba nigdy się nie znudzi.

Już po kilku minutach spaceru docieramy nad Athol Bay, która oferuje wspaniały widok na centrum miasta i jego ikony – gmach Opery oraz most Harbour Bridge.

Wzdłuż całej trasy można na zmianę rozkoszować się takimi zacisznymi zatoczkami…

… i coraz szerszym widokiem na Sydney.

W drodze do cypla Bradleys Head przechodzimy przez Sydney Harbour National Park. Pojawiają się imponujące paprocie drzewiaste…

… a trasa coraz częściej wgryza się w gęsty, eukaliptusowy busz.

Plaża Clifton Gardens, ulubione miejsce wypadowe miejscowych.

Także i na tym szlaku można spotkać mnóstwo lokalnej zwierzyny. Na kamieniach wygrzewają się agamy wodne, liście przegrzebują nogale brunatne, na gałęziach siedzą kukabury chichotliwe (oba gatunki mogliście poznać bliżej już wcześniej w naszym tekście o najciekawszych australijskich ptakach). Nie brakuje też pospolitych sydnejskich papug – lorys górskich i kakadu żółtoczubych.

Pod koniec trasy widać jak na dłoni wylot sydnejskiej zatoki na otwarty ocean – północny cypel Manly oraz południowy z zatoką Watsons Bay.

 

Trasa Taronga Zoo / Balmoral Beach – przydatne informacje

Czas: 2-3h

Odległość: ok. 6,5 km (plaże Athom Bay, Clifton Gardens Beach, Balmoral Beach)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu. Na trasie znajduje się kemping z toaletami i wodą, przy Clifton Gardens także restauracje i place zabaw

Buty: dowolne, wygodne

Koszty: mniej niż zero

Dodatkowe uwagi: –

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/feed/ 3
Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/ /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/#comments Tue, 06 Feb 2018 07:00:52 +0000 /?p=2881 „Obowiązkowo”, „musicie tam pójść”. To jedna z tych atrakcji, które wszyscy opisują w superlatywach i może właśnie dlatego, z czystej przekory, odkładaliśmy ją na później. No ale ileż można. W końcu westchnęliśmy, ruszyliśmy zady i… wróciliśmy zauroczeni. Z Coogee do Bondi w jedno popołudnie Trasa przebiega wzdłuż kilku najbardziej popularnych plaż w Sydney. Wyruszyliśmy z Coogee dosyć późno, nasze cienie wydłużały się z każdym krokiem. Po drodze dramatycznie zmieniają się widoki – piaszczyste plaże ustępują skalistym urwiskom, rozległe trawniki kończą się na fantastycznie ukształtowanych kamiennych platformach. Znowu mogliśmy sobie przypomnieć, dlaczego tak bardzo lubimy Sydney. Jeżeli staracie się unikać dużych plaż wypchanych po brzegi setkami skwierczących ciał, wzdłuż trasy można się zaszyć w kilku mniejszych zatoczkach, idealnie nadających się do kajakowania albo snorkelingu. Jedną z nich jest na przykład niepozorna Gordons Bay otoczona charakterystycznym drewnianym parkingiem […]

The post Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi appeared first on przedeptane.

]]>
„Obowiązkowo”, „musicie tam pójść”. To jedna z tych atrakcji, które wszyscy opisują w superlatywach i może właśnie dlatego, z czystej przekory, odkładaliśmy ją na później. No ale ileż można. W końcu westchnęliśmy, ruszyliśmy zady i… wróciliśmy zauroczeni.

Z Coogee do Bondi w jedno popołudnie

Trasa przebiega wzdłuż kilku najbardziej popularnych plaż w Sydney. Wyruszyliśmy z Coogee dosyć późno, nasze cienie wydłużały się z każdym krokiem. Po drodze dramatycznie zmieniają się widoki – piaszczyste plaże ustępują skalistym urwiskom, rozległe trawniki kończą się na fantastycznie ukształtowanych kamiennych platformach. Znowu mogliśmy sobie przypomnieć, dlaczego tak bardzo lubimy Sydney.

Plaża Coogee w Sydney

Jeżeli staracie się unikać dużych plaż wypchanych po brzegi setkami skwierczących ciał, wzdłuż trasy można się zaszyć w kilku mniejszych zatoczkach, idealnie nadających się do kajakowania albo snorkelingu. Jedną z nich jest na przykład niepozorna Gordons Bay otoczona charakterystycznym drewnianym parkingiem dla łódek.

Plaża Gordons Bay w Sydney

Na skałach zatrzymywali się spacerowicze i biegacze, by podziwiać zachód słońca lub wypatrywać gejzerów wody wydmuchiwanych przez wieloryby, które akurat w tym czasie migrowały wzdłuż wybrzeży Sydney.

Zbliżający się zachód słońca nadał nieoczekiwanego dramatyzmu nie tylko ujściu z plaży Clovelly, …

… ale przede wszystkim ogromnemu cmentarzowi Waverly, którego lekko upiorną, wiktoriańską atmosferę stylowo uzupełniały czarne kakadu pijące wodę z płyt grobowych. Edgar Allan Poe mógłby tutaj napisać jakąś australijską nowelkę.

Cmentarz Waverley w Sydney

Wtem zmrok!

Ostatni etap pokonaliśmy już po ciemku, a więc dorzucamy zdjęcia z plaż Bronte i Tamarama wykonane podczas innych, dziennych wycieczek. Na osobną sesję zdjęciową zasługuje także Bondi oraz kilka „rock pools” i „ocean pools”, czyli publicznych, słonowodnych basenów osadzonych w skalistym wybrzeżu. Wszystko będzie. Trzeba tylko znowu ruszyć nasze szanowne.

Tymczasem sypiemy garścią informacji logistyczno-organizacyjnych.

