podróże Archives - przedeptane /tag/podroze/ Jedzoki w świat Mon, 04 May 2020 00:10:34 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/ /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/#comments Wed, 22 Apr 2020 09:37:40 +0000 /?p=3307 Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych. Wielka przemiana niewielkiej wyspy Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki. Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje […]

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych.

Wielka przemiana niewielkiej wyspy

Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki.

Klify Bruny Island

Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje wielkim metropoliom – na małomiasteczkowy klimat i stary, dobry, święty spokój. W wodach mariny kołyszą się nowoczesne i historyczne jachty niczym wspomnienie rybackiej i żeglarskiej historii miasta; wyżej, w ulicach, roi się od kafejek, sklepików i pubów, w których zbiera się kwiat miejscowej i przyjezdnej hipsterki oraz miłośnicy przygód wracający z tasmańskiej dziczy.

Obok tajskiego bistro oferującego tofukurczaka stoi butik z drewnianą biżuterią lokalnych artystów, w budynku gregoriańskiego hotelu znajduje się sklep z odzieżą outdoorową, w ogródku baru z dwudziestoma gatunkami piwa rzemieślniczego można usiąść na ławce lub w retro autobusie stojącym na trawniku. Na tablicy przy wjeździe do miasta znajduje się napis „Uchodźcy mile widziani”, na szybach barów i hosteli wiszą tabliczki „LGBT+ friendly”, podczas naszego pobytu przez główną ulicę przechodziła manifestacja w obronie praw Aborygenów. Ten klimat otwartości i tolerancji jest tym bardziej zaskakujący, gdy weźmiemy pod uwagę czarne karty tasmańskiej historii.

Protest uliczny przeciwko Australia Day, który obecnie przypada na rocznicę wylądowania Jamesa Cooka

Niedaleko Hobart przejeżdżaliśmy przez miasteczko, którego główną atrakcją był kościół zbudowany przez skazańców i dla skazańców. Architekt zaprojektował w budynku tylko jedne drzwi, aby członkowie zboru nie rozpierzchli się po okolicznym buszu. Było to jednak działanie trochę na wyrost, ponieważ tasmański busz był wtedy miejscem dla największych twardzieli – jeżeli nie dopadli Cię zbóje lub legendarnie wprost kapryśna pogoda, w nocy mogłeś się obudzić z diabłem tasmańskim wgryzionym w łydkę. A diabły nie lubią zostawiać resztek. Gdy dopadły kogoś wystarczająco osłabionego, po latach znajdowano tylko podeszwę lub pasek od spodni.

Diabeł tasmański

Potencjalnych uciekinierów odstraszała też wizja spotkania Aborygenów, którzy już dawno porzucili pokojowe nastawienie, z jakim witali pierwszych białych gości. To właśnie Tasmania jest najstarszą australijską kolonią i pierwszym miejscem starcia z aborygeńską ludnością, która nie wytrzymała zbyt długo kontaktu z zachodnią cywilizacją. Brytyjczycy przyszli, przepędzili miejscowych na najbardziej niegościnne tereny i zjedli wszystkie emu (ostatni tasmański nielot upiekł się w latach 50. XIX wieku), w zamian oferując tubylcom bogatą ofertę europejskich chorób zakaźnych, które kosiły całe wioski jak żyto. Ostatnia miejscowa Aborygenka czystej krwi zmarła w Hobart w 1876 roku, czyli niecałych 100 lat od momentu, kiedy kapitan Cook podał rękę pierwszemu z jej przodków. A i potem nie było lepiej, bo po rozprawieniu się z tubylcami Tasmańczycy wzięli się za innych bliźnich. Przez dużą część XX wieku Tasmania nazywana była „wyspą bigotów” – homoseksualizm był na niej nielegalny aż do 1997 roku.

Po zniesieniu kontrowersyjnego prawa wyspa nie tylko zrównała krok, ale wkrótce też wyprzedziła pozostałe stany. Wyspa skazańców stała się oazą tolerancji i nie boi się stawiać na nowe trendy. W ten sposób zwieńczono proces zmiany marki, który rozpoczął się już w pierwszej połowie XIX wieku. Wyspa porzuciła wtedy starszą nazwę „Ziemi Van Diemena”, kojarzącą się głównie ze skazańcami, zarośniętymi bandytami, alkoholizmem i kazirodztwem.

Piekarska samoobsługa

Chwostka szafirowa

Jednym z wyznaczników tej cichej tasmańskiej rewolucji jest MONA, Muzeum Starej i Nowej Sztuki, stworzone przez tasmańskiego milionera i kolekcjonera sztuki, Davida Walsha. Do muzeum można dopłynąć bezpośrednio z mariny ekspresowymi promami, które z zewnątrz ozdobione są charakterystycznym wzorem moro, a w środku – muralami i graffiti. Kolekcje znajdują się w rozległych, kilkupiętrowych pieczarach wykutych w podziemnej skale i obejmują szeroki zakres dzieł od czasów starożytnych do nowoczesności, od egipskich sarkofagów po interaktywne instalacje i poszerzoną rzeczywistość. Ta eklektyczna mieszanka wątków i tematów, kreatywności i wisielczego humoru sprawiła, że instytucja nazywana jest czasem „wywrotowym Disneylandem dla dorosłych”. Jednym z eksponatów jest na przykład żywy człowiek, który nosi obraz wytatuowany na swoich plecach i spędza w muzeum kilka miesięcy rocznie, siedząc na piedestale w blasku reflektorów. Prawdę powiedziawszy, podziwiam odwagę tych, którzy przyprowadzili do MONA swoje dzieci lub starszyznę rodu. Droga powrotna musiała być wypełniona pytaniami lub żenującą ciszą. Chyba właśnie o to chodziło Walshowi, który w oryginalny sposób podszedł nie tylko do wystawienia swojej kolekcji, ale też do finansowania całej instytucji. Podczas gdy wszyscy Tasmańczycy mogą odwiedzać zbiory za darmo, MONA wprowadziła poszerzony pakiet daleko wykraczający poza płatne, dożywotnie członkostwo. Za – bagatela – 75 tysięcy dolarów można wykupić pakiet „wiecznego członkostwa”, który obejmuje nie tylko wstęp na wszystkie wystawy i koncerty za życia, ale – po jego zakończeniu – także kremację i wystawienie prochów w urnie zaprojektowanej przez znaną artystkę/taksydermistkę Julię deVille. No umierać, nie żyć.

Ale jeszcze nie teraz. Na razie trochę pożyjmy i pozwiedzajmy, zwłaszcza, że Hobart jest świetnym punktem wypadowym do eksploracji wyspy.

Puszcze, raki i kopalnie

Z głównego miasta można wyruszyć w kilkudniową podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża ( mogliście ją z nami odbyć kilka lat temu w poprzednim artykule dla Zwrotu). Na południu znajduje się z kolei podwójna wyspa Bruny Island oferująca nie tylko esencję tasmańskiej fauny i flory, ale też lokalną populację walabii-albinosów. Nie wiecie, co to walabia? Już wyjaśniam. Otóż Europejczyk nazwałby ją pewnie kangurem, jednak mieszkańcy Antypodów – niczym Eskimosi rozróżniający rzekomo kilkanaście gatunków śniegu – mają dla torbaczy z podrzędu kangurokształtnych całą skalę określeń. Największe, muskularne i szczupłe są prawdziwe kangury; mniejsze, puchate i zdecydowanie częściej spotykane są walabie; na Tasmanii można się spotkać też z pademelonami osiągającymi rozmiary kota, oraz jeszcze mniejszymi bettongami, zwanymi po polsku kanguroszczurnikami. A to zaledwie jedna część miejscowych zwierząt. Czym głębiej w las, tym robi się ciekawiej. W strumykach i rzekach żyją dziobaki prawie trzykrotnie większe od kontynentalnych, w trakcie podróży często spotykaliśmy kolczatki poszukujące przekąsek w przydrożnych liściach. Na Tasmanię nigdy nie dotarły koale, jednak jest ona świetnym miejscem do obserwacji wombatów, a także torbaczy drapieżnych, które praktycznie wcale nie występują na kontynencie.