Mapa trasy Coogee – Bondi:

Trasa Coogee Bondi – przydatne informacje

Czas: 2-3h

Odległość: ok. 6 km (plaże Coogee, Clovelly, Bronte, Tamarama, Bondi)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, zimą kurtka wiatrówka, wieczorami także sweter (nad oceanem często nieźle wieje)

Buty: dowolne, wygodne

Koszty: nic a nic

Dodatkowe uwagi: stosunkowo dużo schodów

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/feed/ 2
Na skok z Sydney: Kiama Blowhole /2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/ /2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/#respond Sat, 23 Dec 2017 11:45:38 +0000 /?p=3051 Rzut samochodem na południe od Sydney znajduje się mały cud natury. Wsiadajcie, jedziemy! Szczegóły dojazdu podamy na końcu, teraz skupmy się na gadaniu i na obrazkach. Po niespełna dwóch godzinach jazdy i po przejechaniu przez wąskie ulice miasteczka Kiama zaparkowaliśmy na trawiastym parkingu pod śnieżnobiałą latarnią zwaną Kiama Light lub Kiama Harbour Light. Ta stoi tutaj już od 1887 roku i już wtedy jej światło było widoczne z odległości siedemnastu kilometrów. Pierwotnie naftowa lampa została w 1908 roku przerobiona na gaz węglowy, a w końcu – w 1969 roku – na lampę elektryczną. Tuż za latarnią znajdują się schody do Kiama Blowhole – szczeliny w przybrzeżnych skałach, przez którą w trakcie przypływu strzelają w górę gejzery morskiej wody. Nam akurat się nie poszczęściło – ocean nie był w nastroju do brykania, szczelina tylko cicho bulgotała. […]

The post Na skok z Sydney: Kiama Blowhole appeared first on przedeptane.

]]>
Rzut samochodem na południe od Sydney znajduje się mały cud natury. Wsiadajcie, jedziemy!

Szczegóły dojazdu podamy na końcu, teraz skupmy się na gadaniu i na obrazkach. Po niespełna dwóch godzinach jazdy i po przejechaniu przez wąskie ulice miasteczka Kiama zaparkowaliśmy na trawiastym parkingu pod śnieżnobiałą latarnią zwaną Kiama Light lub Kiama Harbour Light. Ta stoi tutaj już od 1887 roku i już wtedy jej światło było widoczne z odległości siedemnastu kilometrów. Pierwotnie naftowa lampa została w 1908 roku przerobiona na gaz węglowy, a w końcu – w 1969 roku – na lampę elektryczną.

Tuż za latarnią znajdują się schody do Kiama Blowhole – szczeliny w przybrzeżnych skałach, przez którą w trakcie przypływu strzelają w górę gejzery morskiej wody. Nam akurat się nie poszczęściło – ocean nie był w nastroju do brykania, szczelina tylko cicho bulgotała. Masz Ci los. Warto było jednak przyjechać dla samych widoków roztaczających się z poszarpanych urwisk.

Oczywiście nie oparliśmy się pokusie i poszliśmy podglądać lokalną faunę. U podnóża skał siedziały kormorany, w wodnych oczkach roiło się od ryb, małych krabów i purpurowych ukwiałów.

Tuż przy samej blowhole dostrzegliśmy też jednego z największych i najładniejszych krabów, jakiego dotychczas udało nam się zobaczyć w australijskich wodach. Jeżeli ktoś z Was może nam pomóc z identyfikacją, to będziemy dozgonnie wdzięczni, bo nasz intensywny googling był bezowocny.

Po powrocie do latarni odkryliśmy kolejną atrakcję – na polanie otoczonej wysokimi araukariami jadło właśnie lunch pokaźne stado kakadu różowych, tzw. galah. Wrzasku jak w małpim gaju, ale zostaliśmy na dłużej, bo w Sydney rzadko je widujemy, a w dodatku to ulubione papugi Zosi.

I tu wątek edukacyjny z cyklu wiedza bezużyteczna. Poniższa fotka przedstawia dymorfizm płciowy galahów: samice mają jasnobrązowe oczy, a samce – czarne.

Załapaliśmy się też na niedzielny targ przy miejskiej przystani. W stoiskach można było nabyć rękodzieło i obrazy lokalnych artystów, domowy miód, książki, winyle i udonicznioną roślinność. Dla każdego coś dobrego. Oczywiście nie zabrakło też tradycyjnego zestawu leczniczych kryształów, łapaczy snów, regulatorów czakr i innych wspomagaczy duchowego rozwoju dla mieszczan na wywczasie. Koło nas przeszło kilkoro dziatek z pluszowymi rudawkami (ogromne nietoperze, tzw. flying foxy), a więc po nitce do kłębka dotarliśmy do namiotu ze zwierzo-zabawkami, książkami przyrodniczymi i tematycznymi ozdobami świątecznymi. Patrz niżej.

Pora wracać. Kiama pożegnała nas takim malowniczym widokiem – szumem fal, szumem drzew, rozdzierającym krzykiem galahów. Na pewno wrócimy, może przyszłym razem ocean pokaże, na co go stać.

Mapa dojazdu z Sydney do Kiama Blowhole

Kiama Blowhole – przydatne informacje

Czas: dojazd samochodem w okolicach 2h, można też dojechać bezpośrednim pociągiem linii South Coast Line.  Po drodze do Kiamy możecie się zatrzymać w Wollongong, gdzie znajduje się duże, ładne jezioro.

Szlaki piesze: na miejscu można wyruszyć na nadbrzeżną trasę z Kiamy do Gerringong (22 km)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, zimą kurtka wiatrówka, wieczorami także sweter (nad oceanem często nieźle wieje)

Buty: dowolne wygodne

Koszty: paliwo. Wejście na Kiama Blowhole i okoliczne skały jest darmowe.

Dodatkowe uwagi: podczas planowania wyjazdu dobrze jest sprawdzić godziny przypływu (głupi my). Warto zabrać zestaw do snorkelingu. W sezonie z brzegu można obserwować migrujące wieloryby.

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Na skok z Sydney: Kiama Blowhole appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/feed/ 0
12 miesięcy w Australii /2017/12-miesiecy-w-australii/ /2017/12-miesiecy-w-australii/#comments Thu, 21 Sep 2017 09:54:37 +0000 /?p=2940 Ostatnio nazbierało się kilka pozytywnych wiadomości, którymi po prostu musimy się podzielić. W tym tygodniu stuknęło dokładnie dwanaście miesięcy od naszego przyjazdu do Sydnejowic. I cóż to był za rok! Oglądaliśmy wieloryby, spotkaliśmy Davida Attenborough, zahaczyliśmy o Nową Zelandię i Sri Lankę, przemierzyliśmy kilka parków narodowych w okolicach Sydney… Dobra, może i nie zawsze było z górki, ale przecież nie przyjechaliśmy tu po to (a przynajmniej nie tylko po to), aby się opalać i hodować piwne brzuszki. Jak mawiają Australijczycy – „we’re not here to fuck spiders”. Jakie są minusy życia w raju, zapytacie? Od początku głównym powodem stresu była (i jeszcze długo będzie) sytuacja wizowa. Życie na wizie studenckiej w Australii jest tak naprawdę półistnieniem, przeżywaniem w szarej strefie – wiąże się z kolosalnymi kosztami i nieustanną niepewnością, że coś się rypnie. A rypnąć […]

The post 12 miesięcy w Australii appeared first on przedeptane.