End of the Road. Dalej się nie da.

Podróż po zachodniej Tasmanii możemy rozpocząć w Cockle Creek, najbardziej wysuniętym na południe miejscem w całej Australii, do którego można dotrzeć samochodem. Stojąc na skalistym wybrzeżu znowu przypominamy sobie o tym, że z Tasmanii bliżej jest na Antarktydę, niż na tropikalną północ kontynentu – z Hobart ruszają loty na stacje polarne, w miejscowym ogrodzie botanicznym znajduje się dział flory antarktycznej. Sama Tasmania porośnięta jest krewniakami roślin porastających szczątki południowego superkontynentu Gondwany, który 180 milionów lat temu rozpadł się na Australię, Nową Zelandię, Antarktydę, Afrykę i Amerykę Południową. W chłodnych, wilgotnych lasach Tasmanii rosną bukany, czyli odpowiedniki buków z północnej półkuli. Drzewa te, które jako jedyne w Australii zrzucają liście na zimę, rosły jeszcze 3 miliony lat temu także na Antarktydzie, zanim ostatecznie nie skuł jej lód.

Arktyczna roślinność w ogrodzie botanicznym w Hobart

Ruszając na północ natykamy się na rzekę Huon, która dała nazwę kolejnemu tasmańskiemu endemitowi – sośnie Huon słynącej nie tylko z pięknego, szlachetnego drewna, ale też swojej długowieczności. Niektóre tasmańskie okazy mają aż 3000 lat i uznawane są za jedne z najstarszych żywych organizmów na ziemi. Inne miejscowe drzewa, eukaliptusy, walczą z kolei o miano najwyższych. Kilkanaście z nich dorasta do 90 metrów, a najwyższy – Centurion – przekroczył magiczną granicę 100 metrów, co zapewniło mu pozycję trzeciego najwyższego drzewa na świecie. Niemniej interesujące są niższe piętra tasmańskich lasów. W mrocznym półświatku mchów i zimnych strumieni świetnie powodzi się paprociom drzewiastym, których pnie i monstrualne wachlarze przypominają bardziej tropikalne palmy, niż paprotki z europejskich lasów. Pod ziemią, wplecione w korzenie drzew rosną trufle, jedno z kulinarnych bogactw Tasmanii. W błotnistych brzegach rzek ukrywają się z kolei gigantyczne tasmańskie raki, największe słodkowodne bezkręgowce świata, których najstarsze osobniki – a raki te mogą żyć do 60 lat – osiągają aż 80 centymetrów długości i 6 kilo wagi.

Walabia

Ausralijski sromotnik Aseroë rubra

Kolczatka

W pobliskim parku narodowym Hartz Mountains krajobraz ulega dramatycznej przemianie. Wraz z rosnącą wysokością nad poziomem morza gęste, wilgotne lasy ustępują miejsca niskiej, alpejskiej roślinności. W najwyższych partiach gołe skały otaczają niecki z mokradłami i jeziorami polodowcowymi, a karłowate drzewa i krzewy wzbijają się wyżej tylko w lecie, zanim ich kwiatów nie zerwą zimowe wichury i zamiecie śnieżne.

Alpejskie krajobrazy Hartz Mountains National Park

Połacie lasów w tak zwanej Tasmańskiej Dziczy na zachodzie wyspy przerwane są tu i tam głębokimi bliznami po wygasłym przemyśle wydobywczym, który w swoim czasie ściągał tutaj rzesze ludzi z całego świata. Dzisiaj na terenach zamkniętych kopalń złota, srebra czy miedzi pozostały tylko senne miasteczka, które starają się przekuć okruchy dziewiętnastowiecznej sławy na turystyczny potencjał. I całkiem nieźle im to wychodzi. W jednym z nich, Zeehan, spędzamy kilka godzin na zwiedzaniu jednego z najciekawszych muzeów, jakie przyszło nam zobaczyć. Centrum Dziedzictwa Zachodniego Wybrzeża to dosłownie miasto w mieście, surrealistyczny kompleks obejmujący kilka dziewiętnastowiecznych budynków, często z kompletnym wyposażeniem. Oprócz standardowych zbiorów dokumentujących życie górników, farmerów, czy lekarzy na terenie Centrum znajduje się też replika kopalni, zbiór lokomotyw, posterunek policji z celami dla aresztantów, loża masońska, a nawet cały teatr, włącznie ze starą salą bilardową, kasami biletowymi i plakatami filmów niemych.

Tunele opuszczonych kopalni

Zdjęcia w muzeum przedstawiały też walkę miejscowych z regularnie powracającym żywiołem ognia. Podczas podróży przez interior wyspy przejeżdżaliśmy kilka razy przez obszary zniszczone przez pożary buszu, z ulgą zauważając powracające życie. Między sczerniałymi pniami powalonych gigantów przeżyły niższe drzewa, które już nieśmiało zazieleniały się świeżymi pędami. W nadmorskich lasach zwęglona kora łuszczyła się pod naporem deszczu, spływała w strumieniach do podnóża wzgórz, a osadzając się, barwiła piasek plaż na kolor smoły.

Busz po pożarze

Na cieszyńskim orzechu

Po dotarciu na północ wyspy otworzył się przed nami całkowicie odmienny pejzaż. Lasy ustąpiły miejsca farmom i sadom, w których królują europejskie owoce i warzywa, czyli produkty uważane w warunkach suchej i gorącej Australii za prawie egzotyczne. Tasmania znana jest też ze znakomitych miodów eukaliptusowych, przetworów i cydrów.

The Nut i miasteczko Stanley

W końcu dotarliśmy do jednej z najciekawszych destynacji tasmańskiej północy. Rybackie miasteczko Stanley kurczy się u podnóża wulkanicznej skały zwanej przez miejscowych The Nut, czyli Orzechem. Stanley, które było niegdyś bazą wypadową dla wypraw wielorybniczych, jest obecnie Mekką wędkarzy i miłośników morskiej fauny. Wybrzeże usiane jest koloniami uchatek, kormoranów i niebieskich pingwinów małych; w samym porcie rzuciłem niecenzuralnym słowem, gdy pod moimi stopami z wody wyłoniła się ponad dwumetrowa płaszczka.

Widok z The Nut

Paprocie drzewiaste

Na The Nut można wyjść pieszo lub wyjechać kolejką, podziwiając po drodze spektakularne widoki na plaże i morze Cieśniny Bassa. Wody tej cieśniny słyną ze swojej nieprzewidywalności, gwałtownych sztormów i 15-metrowych fal, co sprawia, że wybrzeża północnej Tasmanii i południowej Wiktorii usiane są setkami wraków. Tego dnia jednak cała ta paleta zieleni i błękitów bardziej przypominała pocztówkę z Karaibów, niż cmentarzysko statków.

Weszliśmy na płaski szczyt wzgórza. Prawie w całości pokrywają go łąki, na których wszechobecne muchy uciekają przed stadami ważek, w eukaliptusowych zagajnikach na południowym stoku mieszkają z kolei płoche walabie. Cała skała o wysokości 152 metrów jest tak zwanym nekiem wulkanicznym, czyli korkiem wypełniającym krater nieistniejącego już wulkanu sprzed 16 milionów lat. Nasze śląskie serca rozgrzało trochę odkrycie, że ten tasmański Orzech jest w całości zbudowany nie z byle jakiej skały magmowej, a… z cieszynitu, który po raz pierwszy został opisany w Cieszynie, jednak oprócz pogranicza Czech i Polski występuje też w Szkocji i właśnie w Australii.

Tak więc stało się, znaleźliśmy wspomnienie rodzinnych stron nawet tutaj, na wpół drogi między Australią, a Antarktydą. Przed ojczyzną nie uciekniesz.