]]>
Ostatnio nazbierało się kilka pozytywnych wiadomości, którymi po prostu musimy się podzielić.

W tym tygodniu stuknęło dokładnie dwanaście miesięcy od naszego przyjazdu do Sydnejowic. I cóż to był za rok! Oglądaliśmy wieloryby, spotkaliśmy Davida Attenborough, zahaczyliśmy o Nową Zelandię i Sri Lankę, przemierzyliśmy kilka parków narodowych w okolicach Sydney… Dobra, może i nie zawsze było z górki, ale przecież nie przyjechaliśmy tu po to (a przynajmniej nie tylko po to), aby się opalać i hodować piwne brzuszki. Jak mawiają Australijczycy – „we’re not here to fuck spiders”.

Jakie są minusy życia w raju, zapytacie? Od początku głównym powodem stresu była (i jeszcze długo będzie) sytuacja wizowa. Życie na wizie studenckiej w Australii jest tak naprawdę półistnieniem, przeżywaniem w szarej strefie – wiąże się z kolosalnymi kosztami i nieustanną niepewnością, że coś się rypnie. A rypnąć się może tysiąc rzeczy, nawet drobne potknięcie może solidnie pokrzyżować plany.

W pewien masochistyczny sposób polubiliśmy jednak to balansowanie na krawędzi – zmusza nas do czujności, motywuje do działania. I chyba o to chodzi w polityce migracyjnej Australii, którą można określić jako metodę kija i jeszcze większego kija. Ubiegły rok przeżuł nas, wypluł i rozsmarował po ścianach, ale nadal nie żałujemy naszej decyzji – uwielbiamy to miasto i ekscytują nas nowe perspektywy, które powoli zaczynają się przed nami otwierać.

Od początku wiedzieliśmy, że musimy znaleźć na siebie pomysł, zdefiniować się na nowo. Pod tym względem zdecydowanie wygrywa Zosia, która właśnie dokonuje przykładowego przebranżowienia. Dzięki kilku chałturkom w branży Aged Care (opieka nad seniorami) odkryła swoje nowe powołanie, pozmieniała szkoły i wkrótce otrzyma swój pierwszy certyfikat. Jeżeli wszystko się ułoży (a rokowania są bardzo dobre), to po naszym powrocie z Europy zacznie pracę na etacie w wymarzonym ośrodku. Zahaczymy pierwszego pazurka. O kolejnych napiszemy wkrótce, aby nie zapeszyć.

Ale stop, po jakim powrocie z Europy? Otóż postanowiliśmy uczcić naszą australijską rocznicę szybkim skokiem do Polski i do Czech, do rodziny i przyjaciół, do Cieszyna, który cały czas w nas siedzi. I będzie się działo, bo załadowaliśmy tego eurotripa prawie do ostatniej minuty!

W Polsce i w Czechach będziemy obchodzili dziesiątą rocznicę ślubu i urodziny Darka, czeka nas wypad do Wiednia, a w drodze powrotnej – do Pekinu. A ponieważ jesteśmy totalnymi sierotami i pomyliliśmy datę przylotu do Sydney, prosto z lotniska (z 30godzinnym jetlagiem) pobiegniemy na koncert do Opery.

Co chcielim, to mamy. I cieszymy się na kolejnych 12 miechów jak koala na eukaliptus.

The post 12 miesięcy w Australii appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/12-miesiecy-w-australii/feed/ 5
Wieloryby w Sydney /2017/wieloryby-w-sydney/ /2017/wieloryby-w-sydney/#comments Tue, 04 Jul 2017 10:25:42 +0000 /?p=2830 Nie samymi kangurami i koalami Australia stoi! Przedstawiamy kilka migawek z naszego spotkania z humbakami. Nawet w środku tutejszej zimy zwierzolubni turyści mogą liczyć na DUŻĄ dawkę wrażeń. Dwa razy w roku koło Sydney przepływają stada wielorybów, które można obserwować nawet z miejskich plaż. My jednak postanowiliśmy spełnić sobie kolejne marzenie i dotrzeć odrobinę bliżej do tych fascynujących ssaków. Najpierw jednak garść przydatnych informacji. WIELORYBY W SYDNEY – CO / GDZIE / JAK W mieście działa kilka firm oferujących wyprawy dużymi łodziami lub mniejszymi, szybkimi motorówkami. Zwierzęta nie boją się statków, ponieważ Australijczycy zakazali wielorybnictwa w 1963 roku. Od tego czasu liczba humbaków skoczyła z setki do 8000 sztuk i nadal rośnie o 10-11% rocznie. Dzisiaj stada humbaków (vel długopłetwców oceanicznych) są tak liczne, że organizatorzy wycieczek oferują gwarancję zwrotu pieniędzy lub darmowe bilety na […]

The post Wieloryby w Sydney appeared first on przedeptane.

]]>
Nie samymi kangurami i koalami Australia stoi! Przedstawiamy kilka migawek z naszego spotkania z humbakami.

Nawet w środku tutejszej zimy zwierzolubni turyści mogą liczyć na DUŻĄ dawkę wrażeń. Dwa razy w roku koło Sydney przepływają stada wielorybów, które można obserwować nawet z miejskich plaż. My jednak postanowiliśmy spełnić sobie kolejne marzenie i dotrzeć odrobinę bliżej do tych fascynujących ssaków.

Najpierw jednak garść przydatnych informacji.

WIELORYBY W SYDNEY – CO / GDZIE / JAK

W mieście działa kilka firm oferujących wyprawy dużymi łodziami lub mniejszymi, szybkimi motorówkami. Zwierzęta nie boją się statków, ponieważ Australijczycy zakazali wielorybnictwa w 1963 roku. Od tego czasu liczba humbaków skoczyła z setki do 8000 sztuk i nadal rośnie o 10-11% rocznie.

Dzisiaj stada humbaków (vel długopłetwców oceanicznych) są tak liczne, że organizatorzy wycieczek oferują gwarancję zwrotu pieniędzy lub darmowe bilety na kolejny kurs, jeżeli nie uda się zobaczyć żadnych wielorybów.

Czas migracji: maj – sierpień / wrzesień – listopad

Najlepsze miejsca do obserwacji z lądu: LINK

Ceny wycieczek statkiem: 30-90 $ w zależności od czasu trwania i wielkości grupy

Odzież: buty z antypoślizgową podeszwą, nieprzemakalna kurtka, Aviomarin

Aktualna ilość wielorybów w Sydney: LINK

Wróćmy do naszej zimowej wyprawy. Po wyruszeniu spod Opery w trakcie kilkunastu minut wypłynęliśmy z sydnejskiej zatoki na otwarty ocean. Tam dołączyła do nas grupka delfinów, które ewidentnie świetnie się bawiły w falach tworzonych przez dziób szybko płynącego statku.