Migawki z podróży, które umieszczaliśmy na Instagram Stories, możesz obejrzeć TUTAJ.

Mapka wyprawy:

O poprzedniej wyprawie możesz przeczytać we wpisach Tasmania. Wschodnie wybrzeże czarciej wyspy oraz Cradle Mountain. Chłodne serce wyspy.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 2/2020.

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/feed/ 11
Podróże przy klawiaturze, czyli jak zwiedzać świat w domowej kwarantannie /2020/podroze-w-czasie-zarazy-czyli-jak-zwiedzac-swiat-w-domowej-kwarantannie/ /2020/podroze-w-czasie-zarazy-czyli-jak-zwiedzac-swiat-w-domowej-kwarantannie/#respond Wed, 18 Mar 2020 08:27:39 +0000 /?p=3377 Zamknęli puby, galerie i granice? Bez paniki – jako pełnokrwiści introwertycy służymy garścią ciekawych opcji na dnie spędzone w czterech ścianach. Wiele instytucji kulturalnych od lat oferuje wirtualne zwiedzanie swoich zbiorów. Poniżej kolekcja co ciekawszych kąsków. Wirtualne spacery Google Earth Światowe zabytki UNESCO … a wśród nich Angkor Wat, Stonehenge czy Taj Mahal. This is home, czyli kolekcja tradycyjnych domów z różnych zakątków globu Stop and Smell the Flowers – wirtualne spacery po 11 słynnych ogrodach botanicznych. Na liście znajduje się na przykład Rio de Janeiro, Sankt Petersburg, Montreal, czy tasmański Hobart. Muzea i galerie Wujek Gugiel i jego usługa Street View umożliwia też wejście do skarbców sztuki. Można się przejść na przykład po następujących placówkach: Musée d’Orsay, Paryż Wersal Uffizi Gallery, Florencja Guggenheim Museum, Nowy Jork British Museum, Londyn Rijksmuseum, Amsterdam Pergamon Museum, Berlin […]

The post Podróże przy klawiaturze, czyli jak zwiedzać świat w domowej kwarantannie appeared first on przedeptane.

]]>
Zamknęli puby, galerie i granice? Bez paniki – jako pełnokrwiści introwertycy służymy garścią ciekawych opcji na dnie spędzone w czterech ścianach.

Wiele instytucji kulturalnych od lat oferuje wirtualne zwiedzanie swoich zbiorów. Poniżej kolekcja co ciekawszych kąsków.

Wirtualne spacery Google Earth

Światowe zabytki UNESCO … a wśród nich Angkor Wat, Stonehenge czy Taj Mahal.

This is home, czyli kolekcja tradycyjnych domów z różnych zakątków globu

Stop and Smell the Flowers – wirtualne spacery po 11 słynnych ogrodach botanicznych. Na liście znajduje się na przykład Rio de Janeiro, Sankt Petersburg, Montreal, czy tasmański Hobart.

Muzea i galerie

Wujek Gugiel i jego usługa Street View umożliwia też wejście do skarbców sztuki. Można się przejść na przykład po następujących placówkach:

Musée d’Orsay, Paryż

Wersal

Uffizi Gallery, Florencja

Guggenheim Museum, Nowy Jork

British Museum, Londyn

Rijksmuseum, Amsterdam

Pergamon Museum, Berlin

The J. Paul Getty Museum, Los Angeles

Royal Ontario Museum, Toronto

Gorąco zachęcamy do obejrzenia kompletnej listy, która znajduje się TUTAJ.

Jeżeli macie z kolei 5 godzin wolnego czasu, możecie zwiedzić petersburski Ermitaż dzięki poniższemu filmowi:

 

Filharmonie i orkiestry symfoniczne

Muzyka klasyczna nie gryzie. Wiele orkiestr tymczasowo zawiesiło działalność, a na otarcie łez przygotowało wirtualne alternatywy.

Berliner Filharmoniker, Berlin – na 30 dni udostępniono kompletne archiwum nagrań

Metropolitan Opera, Nowy Jork – codziennie na stronie zostanie udostępnione jedno przedstawienie. Oryginalna transmisja odbywa się wprawdzie 30 minut po północy polskiego czasu, jednak nagranie będzie dostępne przez kolejnych 20 godzin.

Seattle Symphony, Seattle – orkiestra odegra kilka wirtualnych koncertów na swoich profilach na Facebooku i Youtube

Swój portal z darmowymi transmisjami spektakli uruchomiła także wiedeńska Staatsoper.

Darmowe ebooki

Portal Empik.pl ogłosił, że na najbliższe dwa miesiące usuwa opłatę za usługę Empik Premium, co ww praktyce oznacza, że każdy uzyskuje darmowy dostęp do 11.000 ebooków i audiobooków. Wystarczy podać swój adres e-mail TUTAJ, aby otrzymać kod dostępu.

Darmowe ebooki, publikacje i inne czytadła można poza tym zdobyć na:

Wikiźródła

wolnelektury.pl

bookini.pl

polona.pl

Mamy nadzieję, że w najbliższych dniach lista będzie pęczniała. Jeżeli odkryjecie jakieś nowe cuda, będziemy wdzięczni za cynka!

The post Podróże przy klawiaturze, czyli jak zwiedzać świat w domowej kwarantannie appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/podroze-w-czasie-zarazy-czyli-jak-zwiedzac-swiat-w-domowej-kwarantannie/feed/ 0
Łamiąca wiadomość. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nadal żyjemy. /2017/zyjemy/ /2017/zyjemy/#comments Mon, 05 Jun 2017 09:56:24 +0000 /?p=2770 Skrót wpisu: Tak, żyjemy. Nie, nic nas nie zjadło. Zimno tu, psia mać. Mamy wizę. Na długo. Ale wracamy. Na krótko. Szczegóły poniżej. Już od dłuższego czasu mnożyły się pytania o nasz dobrostan. Ba – po tym, co któregoś piątku nie wrzuciliśmy na Fejsa kolejnego zdjęcia z serii #piątkowyzwierz, niektóre osoby zaczęły się poważnie zastanawiać, czy nie pożarły nas pająki i spadomisie. Tymczasem u nas wszystko gra, a więc – parafrazując Marka Twaina – pogłoski o naszej śmierci były mocno przesadzone. Chyba jednak nadeszła pora na mały apdejt, tudzież podsumowanie ostatnich kilku miesięcy w Sydnejowicach. Co się porobiło? Oj, sporo. Jeżeli śledziliście naszą Twarzoksiążkę, to pewnie znacie historyjkę o tym, jak w ciągu jednego dnia zostaliśmy gospodarzami nowego domku, a Darek – kaleką. Może śledziliście akcję ratunkową małego ibiska, który ostatecznie nie doczekał. Działo się tego o wiele więcej, […]

The post Łamiąca wiadomość. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nadal żyjemy. appeared first on przedeptane.

]]>
Skrót wpisu: Tak, żyjemy. Nie, nic nas nie zjadło. Zimno tu, psia mać. Mamy wizę. Na długo. Ale wracamy. Na krótko. Szczegóły poniżej.

Już od dłuższego czasu mnożyły się pytania o nasz dobrostan. Ba – po tym, co któregoś piątku nie wrzuciliśmy na Fejsa kolejnego zdjęcia z serii #piątkowyzwierz, niektóre osoby zaczęły się poważnie zastanawiać, czy nie pożarły nas pająki i spadomisie. Tymczasem u nas wszystko gra, a więc – parafrazując Marka Twaina – pogłoski o naszej śmierci były mocno przesadzone. Chyba jednak nadeszła pora na mały apdejt, tudzież podsumowanie ostatnich kilku miesięcy w Sydnejowicach.

Co się porobiło?

Oj, sporo. Jeżeli śledziliście naszą Twarzoksiążkę, to pewnie znacie historyjkę o tym, jak w ciągu jednego dnia zostaliśmy gospodarzami nowego domku, a Darek – kaleką. Może śledziliście akcję ratunkową małego ibiska, który ostatecznie nie doczekał. Działo się tego o wiele więcej, w wirtualnej szufladzie leżą nam notatki i zdjęcia ze spotkania z Davidem Attenborough w Melbourne, kilku wypadów do okolicznych parków narodowych i koncertów w operze. Co tam, mamy jeszcze tony nieopublikowanych materiałów z ubiegłorocznej Nowej Zelandii i Sri Lanki! Wszystko to kisi się na dysku, ponieważ ostatnio gorąco uściskały nas realia życia na obczyźnie (dla chleba, panie, dla chleba!). Tak czy owak – nie bójta się, blogasek tylko chwilowo musiał zejść na drugi tor, nie damy mu sczeznąć. Zwłaszcza, że Darek dorobił się nowego laptopa, a więc pora zabrać się za wykopaliska w archiwum zdjęć. Na przykład takie:

… lub takie…

Ale my nie o tym. Mamy do przekazania ważniejsze wieści.

Zostajemy!

Największym wydarzeniem tego kwartału jest bezsprzecznie fakt, że otrzymaliśmy nową wizę (tu podziękowania ekipie z Bridge Agency). Cieszcie się, narody, albowiem przedłużamy naszą australijską przygodę o kolejne dwa lata i już teraz głowy nam pękają od pomysłów na to, jak zagospodarować ten czas. Mamy długą listę miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć w Nowej Południowej Walii, a jeszcze w tym roku chcielibyśmy się też wyrwać gdzieś na północ, by chociaż na chwilę uciec od sydnejskiej zimy.

Brr!

No tak, już widzimy te uniesione brwi i pobłażliwe prychnięcia. Uwierzcie nam, zima w Sydnejowicach naprawdę daje w kość. Temperatury nie spadają wprawdzie poniżej zera, ale Australijczycy nie odkryli jeszcze takich dobrodziejstw cywilizacji, jak izolacja cieplna budynków, szyby zespolone lub centralne ogrzewanie. Jeżeli na dworze pizga złem, to i w domach Sybir. Mamy więc romantykę rodem z listopadowego noclegu w schronisku PTTK – łazimy po domu w ocieplanych bluzach, zagrzewamy ręce kubkami z herbatą, na noc nie trzeba chować garnków z jedzeniem, bo w lodówce cieplej. Skończyły się czasy barbecue w ogródku, wieczorne spotkania przy papierosku przypominają konferencje Innuitów, a zakup szpetnych butów ugg nagle nie wydaje się aż tak zdrożnym pomysłem. Ostatecznym upokorzeniem jest zaś fakt, że lokalsi bez oporów popylają mroźnym rankiem po chodniku w japonkach. Albo boso. W szortach, Chryste Panie!

Nie o taką Australię walczyliśmy, ale cóż – dobrze wiedzieliśmy, w co się pakujemy. Trzeba zacisnąć szczękające zęby, nałożyć jeszcze jeden sweter i czekać na wiosnę. Powodów jest więcej.

Wracamy!

Otóż znowu skusiły nas promocyjne ceny biletów i pod koniec września zawitamy na chwilę do Ojczyzny – a raczej Ojczyzn, bo trzeba odhaczyć dwa kraje. Nacieszymy się złotą, polską jesienią i złotym, czeskim piwem, odwiedzimy stęsknione rodziny i urzędy podatkowe, może znajdzie się nawet jakiś czas na prelekcyjkę lub dwie. Naszej radości nie mąci fakt, że znowu okazaliśmy się logistycznymi sierotami i zabukowaliśmy bilety powrotne na dzień, w którym mamy iść na koncert. Po europejskiej wycieczce wrócimy więc do Sydney z potężnym, dwudniowym jetlagiem i będziemy mieli niecałe cztery godziny na to, by po kukułczemu zrzucić u kogoś manatki i ogarnąć się na tyle, aby wpuszczono nas do Opery. Nigdy nie słuchaliśmy orkiestry symfonicznej po czterech redbullach, ale wygląda na to, że to będzie ten dzień.

O tem potem, do jesieni daleko. Póki co uzbrójcie się w cierpliwość, praca wre, na dniach zaczniemy prószyć zdjęciami, wpisami i innym ciekawym kątętem. Pozdrowienia z przystanku Sydnejowice – Pizgaczewo!

The post Łamiąca wiadomość. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nadal żyjemy. appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/zyjemy/feed/ 5
Nasz rok 2016. Jak było? Jak będzie? /2017/rok-2016-podsumowanie/ /2017/rok-2016-podsumowanie/#respond Tue, 31 Jan 2017 10:00:44 +0000 /?p=2623 Wiemy. Takie podsumowania pisze się na początku stycznia, a nie trzydziestego pierwszego – ale my mamy czarny pas w prokrastynacji, więc wcale nie jest tak źle. Mogło być w czerwcu. A więc – gdzie bylim? Co zrobilim? I co teraz? Go West! Przed wyjazdem do Kangurlandii postanowiliśmy nadrobić kilka zaległości podróżniczych w Europie Zachodniej. Na pierwszy ogień poszedł Beneluks, który przez długie lata uporczywie nas unikał. W ciągu kilkudniowego traintripa nawiedziliśmy cztery państwa: po zwiedzeniu Akwizgranu i Luksemburga zrobiliśmy piwny przystanek w belgijskim Namur i zahaczyliśmy o Eindhoven. Po drodze udało nam się też obejrzeć fascynujący budynek dworca w Liege, projektu Santiago Calatravy. Ponieważ zaś wiedzieliśmy, że australijskie muzea i galerie sztuki dostają tylko okruszki z europejskich i amerykańskich instytucji, w lipcu wybraliśmy się do Paryża, aby nażreć się tej wysokiej kultury na zapas. Pochłonęliśmy Luwry i inne Orsaye (plus paryski streetart), […]

The post Nasz rok 2016. Jak było? Jak będzie? appeared first on przedeptane.

]]>
Wiemy. Takie podsumowania pisze się na początku stycznia, a nie trzydziestego pierwszego – ale my mamy czarny pas w prokrastynacji, więc wcale nie jest tak źle. Mogło być w czerwcu.

A więc – gdzie bylim? Co zrobilim? I co teraz?

Go West!

Przed wyjazdem do Kangurlandii postanowiliśmy nadrobić kilka zaległości podróżniczych w Europie Zachodniej. Na pierwszy ogień poszedł Beneluks, który przez długie lata uporczywie nas unikał. W ciągu kilkudniowego traintripa nawiedziliśmy cztery państwa: po zwiedzeniu Akwizgranu i Luksemburga zrobiliśmy piwny przystanek w belgijskim Namur i zahaczyliśmy o Eindhoven. Po drodze udało nam się też obejrzeć fascynujący budynek dworca w Liege, projektu Santiago Calatravy.

Ponieważ zaś wiedzieliśmy, że australijskie muzea i galerie sztuki dostają tylko okruszki z europejskich i amerykańskich instytucji, w lipcu wybraliśmy się do Paryża, aby nażreć się tej wysokiej kultury na zapas. Pochłonęliśmy Luwry i inne Orsaye (plus paryski streetart), a więc chyba jesteśmy przygotowani na dłuższą głodówkę.

Przygotowania do dnia D.

Cały rok 2016 mijał nam pod znakiem wyjazdu – gromadzenia dokumentów i sprzętów, ale też stopniowego odcinania pępowin. Pożegnaliśmy się nie tylko z naszym mieszkaniem i samochodem, ale przede wszystkim z rodziną i przyjaciółmi.

Dużo zmartwień przysporzyła nam likwidacja domowej biblioteczki, która po apelu o pomoc zmieniła się w zbiorową adopcję. Nasze papierowe dzieci znalazły nowe schronienie na półkach kilkunastu znajomych, w dwóch czeskich bibliotekach oraz w cieszyńskiej kawiarni literackiej Kornel i Przyjaciele. Prawda, wiele książek pożegnaliśmy z bólem serca, ale cieszymy się, że i one zaczęły nowe życie.