Chwilę później zauważyliśmy też rozproszone stadka głuptaków australijskich. Wcześniej nieraz podziwialiśmy ich widowiskowe polowania, podczas których pionowo pikują do wody nawet z wysokości kilkudziesięciu metrów. Tym razem jednak kołysały się na falach, co oznacza, że w pobliżu mogą poruszać się wieloryby.

I faktycznie nie trzeba było długo czekać.

Kapitan ogłosił, że w odległości kilkuset metrów nad taflę wytrysnęły fontanny wody. Statek szybko zmienił kurs i ruszył w ich kierunku. Gdy woda opadła, między falami powoli prześliznęły się grube, czarne grzbiety. Są!

 

Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Wszystkich obserwujących obowiązują surowe reguły – jedną grupę wielorybów mogą śledzić najwyżej trzy statki i można pływać tylko wzdłuż trasy poruszającego się stada. Nie wolno zagradzać im drogi ani podpływać zbyt blisko (o ile wieloryby same się nie ośmielą).

Nie wszystkie wieloryby lubią pozować do zdjęć. Starsze osobniki powoli prą do przodu, wystawiając z wody tylko grzbiet lub ogon. Operatorzy wycieczek dobrze o tym wiedzą i starają się znaleźć stada z młodymi samcami, w których – jak w każdym nastolatku, c’nie? – buzują hormony i którzy lubią się popisywać przed rówieśnikami lub potencjalnymi partnerkami.

W ciągu ponad dwugodzinnego rejsu podpływaliśmy więc do kilku grup, aż udało się trafić na takiego performera. I wtedy się zaczęło!

Nasz bohater dnia nie był żadnym Pudzianem swojego gatunku, mierzył – bagatela – około 10 metrów (dorosłe humbaki osiągają 12-16m). Braki w gabarytach nadrabiał jednak uporem i energią – w ciągu pół godziny naliczyliśmy ponad sto skoków!

Podobne widowiska zdarzają się najczęściej właśnie w czasie pierwszej migracji, kiedy humbaki uciekają z Antarktydy na północne wybrzeże Australii, by urodzić młode w ciepłych wodach Pacyfiku. Każdy z tych dwóch etapów liczy ponad 5000 kilometrów, a więc w ciągu roku australijskie humbaki pokonują aż 1/4 długości równika.

W trakcie powrotnej podróży młodzież jest już wybrykana, ale można z kolei obserwować krowy z cielakami (tak oficjalnie nazywa się panie humbakowe i ich przychówek). Podobno matki często są na tyle ufne, że podprowadzają młode aż do burty statków, aby pokazać juniorom dziwne, dwunożne ssaki podskakujące z ekscytacji na pokładzie. Chyba mamy już więc plan na listopad.

Naoglądaliśmy się młodzieńczych wybryków, ale w trakcie wypraw można zaobserwować cały szereg innych zachowań.

W oceanie nie ma się o co podrapać, a więc oprócz czysto popisowych skoków z półobrotem (pozdrowienia dla Chucka) humbaki czasem wyskoczą i prasną całym cielskiem o taflę, co zdaniem zoologów pomaga im usuwać skórne pasożyty.

Oprócz tego repertuar wielorybów obejmuje też uderzenia ogonem, machanie płetwą, pionowe zastyganie w wodzie itp. Pełną listę zachowań znajdziecie tutaj.

No ale cóż, wszystko co dobre… Po dwóch godzinach na oceanie trzeba było wrócić do przystani, a więc statek ruszył pełną parą w stronę sydnejskiej zatoki. Jeżeli macie mocny żołądek, to gorąco polecamy zostać na dziobie – wieje jak diabli, ale wrażenia jak z kolejki górskiej.

Tym razem nikt nie „odrzucał boa”, ale znajomi opowiadali, że czasem jakiś biedny, zielonkawy pasażer uruchomi reakcję łańcuchową i wzdłuż burt ustawia się więcej rzygaczy niż na gotyckiej katedrze. My mieliśmy szczęście, ale lepiej zaopatrzyć się przed wyprawą w jakiś Aviomarin.

Na pożegnanie kilka widoczków z powrotu do sydnejskiej zatoki. A my cieszymy się już na jesień jak humbak na tonę krylu.

The post Wieloryby w Sydney appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/wieloryby-w-sydney/feed/ 5
Łamiąca wiadomość. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nadal żyjemy. /2017/zyjemy/ /2017/zyjemy/#comments Mon, 05 Jun 2017 09:56:24 +0000 /?p=2770 Skrót wpisu: Tak, żyjemy. Nie, nic nas nie zjadło. Zimno tu, psia mać. Mamy wizę. Na długo. Ale wracamy. Na krótko. Szczegóły poniżej. Już od dłuższego czasu mnożyły się pytania o nasz dobrostan. Ba – po tym, co któregoś piątku nie wrzuciliśmy na Fejsa kolejnego zdjęcia z serii #piątkowyzwierz, niektóre osoby zaczęły się poważnie zastanawiać, czy nie pożarły nas pająki i spadomisie. Tymczasem u nas wszystko gra, a więc – parafrazując Marka Twaina – pogłoski o naszej śmierci były mocno przesadzone. Chyba jednak nadeszła pora na mały apdejt, tudzież podsumowanie ostatnich kilku miesięcy w Sydnejowicach. Co się porobiło? Oj, sporo. Jeżeli śledziliście naszą Twarzoksiążkę, to pewnie znacie historyjkę o tym, jak w ciągu jednego dnia zostaliśmy gospodarzami nowego domku, a Darek – kaleką. Może śledziliście akcję ratunkową małego ibiska, który ostatecznie nie doczekał. Działo się tego o wiele więcej, […]

The post Łamiąca wiadomość. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nadal żyjemy. appeared first on przedeptane.

]]>
Skrót wpisu: Tak, żyjemy. Nie, nic nas nie zjadło. Zimno tu, psia mać. Mamy wizę. Na długo. Ale wracamy. Na krótko. Szczegóły poniżej.

Już od dłuższego czasu mnożyły się pytania o nasz dobrostan. Ba – po tym, co któregoś piątku nie wrzuciliśmy na Fejsa kolejnego zdjęcia z serii #piątkowyzwierz, niektóre osoby zaczęły się poważnie zastanawiać, czy nie pożarły nas pająki i spadomisie. Tymczasem u nas wszystko gra, a więc – parafrazując Marka Twaina – pogłoski o naszej śmierci były mocno przesadzone. Chyba jednak nadeszła pora na mały apdejt, tudzież podsumowanie ostatnich kilku miesięcy w Sydnejowicach.