Co tu dużo mówić, emocjonalnie przypominało to jazdę na kolejce górskiej. Było tak pięknie i smutno zarazem, że nasze mózgi nie były w stanie tego ogarnąć – do końca nie docierała do nas świadomość, że rzucamy to wszystko w diabły; że za miesiąc, tydzień, dzień, TERAZ wybywamy na drugi koniec świata. Nie ogarnęliśmy tego ani w drodze na lotnisko w Pradze, ani w samolocie do Kolombo, ani w pociągu pełznącym na plantacje cejlońskiej herbaty.

Sri Lanka

Kilka miesięcy przed wyjazdem skupialiśmy się wyłącznie na Australii, odstawiając biedną Sri Lankę na boczny tor. Jeszcze nigdy nie zdarzyło nam się zwiedzać nowego kraju bez chociażby minimalnego przygotowania, a tu taka wtopa – wylądowaliśmy w Kolombo zieloni jak limonki. Zero informacji, zero pomysłów, zero planów. Dupy, nie podróżnicy.

Na szczęście – jak już pisaliśmy wcześniej – na miejscu podała nam pomocną blogerską dłoń Hanna z Plecak i Walizka. W jeden wieczór i kilka browców przygotowała nas do tej przygody, a więc nie zginęliśmy marnie. Przywieźliśmy mnóstwo ciekawych przeżyć, zdjęć, anginę i mrówki w plecaku.

Południowy świat i okolice

Od połowy września straszymy już w naszych upragnionych Sydnejowicach. Na szczęście oboje szybko znaleźliśmy pracę – na razie całkiem się układa, więc na pewno chwilę tu zabawimy.

Poznaliśmy – i cały czas poznajemy – masę ciekawych ludzi. W końcu udało nam się spotkać Emilkę z bloga Australopitek, niedawno przejściową sydnejowiczanką została też Kamila z Kami Everywhere. Z nią i z paczką znajomych spędziliśmy już nasze drugie Boże Narodzenie na Antypodach – wspólnie udało nam się skombinować i barszcz, i uszka, i sałatkę ziemniaczaną. Była Wigilia, że wombat nie siada.

Czas między szkołą a pracą wypełniamy wypadami do Opery (dziwacznym, ale niezapomnianym przeżyciem był na przykład koncert Davida Helfgotta, bohatera filmu „Shine”), ze sztukami plastycznymi też nie jest aż tak źle, w październiku udało nam się załapać na wystawę Fridy Kahlo.

W ramach możliwości staramy się też wyjeżdżać za miasto. Po ubiegłym, epicko spapranym wyjeździe do Blue Mountains udało nam się wrócić i poprawić karmę. Oprócz Gór Błękitnych odwiedziliśmy też kilka parków narodowych w bliższej lub dalszej okolicy Sydney, a – co by nie gnuśnieć tylko w buszu – pod koniec grudnia pojechaliśmy sobie pognuśnieć też na Nową Zelandię.

Nasze archiwum zdjęć pęcznieje, a więc postaramy się stopniowo dodawać relacje ze wszystkich odwiedzonych miejsc.

Ale wiecie – czarny pas.

Co dalej?

Nowy rok już teraz zapowiada się ciekawie. Za dwa tygodnie lecimy do Melbourne na spotkanie z pewnym niesamowitym człowiekiem (o którym na razie nie możemy Wam powiedzieć), a w drugim kwartale szykujemy większy wypad (o którym już w ogóle ani mru mru). Także tego. Ekscytujące, c’nie?

Zanim skończy się sydnejskie lato, chcielibyśmy zrobić jeszcze parę wypadów do okolicznych parków, szykuje się też arcysmaczny sezon w Operze – już buknęliśmy tikety na kilka super iwentów!

Dziękujemy i Wam za ten rok, ptysie Wy nasze. Każdemu i każdej z osobna. Strona Przedeptane.pl podwoiła liczbę odwiedzin, a fanpejdż na Pyskoksiążce – liczbę fanów.  Wasze maile, pytania i komentarze nieustannie umacniają nas w przekonaniu, że to, co robimy, ma sens. W tym roku chcielibyśmy dalej rozwijać bloga i dokonać kilku poważnych zmian, o których na pewno dowiecie się na fejsie lub z naszego Newslettera.

Do przeczytania, a może nawet do zobaczenia, jeżeli też zawieje Was na południe. Czekamy niegrzecznie na końcu świata.

The post Nasz rok 2016. Jak było? Jak będzie? appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/rok-2016-podsumowanie/feed/ 0
Rzym. Sanktuarium kotów w starożytnej świątyni. /2016/rzym-sanktuarium-kotow/ /2016/rzym-sanktuarium-kotow/#comments Wed, 17 Feb 2016 08:50:24 +0000 /?p=1719 W samym sercu Rzymu znajduje się małe królestwo kotów. Na pierwszy rzut oka plac Largo di Torre Argentina nie wyróżnia się niczym specjalnym – ot, kolejny zabytek sprzed ponad 2000 lat. Phi. Znajdujące się tutaj świątynie należą do najstarszych w całym mieście – a akurat w Rzymie konkurencja jest raczej duża. Pierwszą z nich zbudowano w 241 roku p.n.e. na cześć zwycięstwa Gajusza Lutacjusza Katulusa nad Kartagińczykami podczas pierwszej wojny punickiej. Ruiny zostały jednak odkryte dopiero w XX wieku, a dzisiaj otacza je ze wszystkich czterech stron ruchliwa ulica. Ludzie kupują pizzę na metry w sklepiku, opierają się o barierkę i pstrykają focie historii. Rzymska codzienność. Jeżeli jednak postoisz chwilę dłużej, zauważysz, że między kolumnami i resztkami murów cuś się rusza. Jeden, dwa, osiem… kilkadziesiąt kotów? Futrzaki wygrzewają się w słońcu i są tak zadbane i wykarmione, że czasem wzgardzą nawet kawałkami salami, które […]

The post Rzym. Sanktuarium kotów w starożytnej świątyni. appeared first on przedeptane.

]]>
W samym sercu Rzymu znajduje się małe królestwo kotów.

Na pierwszy rzut oka plac Largo di Torre Argentina nie wyróżnia się niczym specjalnym – ot, kolejny zabytek sprzed ponad 2000 lat. Phi.

Znajdujące się tutaj świątynie należą do najstarszych w całym mieście – a akurat w Rzymie konkurencja jest raczej duża. Pierwszą z nich zbudowano w 241 roku p.n.e. na cześć zwycięstwa Gajusza Lutacjusza Katulusa nad Kartagińczykami podczas pierwszej wojny punickiej. Ruiny zostały jednak odkryte dopiero w XX wieku, a dzisiaj otacza je ze wszystkich czterech stron ruchliwa ulica. Ludzie kupują pizzę na metry w sklepiku, opierają się o barierkę i pstrykają focie historii. Rzymska codzienność.

Largo di Torre Argentina, Rzym, koty

Jeżeli jednak postoisz chwilę dłużej, zauważysz, że między kolumnami i resztkami murów cuś się rusza. Jeden, dwa, osiem… kilkadziesiąt kotów? Futrzaki wygrzewają się w słońcu i są tak zadbane i wykarmione, że czasem wzgardzą nawet kawałkami salami, które podają im przez kraty miłościwi pizzożercy.

Largo di Torre Argentina, Rzym, koty, kot

Za pierwszym razem trafiliśmy tu przez przypadek, jednak podczas kolejnych odwiedzin Rzymu postanowiliśmy wrócić i przyjrzeć się bliżej całej sprawie. Okazało się, że w jednym z rogów placu znajduje się wejście do sanktuarium kotów, a w nim – kolejne dziesiątki mruczysławów. Oprócz stałych bywalców, którzy swobodnie kursują między biurem a ruinami, w pomieszczeniach znajdują się też klatki z kwarantanną dla świeżo odratowanych zwierząt i pacjentów po zabiegach. Można przyjść i pomiziać, ewentualnie kupić kocie pamiątki w sklepiku.

Largo di Torre Argentina Rzym koty kot sanktuarium

I tu małe post scriptum w szczytnej sprawie

Obchodzimy dzisiaj Światowy Dzień Kota (17 luty). Rzymskie sanktuarium – jak wiele podobnych placówek – od początku toczy walkę o finanse. Obecnie jeszcze jakoś dycha, ale podobno grozi mu likwidacja. Jeżeli chcesz wesprzeć działalność tego niezwykłego miejsca, a akurat nie masz po drodze do Rzymu, możesz zrobić to wirtualnie na stronie www.romancats.com. Możesz też zdalnie zaadoptować jednego z ponad 150 rezydentów lub zostawić miłe słowo na Facebooku.

W imieniu rzymskich kotów mruczymy „grazie”!

The post Rzym. Sanktuarium kotów w starożytnej świątyni. appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/rzym-sanktuarium-kotow/feed/ 18
Światowy street art na polskich blogach /2015/swiatowy-street-art-na-polskich-blogach/ /2015/swiatowy-street-art-na-polskich-blogach/#comments Wed, 30 Dec 2015 07:12:34 +0000 /?p=1498 Street art rządzi! Zapraszamy na spotkanie z najbardziej kolorowymi ulicami świata w obiektywach najciekawszych polskich bloggerów. Jeżeli kręci Cię sztuka ulicy, to na zakończenie roku mamy dla Ciebie mały prezent. Dzięki współpracy z zaprzyjaźnionymi blogami przygotowaliśmy listę galerii street artu z różnych zakątków świata – od Anglii do Australii, od Boliwii po Indie. Wpisy zostały podzielone alfabetycznie według nazw krajów i każdy ma identyczny format: nazwa kraju / miasto / adres bloga + link do pełnej galerii / krótki opis autora. Czas, start! * Anglia Miasto: Londyn, Camden Town Blog: The Ollie „Street art to sztuka niepokorna, czasami jednak romansująca z władzami miast lub wspierająca ważne projekty. Może nią być wszystko: pięknie namalowane graffiti, kawałek ceramiki przytwierdzonej do muru, malunek na gumie do żucia, plama po farbie na ścianie opatrzona napisem lub drewniane klocki na lampie. Może nią być […]

The post Światowy street art na polskich blogach appeared first on przedeptane.

]]>
Street art rządzi! Zapraszamy na spotkanie z najbardziej kolorowymi ulicami świata w obiektywach najciekawszych polskich bloggerów.

Jeżeli kręci Cię sztuka ulicy, to na zakończenie roku mamy dla Ciebie mały prezent. Dzięki współpracy z zaprzyjaźnionymi blogami przygotowaliśmy listę galerii street artu z różnych zakątków świata – od Anglii do Australii, od Boliwii po Indie.

Wpisy zostały podzielone alfabetycznie według nazw krajów i każdy ma identyczny format: nazwa kraju / miasto / adres bloga + link do pełnej galerii / krótki opis autora. Czas, start!

*

Anglia

Miasto: Londyn, Camden Town

Blog: The Ollie

„Street art to sztuka niepokorna, czasami jednak romansująca z władzami miast lub wspierająca ważne projekty. Może nią być wszystko: pięknie namalowane graffiti, kawałek ceramiki przytwierdzonej do muru, malunek na gumie do żucia, plama po farbie na ścianie opatrzona napisem lub drewniane klocki na lampie. Może nią być to, czego inni sztuką nie nazwą, a wręcz przeciwnie.”

5ffdf4b4-3ce3-4dc3-9e84-74b3eb3ef491

*

Miasto: Londyn

Blog: PołączKropki

„Kolorowa ulica pełna ciekawych poglądów przelanych na mury :)”

91f239ac-8d45-4057-81d9-8d48f741c904

Australia

Miasto: Melbourne

Blog: Where Is Juli

„To, co się tu dzieje – to szaleństwo. Melbourne jest australijską stolicą kawy i street art’u.”
unnamed

*

Miasto: Melbourne

Blog: Przedeptane

„Melbourne kocha kontrasty i dumnie niesie sztandar sztuki ulicznej – czasem streetartowe dzieła znajdują się w bezpośrednim pobliżu pięknie zachowanych dziewiętnastowiecznych budynków.”

melbourne, Australia, Street art

Belgia

Miasto: Bruksela

Blog: Kreatywnie o świecie

„Podążając szlakiem belgijskich murali można poczuć się jak w bajce…”

a602b876-16aa-4e5a-9d27-81fd1243b324

Boliwia

Miasto: Cochabamba

Blog: Bolivia In My Eyes

„Cochabamba jest najprawdopodobniej centrum sztuki ulicznej w Boliwii. To tutaj co kilka lat odbywa się festiwal sztuki ulicznej skupiający jednych z najlepszych artystów graffiti Ameryki Południowej – Bienal de Arte Urbano (BAU) Cocha.”

Boliwia

Bułgaria

Miasto: Veliko Tarnovo

Blog: Kami and the rest of the world

„Gdziekolwiek jadę próbuję poznać lokalną scenę street artową. Na moim blogu można znaleźć wiele galerii z najlepszymi muralami i nie tylko z całego świata! Zapraszam!”

6b3fcd8c-d618-40de-98f8-639e1cfefe92

Chile

Miasto: Santiago

Blog: www.notravelnofun.com

Moim ulubionym chilijskim twórcą jest Inti Castro z Valparaiso. Jego miasto rodzinne to muralowa mekka, razem z tęczowymi domami na wzgórzach tworzy jedno z najbardziej kolorowych miejsc na świecie. W Santiago najbardziej kolorową dzielnicą jest Bellavista i rewelacyjne muzeum pod gołym niebem z czterdziestoma pracami (łącznie 4200 m2 sztuki ulicznej). Muralową wisienką na torcie jest stacja metra Bellas Artes (zdjęcie poniżej).

Chile street art

Indie

Miasto: Waranasi

Blog: www.dwarazyziemia.pl

„Co ma wspólnego street art ze świętością i co to jest GHAT-ffiti? Odpowiedzi szukajcie w Indiach!”

93083444-3822-4e8b-b10a-04f5bca3afc4

Indonezja

Miasto: Yogakarta

Blog: Emi W Drodze

„Yogyakarta to indonezyjska stolica sztuki – ulicznej, ale nie tylko.”

80f05df1-5080-4cc0-8864-d7807aae2f53

Izrael

Miasto: Jerozolima

Blog: Łukasz Kędzierski: podróże i fotografia

„Zaskoczyło mnie, że na zwykłym targu gdzie zaopatrują się mieszkańcy Jerozolimy jest tyle sztuki. Wspaniałe i kolorowe rolety zachęcają aby przyjść tu podczas Szabatu, aby w ciszy i spokoju wszystko dokładnie zobaczyć.”

fb9d0759-43cf-456e-8a17-7f3af08e9629

Kuba

Miasto: Havana

Blog: Planet Kiwi

„Niezwykła uliczka Callejon de Hamel w Havana Centro na Kubie, będąca mekką ulicznych artystów, o której nie przeczytasz w przewodniku :)”

Kuba, Havana, Planet Kiwi, street art, streetart

Malezja

Miejsce: Georgetown

Blog: Gadulec

„Po uliczkach Georgetown można wędrować godzinami w poszukiwaniu kolejnych ulicznych cudów. To naprawdę magiczne miasto, jedno z najbardziej urokliwych w całej Malezji!”

Malezja, Georgetown, Gadulec, street art

*

Miasto: Georgetown

Blog: PatTravel

„Eksploruję przestrzenie miejskie poszukując artystycznych instalacji, murali oraz satyrycznych i zaangażowanych społecznie szablonów, plakatów i wlepek.”