Co się porobiło?

Oj, sporo. Jeżeli śledziliście naszą Twarzoksiążkę, to pewnie znacie historyjkę o tym, jak w ciągu jednego dnia zostaliśmy gospodarzami nowego domku, a Darek – kaleką. Może śledziliście akcję ratunkową małego ibiska, który ostatecznie nie doczekał. Działo się tego o wiele więcej, w wirtualnej szufladzie leżą nam notatki i zdjęcia ze spotkania z Davidem Attenborough w Melbourne, kilku wypadów do okolicznych parków narodowych i koncertów w operze. Co tam, mamy jeszcze tony nieopublikowanych materiałów z ubiegłorocznej Nowej Zelandii i Sri Lanki! Wszystko to kisi się na dysku, ponieważ ostatnio gorąco uściskały nas realia życia na obczyźnie (dla chleba, panie, dla chleba!). Tak czy owak – nie bójta się, blogasek tylko chwilowo musiał zejść na drugi tor, nie damy mu sczeznąć. Zwłaszcza, że Darek dorobił się nowego laptopa, a więc pora zabrać się za wykopaliska w archiwum zdjęć. Na przykład takie:

… lub takie…

Ale my nie o tym. Mamy do przekazania ważniejsze wieści.

Zostajemy!

Największym wydarzeniem tego kwartału jest bezsprzecznie fakt, że otrzymaliśmy nową wizę (tu podziękowania ekipie z Bridge Agency). Cieszcie się, narody, albowiem przedłużamy naszą australijską przygodę o kolejne dwa lata i już teraz głowy nam pękają od pomysłów na to, jak zagospodarować ten czas. Mamy długą listę miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć w Nowej Południowej Walii, a jeszcze w tym roku chcielibyśmy się też wyrwać gdzieś na północ, by chociaż na chwilę uciec od sydnejskiej zimy.

Brr!

No tak, już widzimy te uniesione brwi i pobłażliwe prychnięcia. Uwierzcie nam, zima w Sydnejowicach naprawdę daje w kość. Temperatury nie spadają wprawdzie poniżej zera, ale Australijczycy nie odkryli jeszcze takich dobrodziejstw cywilizacji, jak izolacja cieplna budynków, szyby zespolone lub centralne ogrzewanie. Jeżeli na dworze pizga złem, to i w domach Sybir. Mamy więc romantykę rodem z listopadowego noclegu w schronisku PTTK – łazimy po domu w ocieplanych bluzach, zagrzewamy ręce kubkami z herbatą, na noc nie trzeba chować garnków z jedzeniem, bo w lodówce cieplej. Skończyły się czasy barbecue w ogródku, wieczorne spotkania przy papierosku przypominają konferencje Innuitów, a zakup szpetnych butów ugg nagle nie wydaje się aż tak zdrożnym pomysłem. Ostatecznym upokorzeniem jest zaś fakt, że lokalsi bez oporów popylają mroźnym rankiem po chodniku w japonkach. Albo boso. W szortach, Chryste Panie!

Nie o taką Australię walczyliśmy, ale cóż – dobrze wiedzieliśmy, w co się pakujemy. Trzeba zacisnąć szczękające zęby, nałożyć jeszcze jeden sweter i czekać na wiosnę. Powodów jest więcej.

Wracamy!

Otóż znowu skusiły nas promocyjne ceny biletów i pod koniec września zawitamy na chwilę do Ojczyzny – a raczej Ojczyzn, bo trzeba odhaczyć dwa kraje. Nacieszymy się złotą, polską jesienią i złotym, czeskim piwem, odwiedzimy stęsknione rodziny i urzędy podatkowe, może znajdzie się nawet jakiś czas na prelekcyjkę lub dwie. Naszej radości nie mąci fakt, że znowu okazaliśmy się logistycznymi sierotami i zabukowaliśmy bilety powrotne na dzień, w którym mamy iść na koncert. Po europejskiej wycieczce wrócimy więc do Sydney z potężnym, dwudniowym jetlagiem i będziemy mieli niecałe cztery godziny na to, by po kukułczemu zrzucić u kogoś manatki i ogarnąć się na tyle, aby wpuszczono nas do Opery. Nigdy nie słuchaliśmy orkiestry symfonicznej po czterech redbullach, ale wygląda na to, że to będzie ten dzień.

O tem potem, do jesieni daleko. Póki co uzbrójcie się w cierpliwość, praca wre, na dniach zaczniemy prószyć zdjęciami, wpisami i innym ciekawym kątętem. Pozdrowienia z przystanku Sydnejowice – Pizgaczewo!

The post Łamiąca wiadomość. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nadal żyjemy. appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/zyjemy/feed/ 5
Jaskinie Jenolan Caves. Magiczne podziemia Gór Błękitnych. /2017/jaskinie-jenolan-caves-lucas/ /2017/jaskinie-jenolan-caves-lucas/#comments Wed, 08 Feb 2017 07:31:41 +0000 /?p=2676 Lucas Cave – krótka podróż do fantastycznego świata z aborygeńskich legend. Lato w Blue Mountains potrafi nieźle przygrzać w beret. W pobliżu gór jest jednak jedno miejsce, w którym można uciec od wszechobecnej spiekoty i ochłodzić członki zjarane od australijskiego słońca. Około 180 kilometrów na zachód od Sydney rozciąga się obszerny kompleks jaskiń i pieczar, które wyżłobiła w wapiennych skałach rzeka Jenolan. Wejście do Jenolan Caves znajduje się w dolinie, w której panuje specyficzny, chłodny mikroklimat. Polany porastają dywany niebieskich kwiatów, po kamieniach ganiają jaszczurki, w centrum stoi kurort w alpejskim stylu. Generalnie byłoby bardzo nieaustralijsko, gdyby nie dziobaki pluskające się w spokojniejszych segmentach rzeki.   Ale my tu nie za idyllą. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od hotelu asfaltowa droga wbija się w wąskie, skalne przejście prowadzące do gigantycznej groty. I tu zaczynają się schody – do jaskiń, ma się rozumieć.   Cały kompleks Jenolan Caves obejmuje kilkanaście […]

The post Jaskinie Jenolan Caves. Magiczne podziemia Gór Błękitnych. appeared first on przedeptane.

]]>
Lucas Cave – krótka podróż do fantastycznego świata z aborygeńskich legend.