134942f3-c8f4-4dbf-9e97-19cf8fdd0ffd

*

Miasto: Ipoh

Blog: Hamak Life

„Stolicą malezyjskiego street artu jest Georgetown…ale ja proponuję nieco przewrotną kolejność. Jedźcie najpierw do Ipoh i dajcie nura w okolice Jalan Sultan Iskandar. To będzie świetna przystawka do dania głównego…już w Georgetown ;)”

bfaa7edb-3aa7-4ac8-b64e-03e0b4945df8

Niemcy

Miasto: Berlin

Blog: Poszli Pojechali

„Uwielbiamy podwórko przy Rosenthaler Strasse w Berlinie. Ściany są częścią całości – klimatu podwórka, knajp dookoła oraz ludzi odwiedzających to miejsce.”

b186dd5b-f2b6-4ecb-a0fa-431b743346b9

Polska

Miasto: Łódź

Blog: Szymon Podróżnik

„Dziś wiele miast kłóci się o to, które z nich powinno być nazwane stolicą murali, które ma ich najwięcej. Dla mnie nie ma dyskusji w tym temacie. Oczywiście Łódź!”

7-001

*
Miasto: Warszawa

Ulice: Mała, Stalowa, Brzeska, Tagowa, Ząbkowska i 11 listopada.

Blog: MereczOnTheGo

„Murale na warszawskiej Pradze Północ nie są przypadkowe. To wspaniałe dzieła takich autorów jak Diego Miedo, Michal Skapa, Julien de Casabianca, Wulfius Dmytro, Loesje czy Eltono.”
c8acbba7-5303-443b-ab3b-76d292b84d15

Norwegia

Miasto: Bergen

Blog: Kołem Się Toczy – ciekawe miejsca w Bergen – street art

„Właściwie nie po to jechałem do norweskiego Bergen, jednak street art w tym mieście zdecydowanie przyćmił wszystkie inne miejsca, które początkowo uznawałem za najciekawsze, żelazne punkty programu.”

Norwegia, Bergen, Kołem Się Toczy, street art

Portugalia

Miasto: Porto

Blog: Podróże Po Europie

„Uwielbiamy olbrzymie murale, najlepiej kilkumetrowej wysokości i podobnej szerokości. Dotychczas największe wrażenie zrobiły na nas Bruksela oraz Lizbona. W tym pierwszym mieście znaleźliśmy olbrzymie murale związane z komiksami, które uwielbiamy – natomiast Lizbona zachwyciła nas również bardzo wysoką jakością i oryginalnością prac.”

street art, Porto, podrozepoeuropie.pl

Wyspa Reunion, Ocean Indyjski

Miasto: Saint-Denis

Blog: Ethno passion

„Gdzie jest Gouzou? Na francuskiej wyspie Reunion ukryty jest w różnych miejscach. Zapraszam na wyprawę w poszukiwaniu Gouzou!”

ethnopassion

Włochy

Miasto: Sardynia

Blog: Kanoklik

„Z czym kojarzy się Wam Sardynia ?? Z plażami, pięknymi widokami ?? Z tym też – jednak mi zawsze będzie przypominała o niezwykłych muralach z Orgosolo.”

a2e7a901-8e35-4810-b46d-25b7b1dda432

STREET ART – BONUSY I RODZYNKI

Miasto: Czarnobyl, Ukraina

Blog: LuckyTrip

a2407281-0b92-4694-a6a1-b09ce51954fe

Miasto: Ustroń, Polska

Blog: Znajkraj

„Mural na bibliotece publicznej w Ustroniu pokrywa siedem ścian budynku, przedstawia na jednej ze ścian wnętrza biblioteki w Dublinie, na innej wnętrza biblioteki w Edynburgu, a na pozostałych portret miejscowego bibliofila Jana Wantuły i przedwojenne fotografie Ustronia.”

odwazny-mural-na-scianie-starej-szkoly-beskid-slaski-2015-szymon-nitka-6938

The post Światowy street art na polskich blogach appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/swiatowy-street-art-na-polskich-blogach/feed/ 6
Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 2 /2015/street-art-na-antypodach-02-melbourne-czesc-2/ /2015/street-art-na-antypodach-02-melbourne-czesc-2/#comments Mon, 30 Nov 2015 07:38:23 +0000 /?p=1452 Podróż do samego serca australijskiego street artu. Jakiś czas temu zabraliśmy Was na street artową wycieczkę na obrzeża Melbourne, tym razem uderzamy w samo serce lokalnej sceny. W centrum miasta, zaledwie kilkanaście metrów od stylowych kafejek i galerii, znajduje się kilka wąskich przejść, które przyciągają zarówno artystów, jak i fanów sztuki ulicy. Prac jest tyle, że w niektórych miejscach wzajemnie się zakrywają lub płynnie przelewają w kolejne warstwy symboli i motywów. Zresztą – koniec gadania, jedziemy z tym koksem.   Street art w Melbourne – miejsca Wszystkie zdjęcia wykonane zostały w pobliżu skrzyżowania ulic  Hosier Lane oraz Ruthledge Lane, kilkadziesiąt metrów od Federation Square i dworca kolejowego. To jednak nadal tylko mała próbka tego, co możecie zobaczyć w Melbourne. Oprócz prac w dzielnicach Fitzroy i Brunswick, które mogliście podziwiaćw naszym pierwszym wpisie, warto zajrzeć też na następujące ulice […]

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 2 appeared first on przedeptane.

]]>
Podróż do samego serca australijskiego street artu.

Jakiś czas temu zabraliśmy Was na street artową wycieczkę na obrzeża Melbourne, tym razem uderzamy w samo serce lokalnej sceny. W centrum miasta, zaledwie kilkanaście metrów od stylowych kafejek i galerii, znajduje się kilka wąskich przejść, które przyciągają zarówno artystów, jak i fanów sztuki ulicy.

street art, Melbourne

street art, Melbourne

street art, Melbourne

Prac jest tyle, że w niektórych miejscach wzajemnie się zakrywają lub płynnie przelewają w kolejne warstwy symboli i motywów. Zresztą – koniec gadania, jedziemy z tym koksem.

street art melbourne australia

melbourne streetart

street art melbourne australia

melbourne streetart

melbourne streetart

street art australia

street art melbourne australia

street art melbourne

 

Street art w Melbourne – miejsca

Wszystkie zdjęcia wykonane zostały w pobliżu skrzyżowania ulic  Hosier Lane oraz Ruthledge Lane, kilkadziesiąt metrów od Federation Square i dworca kolejowego.

To jednak nadal tylko mała próbka tego, co możecie zobaczyć w Melbourne. Oprócz prac w dzielnicach Fitzroy i Brunswick, które mogliście podziwiaćw naszym pierwszym wpisie, warto zajrzeć też na następujące ulice (patrz źródło).

  • Caledonian Lane, w pobliżu Little Bourke Street
  • Union Lane, w pobliżu  Bourke Street Mall
  • Tyły 280 Queen Street w Finlay Avenue
  • 21 Degraves Street
  • Cnr Flinders Lane oraz Cocker Alley
  • 122 Palmerston Street, Carlton
  • Centre Place, między Collins Street i Flinders Lane

Oczywiście zapraszamy też na naszego Instagrama, gdzie znajdziecie więcej migawek z naszej ostatniej podróży.