Lato w Blue Mountains potrafi nieźle przygrzać w beret. W pobliżu gór jest jednak jedno miejsce, w którym można uciec od wszechobecnej spiekoty i ochłodzić członki zjarane od australijskiego słońca. Około 180 kilometrów na zachód od Sydney rozciąga się obszerny kompleks jaskiń i pieczar, które wyżłobiła w wapiennych skałach rzeka Jenolan.

Wejście do Jenolan Caves znajduje się w dolinie, w której panuje specyficzny, chłodny mikroklimat. Polany porastają dywany niebieskich kwiatów, po kamieniach ganiają jaszczurki, w centrum stoi kurort w alpejskim stylu. Generalnie byłoby bardzo nieaustralijsko, gdyby nie dziobaki pluskające się w spokojniejszych segmentach rzeki.

 

Ale my tu nie za idyllą. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od hotelu asfaltowa droga wbija się w wąskie, skalne przejście prowadzące do gigantycznej groty. I tu zaczynają się schody – do jaskiń, ma się rozumieć.

 

Cały kompleks Jenolan Caves obejmuje kilkanaście jaskiń – każda z nich jest niepowtarzalna, wabi turystów innym klimatem, kolorami i galerią kształtów. My wybraliśmy się do Lucas Cave, nazwaną na cześć Johna Lucasa – australijskiego polityka oraz miłośnika jam i szczelin, chłe. To właśnie dzięki Lucasowi jaskinie Jenolan zostały otoczone opieką australijskiego rządu już w 1860 roku, czyli zaledwie 22 lata po odkryciu ich przez Europejczyków.

 

Oficjalnie odkrycia dokonali w 1838 roku bracia James i Charles Whalan, lokalni hodowcy bydła. Miejska legenda jednak głosi, że pierwszym białym człekiem w podziemiach był James McKeown, były skazaniec, któremu Jenolan Caves służyły za idealną kryjówkę.

Oczywiście Aborygeni znali te miejsca o wiele dłużej, najstarsze ślady ludzkiej obecności pochodzą sprzed 9000 lat. Tubylcy stosunkowo rzadko zapuszczali się w te strony, obawiając się tego, co mogłoby czyhać w ciemnościach i wyciągnąć po nich swoją zimną, śliską łapę. Znosili tu jednak chorych, by leczyć ich wodą o rzekomo cudownych właściwościach. Z jaskiń wynosili także znalezione kryształy, które używane były do odprawiania ceremonii.

 

Według aborygeńskich wierzeń cały obszar powstał w wyniku walki Gurangatcha (olbrzymiego węgorzopodobnego stwora) z Mirranganem (tzw. „quolla”, czyli australijskiej kuny workowatej / kota workowatego). Mityczne zwierzęta goniły się po okolicach przekopując w ziemi długie tunele, z których powstały później oczka wodne, jeziora i jaskinie.

Trzeba przyznać, że wnętrza Jenolan Caves mocno oddziałują na wyobraźnię. Oprócz standardowego zestawu stalaktytów, gmitów i gnatów ze ścian i sufitów wyrastają wapienne pasy i falbany, a także pokraczne, surrealistyczne formacje przypominające wizje z obrazów Dalego.

Wszystkie te cuda miały dużo czasu na powolne wyrastanie. Wiek wapiennych skał szacuje się na 340 milionów lat, co czyni z Jenolan Caves najstarszy znany otwarty system jaskiń na świecie.

W miarę wchodzenia w głąb kompleksu spada temperatura i rośnie ekscytacja. W jednym miejscu rozbawił nas mały potworek mrugający czerwonymi ślepiami. Czujnik ruchu, jak się okazało.

 

Pauza dla klaustrofobików – kwiecie z górskiej polany. Wypocznijcie, bo za chwilę będzie o truchłach.

W wielu częściach kompleksu znajdują się ukryte przejścia, śmiertelne pułapki dla zwierząt, którym zdarzyło się tutaj zabłądzić. Ludzie też czasem mieli pecha – w 1902 roku w Skeleton Cave odkryto prastare szczątki Aborygena.

W Lucas Cave można zobaczyć na przykład szkielet wombata (poniżej).

W jaskini Jersey znajdowały się nawet kości wilka workowatego (vel wilkowora tasmańskiego). To naprawdę wyjątkowe znalezisko, ponieważ zwierzęta te wymarły na kontynencie ponad 2000 lat temu – na Tasmanii przeżyły jeszcze do lat 30. minionego wieku, dopóki Europejczycy definitywnie nie zepchnęli ich na karty historii i portale kryptozoologów.

 

Większość wnętrz oświetlonych jest przy użyciu stonowanych lamp, dopiero w ostatnim segmencie Lucas Cave można zobaczyć starszą iluminację à la „jakie grzyby dałaś do tej zupy, mamo?”.

I tym kiczydłem żegnamy jaskinię Lucasa. Jeżeli nadal Wam mało, nie płaczcie. Na pewno wrócimy, by poeksplorować inne części kompleksu.

Zresztą Jenolan Caves nadal nie zdradziły wszystkich swoich tajemnic – geolodzy przewidują, że do tej pory odkryto zaledwie mały fragment całego systemu. Na pewno czeka nas niejedna niespodzianka.


Fajnie? Chcesz więcej? Zapraszamy na Facebooka.

The post Jaskinie Jenolan Caves. Magiczne podziemia Gór Błękitnych. appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/jaskinie-jenolan-caves-lucas/feed/ 9
Fauna z werandy. Jakie zwierzęta żyją w sydnejskich ogrodach? /2017/zwierzeta-ogrody-sydney-australia/ /2017/zwierzeta-ogrody-sydney-australia/#comments Wed, 18 Jan 2017 07:57:47 +0000 /?p=2569 Jedną z zalet życia na przedmieściach Sydney jest to, że nie trzeba tutaj długo szukać kontaktu z naturą – zwierzęta same przychodzą pod próg. Oto kilka z nich. Aby nie było, że koloryzujemy – wszystkie poniższe zdjęcia zostały wykonane na obszarze zaledwie kilkudziesięciu metrów kwadratowych, niektóre bez wstawania z krzesła. Ptaki Pierzaków jest oczywiście najwięcej – od małych, kolorowych ziarnojadów, poprzez mniejsze i większe papugi, aż po ibisy. Wiele z nich gniazduje na dwóch palmach przy werandzie. Jednym z najładniejszych ptasich gości jest chwostka szafirowa (Malurus cyaneus, wiki). O jej kuzynce pisaliśmy w tekście o gigantycznych eukaliptusach z Zachodniej Australii – jak widać, wszystkie samce ptaków z tej rodziny mają podobnie wyraziste, niebieskie upierzenie. Chwostki mają plus za wrażenia estetyczne, ale minus za charakter – są tak naspidowane, że Darek od lat daremnie próbuje zdobyć chociaż jedno ostre zdjęcie. Poniżej zamieszczamy fotkę z szufladki „close […]

The post Fauna z werandy. Jakie zwierzęta żyją w sydnejskich ogrodach? appeared first on przedeptane.

]]>
Jedną z zalet życia na przedmieściach Sydney jest to, że nie trzeba tutaj długo szukać kontaktu z naturą – zwierzęta same przychodzą pod próg. Oto kilka z nich.

Aby nie było, że koloryzujemy – wszystkie poniższe zdjęcia zostały wykonane na obszarze zaledwie kilkudziesięciu metrów kwadratowych, niektóre bez wstawania z krzesła.

Ptaki

Pierzaków jest oczywiście najwięcej – od małych, kolorowych ziarnojadów, poprzez mniejsze i większe papugi, aż po ibisy. Wiele z nich gniazduje na dwóch palmach przy werandzie.

Jednym z najładniejszych ptasich gości jest chwostka szafirowa (Malurus cyaneus, wiki). O jej kuzynce pisaliśmy w tekście o gigantycznych eukaliptusach z Zachodniej Australii – jak widać, wszystkie samce ptaków z tej rodziny mają podobnie wyraziste, niebieskie upierzenie.

Chwostki mają plus za wrażenia estetyczne, ale minus za charakter – są tak naspidowane, że Darek od lat daremnie próbuje zdobyć chociaż jedno ostre zdjęcie. Poniżej zamieszczamy fotkę z szufladki „close enough”.

Bardzo mile widzianym, chociaż płochliwym gościem jest lamparcik plamisty (Pardalotus punctatus, wiki), jeden z najmniejszych australijskich ptaków. Samce dorastają do 8-10 centymetrów, a więc – jak przekonacie się za chwilę – są mniejsze od niektórych „naszych” pająków.

Rano lub wczesnym wieczorem na nasiona traw zlatuje się gromadka drobnych, zawadiackich żarłoków. Kraśniczek czerwonobrewy (wiki) należy do rodziny astryldowatych i w Polsce byłby ciekawym dodatkiem do domowej hodowli (180 złotych sztuka!). Tym bardziej doceniamy fakt, że możemy obserwować je za darmo i bez krat.

Przy płocie rośnie duże cestrum, krzew z rodziny psiankowatych (wiki), które praktycznie nieustannie kwitnie i wabi kilka gatunków miodojadów. Jednym z nich jest miodaczek białouchy (Latrodectus hasselti, wiki).

 Oprócz endemicznych australijskich ptaków w Sydney można spotkać wiele gatunków inwazyjnych, pochodzących z innych kontynentów. Anglicy sprowadzili tutaj nie tylko europejskie wróble i szpaki…

… ale też wiele ptaków z Azji. Najczęstszymi gośćmi są indyjskie majny, które dzięki wrodzonej inteligencji i asertywności szybko rozprzestrzeniły się po całej Australii. Na naszej werandzie rzadziej pojawia się inny, czubaty gość z Indii – bilbil zbroczony (wiki), zwany też „bulbulem”. W Azji od stuleci trzymany był w klatkach, by cieszyć właścicieli swoim śpiewem i kontrastowym upierzeniem, w niektórych krajach organizowano nawet ich pojedynki na wzór walk kogutów.

Z Dalekiego Wschodu pochodzi też synogarlica perłoszyja (Spilopelia chinensis, wiki).

Owady w Sydney

Wiele miejscowych insektów wielokrotnie przerasta swoich europejskich krewniaków. Niedawno wylądował u nas Musgraveia sulciventris (wiki), pluskwiak odżywiający się sokami cytrusów. Owady te są na tyle duże (dorastają do 2,5 cm długości), że na ich bokach można gołym okiem zauważyć przetchlinki.

Żuki też są niczego sobie. Lecącego „cowboy beetle” (Chondropyga dorsalis, wiki) słychać z odległości kilkunastu metrów.

Generalnie nie narzekamy na brak sześcionogów. Czasem na werandzie pojawi się ogromny, szafirowy motyl, czasem modliszka, patyczak lub turkuć podjadek, wieczorem nie dają nam spać świerszcze i cykady. Zdecydowanie królują jednak mrówki, które na szczęście nie sprawiają większego kłopotu, o ile akurat nie popełnią zbiorowego samobójstwa w szklance z sokiem lub piwem. Kilka razy zauważyliśmy jednak mały dramat: do przydomowej kolonii regularnie przychodzi na polowanie żołnierz (tzw. „robotnica major”) inwazyjnego gatunku Pheidole megacephala (wiki). Żołnierze o absurdalnie przerośniętych głowach są wielokrotnie więksi od lokalsów, a więc starcie trwa zwykle tyle, co walka Pudzian-Popek.

Pająki w Sydney

W domu i w ogrodzie spotkaliśmy już dwa stosunkowo niebezpieczne ośmionogi. Raz trafił nam się tzw. white-tailed spider (Lampona murinawiki), w ogrodzie mieszkał z kolei jadowity, ale zdecydowanie przereklamowany redback (Latrodectus hasselti, wiki), bliski kuzyn czarnej wdowy. Redbacki można spotkać na terenie całego Sydney, ale to raczej płoche zwierzęta, które większość czasu spędzają w ukryciu.

Jak widać, chociaż australijskie pająki mają paskudną renomę, to można z nimi żyć w zgodzie. Ukąszenia zdarzają się rzadko, a poważniejsze powikłania jeszcze rzadziej.

Oprócz dwóch jadowitych delikwentów na werandę zawita też czasem wielgachny huntsman. Jego rozmiary i szybkość mogą skłonić do zabrudzenia kalesonów nawet największego twardziela, ale trzeba pamiętać, że huntsmany są nieszkodliwe i pożyteczne. Każda wizyta „Szybkiego Zdzicha” jest małym wydarzeniem.

W zaroślach można też trafić na małe skakuny. Z bliska może i wyglądają kosmicznie…

… ale tak naprawdę są uroczymi, ciekawskimi stworzeniami, które w pełni zasłużyły na miano „labradorów wśród pająków”.

W bonusie dorzucamy dwóch regularnych gości – w dzień po ścianach domu śmiga kilkanaście drobnych jaszczurek, w nocy przychodzą rozkosznie niezdarne kitanki (dawniej pałanki kuzu, wiki) podjadające owoce mango z sąsiedniego drzewa. Ostatnio nasze palmy zaczęły odwiedzać też owocożerne nietoperze – rudawki, czyli tzw. flying foxy.

To zaledwie mała część zwierzyny, która baluje w naszym ogródku. Wpadajcie więc od czasu do czasu – będziemy na bieżąco dodawali zdjęcia nowych gatunków lub wymieniali fotki na lepsze i ostrzejsze.

Polecamy też inne wpisy o australijskich zwierzakach, o tu!

The post Fauna z werandy. Jakie zwierzęta żyją w sydnejskich ogrodach? appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/zwierzeta-ogrody-sydney-australia/feed/ 9
Blask w Operze. Recital Davida Helfgotta. /2016/david-helfgott-koncert-blask/ /2016/david-helfgott-koncert-blask/#comments Wed, 02 Nov 2016 11:24:36 +0000 /?p=2460 …czyli spotkanie z mężczyzną, któremu fortepian zniszczył i uratował życie. Lubimy muzyczno-filmowe podróże w czasie. Dwa lata temu udało nam się obejrzeć na żywo przedstawienie „Jesus Christ Superstar” z obsadą kultowego filmu z 1973 roku, a teraz nadarzyła się podobna okazja, by spotkać człowieka-legendę. Jeżeli znasz film “Blask”, to nie musimy mówić więcej. Jeżeli go nie znasz, to rzuć wszystko i leć do wypożyczalni czy innego netflixa, bo tak nie można dalej żyć. Wielu krytyków uważa “Blask” za najlepszy australijski film XX wieku, zdaniem innych jest jednym z najlepszych filmów biograficznych ever. Znajdziesz tu wszystko – pasję i obłąkanie, marzenia i porażki, a przede wszystkim nieziemską kreację Geoffrey’a Rusha w roli pianisty, który stracił głowę dla muzyki. Nie będziemy streszczali filmu, krótki opis i zwiastun możesz obejrzeć tutaj. W dwadzieścia lat od premiery Helfgott wywołuje kontrowersje, obrasta w mity i – co […]

The post Blask w Operze. Recital Davida Helfgotta. appeared first on przedeptane.

]]>
…czyli spotkanie z mężczyzną, któremu fortepian zniszczył i uratował życie.

Lubimy muzyczno-filmowe podróże w czasie. Dwa lata temu udało nam się obejrzeć na żywo przedstawienie „Jesus Christ Superstar” z obsadą kultowego filmu z 1973 roku, a teraz nadarzyła się podobna okazja, by spotkać człowieka-legendę.

Jeżeli znasz film “Blask”, to nie musimy mówić więcej. Jeżeli go nie znasz, to rzuć wszystko i leć do wypożyczalni czy innego netflixa, bo tak nie można dalej żyć. Wielu krytyków uważa “Blask” za najlepszy australijski film XX wieku, zdaniem innych jest jednym z najlepszych filmów biograficznych ever. Znajdziesz tu wszystko – pasję i obłąkanie, marzenia i porażki, a przede wszystkim nieziemską kreację Geoffrey’a Rusha w roli pianisty, który stracił głowę dla muzyki.

Nie będziemy streszczali filmu, krótki opis i zwiastun możesz obejrzeć tutaj. W dwadzieścia lat od premiery Helfgott wywołuje kontrowersje, obrasta w mity i – co najważniejsze – nadal koncertuje. Nie mogliśmy przegapić jego recitalu.

Już od pierwszych sekund było oczywiste, że to nie będzie zwykły koncert. Prawie siedemdziesięcioletni Helfgott wytruchtał na scenę ubrany w jaskrawo różową rubaszkę, prezentując całą gamę tików ruchowych, mimicznych i werbalnych, którą tak świetnie oddał Rush w filmie.

Jeszcze zanim zdążyły ucichnąć oklaski, Helfgott usiadł i zaczął grać.

Dziwne, niecodzienne przeżycie, na które nie wszyscy słuchacze byli przygotowani. Artysta przez całe życie zmaga się z zaburzeniem psychoafektywnym – w trakcie gry nieustannie pomrukuje i mówi do siebie i do publiczności, czasem zupełnie zagłuszając muzykę.

Reakcje słuchaczy były różne – od cichego skupienia, poprzez nerwowe poruszanie się w fotelu, aż po stłumiony śmiech przy głośniejszych komentarzach artysty: „Przejścia, och, przejścia!”, „Nudny, bardzo nudny kawałek, ale za chwilę się zacznie!”, „Teraz będzie ciekawie, pokażę wam!”. Jednak po kilku minutach publiczność oswoiła się z tymi osobliwymi regułami gry – po zamknięciu oczu można nawet było odnieść wrażenie, że słucha się koncertu grającego w niespokojnym umyśle samego artysty.

Jeżeli chodzi o poziom gry, to był on tak samo niejednoznaczny, jak życiorys i osobowość Helfgotta – słuchacze go uwielbiają, a krytycy zgrzytają zębami. W cichych, wolnych fragmentach gubi się w rytmie i dynamice utworów, a w głośniejszych nagle zaskakuje precyzyjną, wirtuozyjną techniką.

Ostatecznie uznaliśmy, że David Helfgott po prostu wymyka się jakimkolwiek szufladkom. Nie potrafimy i nie chcemy wytykać mu błędów technicznych – tak, jak nikt nie zarzuca Bobowi Dylanowi faktu, że jest słabym wokalistą. Przecież nie o to chodzi. Helfgott stworzył własną, jednoosobową kategorię i nie sposób go nie kochać, lub przynajmniej nie podziwiać za to, jak chętnie zaprasza ludzi do swojego świata.

David Helfgott, koncert, Sydney Opera

O wisienkę na torcie i ostatnią szczyptę magii tego wieczoru zatroszczyli się organizatorzy koncertu. Każdy widz otrzymał parę rolek confetti, a więc gdy Helfgott skończył grać ostatni utwór Liszta, cała sala zawrzała i na scenę runęła szeleszcząca, kolorowa ściana. Artysta był wniebowzięty, brodząc przez warstwę papieru dotarł do pierwszego rzędu krzeseł i ściskał wszystkie stojące tam osoby tak długo, aż przywołał go za kulisy paluszek żony – tej samej, która kilkadziesiąt lat temu pomogła mu przejść z zakładu psychiatrycznego do sal koncertowych.

David Helfgott, koncert, Sydney Opera


Sceptykom polecamy książkę Margaret Helfgott „Out of Tune”, w której siostra Davida broni ich ojca i stara się sprostować nieścisłości zawarte w filmie.

The post Blask w Operze. Recital Davida Helfgotta. appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/david-helfgott-koncert-blask/feed/ 2