#streetart #Melbourne #exploringaustralia

A photo posted by @przedeptane on

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 2 appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/street-art-na-antypodach-02-melbourne-czesc-2/feed/ 9
Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 1 /2015/street-art-melbourne-1/ /2015/street-art-melbourne-1/#comments Sun, 04 Oct 2015 22:27:20 +0000 /?p=1135 Zasiali murale, czyli australijska sztuka w spreju. Street art rządzi w Melbourne. Może pamiętacie skromną galerię streetartu z Cairns i Alice Springs sprzed dwóch lat. Tym razem udało nam się trafić na lepsze złoże :) Podczas gdy inne metropolię inwestują w usuwanie nielegalnych murali, Melbourne dumnie niesie sztandar sztuki ulicznej – na terenie miasta można znaleźć kilka ulic i dzielnic, w których praktycznie każda ściana pokryta jest jakąś grafiką. Czasem streetartowe dzieła znajdują się w bezpośrednim pobliżu pięknie zachowanych dziewiętnastowiecznych budynków – na przykład poniższa para zdjęć wykonana została na jednej ulicy, w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Zresztą cała niniejsza galeria fotek powstała w trakcie niespełna półgodzinnego spaceru przez dzielnice Fitzroy i Brunswick. Właściciele domów lub sklepów często sami zapraszają graficiarzy do ozdobienia fasad ich budynków muralami, czego wynik możecie zobaczyć poniżej na przykład na zdjęciu […]

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 1 appeared first on przedeptane.

]]>
Zasiali murale, czyli australijska sztuka w spreju. Street art rządzi w Melbourne.

Może pamiętacie skromną galerię streetartu z Cairns i Alice Springs sprzed dwóch lat. Tym razem udało nam się trafić na lepsze złoże :) Podczas gdy inne metropolię inwestują w usuwanie nielegalnych murali, Melbourne dumnie niesie sztandar sztuki ulicznej – na terenie miasta można znaleźć kilka ulic i dzielnic, w których praktycznie każda ściana pokryta jest jakąś grafiką. Czasem streetartowe dzieła znajdują się w bezpośrednim pobliżu pięknie zachowanych dziewiętnastowiecznych budynków – na przykład poniższa para zdjęć wykonana została na jednej ulicy, w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Zresztą cała niniejsza galeria fotek powstała w trakcie niespełna półgodzinnego spaceru przez dzielnice Fitzroy i Brunswick.

Melbourne street art

Właściciele domów lub sklepów często sami zapraszają graficiarzy do ozdobienia fasad ich budynków muralami, czego wynik możecie zobaczyć poniżej na przykład na zdjęciu murala z modliszką albo elewacji przedszkola. Ale dość gadania – cieszcie oko!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Three_Rectangles2

(kliknij i przeskroluj dolnym paskiem przeglądarki, bo duże toto)
imageX

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Three_Rectangles3

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mało? Będzie więcej. Wkrótce dodamy jeszcze jedną kolekcję zdjęć, które wykonaliśmy w jednej z głównych streetartowych ulic w samym centrum miasta.

Street art w Melbourne – dodatkowe informacje:

Jeżeli wybierasz się do Melbourne i chcesz wyruszyć podobnym szlakiem, to pod tym linkiem znajdziesz listę najważniejszych miejsc oraz inne przydatne informacje. Warto też polubić Facebookowy fanpage poświęcony tej tematyce.

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 1 appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/street-art-melbourne-1/feed/ 13
Australia 3.0 /2015/australia-3-0/ /2015/australia-3-0/#comments Sun, 27 Sep 2015 19:00:07 +0000 /?p=1127 Stwierdziliśmy, że nadal jesteśmy wystarczająco młodzi na podejmowanie nierozsądnych decyzji. Oops, we’ll do it again! Grudniowy wypad na Antypody pozostawił w nas ogromny niedosyt i nie możemy tego tak zostawić. Za rok sprzedamy więc przysłowiową lodówkę i wyjedziemy do Australii na trzeci i – miejmy nadzieję – najdłuższy pobyt! Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już w przyszłym sierpniu lub wrześniu znowu wrócimy do naszych pierzastych przyjaciół spod Opery, rozpoczynając kolejną przygodę życia. Plany są duże i najbliższych kilkanaście miesięcy wypełnionych będzie głównie pracą i intensywnymi przygotowaniami, jednak blog w żaden sposób na tym nie ucierpi – mamy w zanadrzu mnóstwo materiałów i zdjęć z ostatniej wyprawy, szykujemy artykuły do gazet, wkrótce ruszą też regularne prelekcje podróżnicze. Trzymajcie więc kciuki i wpadajcie od czasu do czasu. Będzie warto, obiecujemy :)

The post Australia 3.0 appeared first on przedeptane.

]]>
Stwierdziliśmy, że nadal jesteśmy wystarczająco młodzi na podejmowanie nierozsądnych decyzji. Oops, we’ll do it again!

Grudniowy wypad na Antypody pozostawił w nas ogromny niedosyt i nie możemy tego tak zostawić. Za rok sprzedamy więc przysłowiową lodówkę i wyjedziemy do Australii na trzeci i – miejmy nadzieję – najdłuższy pobyt! Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już w przyszłym sierpniu lub wrześniu znowu wrócimy do naszych pierzastych przyjaciół spod Opery, rozpoczynając kolejną przygodę życia.

kakadu Sydney przedeptane Australia

Plany są duże i najbliższych kilkanaście miesięcy wypełnionych będzie głównie pracą i intensywnymi przygotowaniami, jednak blog w żaden sposób na tym nie ucierpi – mamy w zanadrzu mnóstwo materiałów i zdjęć z ostatniej wyprawy, szykujemy artykuły do gazet, wkrótce ruszą też regularne prelekcje podróżnicze.

Trzymajcie więc kciuki i wpadajcie od czasu do czasu. Będzie warto, obiecujemy :)

The post Australia 3.0 appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/australia-3-0/feed/ 12
Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/ /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/#comments Sun, 17 May 2015 11:42:48 +0000 /?p=661 U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt. Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego. Samotnia dla pół miliona ludzi Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo […]

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt.

Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego.

Rottnest Island, Australia

Samotnia dla pół miliona ludzi

Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo jedyną destynacją w Perth. Nie zgadzamy się z takim oszczerstwem, ale fakt faktem – wyspa od początku znajdowała się na szczycie naszej listy australijskich marzeń.

Z lądu można na nią dotrzeć jedynie promem, który wyrusza w podróż kilka razy dziennie. Wyspę najlepiej jest zwiedzić na siodełku rowerowym, a więc oprócz biletu na prom przewoźnicy oferują także całodniowe wypożyczenie roweru i sprzętu do snorkelingu. Cena całego pakietu przekracza wtedy 150 australijskich dolarów, ale warto zainwestować – na wyspie obowiązuje bowiem zasada „czym dalej od przystani, tym mniej luda”, dzięki dwom kółkom każdy może więc w kilkanaście minut znaleźć dla siebie bezludną plażę. A te są tutaj naprawdę przepiękne.

plaża na Rottnest Island

Wyspę zamieszkuje około 100 stałych mieszkańców, jednak rocznie odwiedza ją aż 500.000 turystów (prawdziwa inwazja zaczyna się w okresie świątecznym), okolice przystani są więc często nieznośnie zatłoczone i gwarne. Większość turystów pozostaje jednak w restauracjach przy molo i nie zapuszcza się dalej, pozostawiając całą resztę wyspy bardziej zdeterminowanym zwiedzającym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

19 kilometrów kwadratowych przecina kilkadziesiąt kilometrów szlaków rowerowych, na całodniową wycieczkę może się więc porwać każdy w miarę zdrowy i sprawny ludź. Przed wyprawą dobrze jednak zadbać o zapasy wody i krem z mocnym filtrem (50+), ponieważ niektóre dłuższe fragmenty trasy prowadzą przez miejsca bez najmniejszego skrawka cienia, a australijskie słońce potrafi okrutnie dopiec, o czym przekonaliśmy się dosłownie na własnej skórze. Jednodniowa wycieczka, dwa tygodnie leczenia poparzeń słonecznych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale nie chcemy was straszyć – naprawdę jest co podziwiać! Nie samym morzem człowiek żyje – wyspę porastają wielkie połacie traw i krzewów, na wzgórzach leżą (sic!) drzewa, wysmagane przez wiatr do fantastycznych kształtów. Codziennie po południu Perth odwiedza bryza morska znad Oceanu Indyjskiego (tzw. „Freemantle Doctor”), dzięki której oprócz miana najbardziej słonecznej metropolii uzyskało także status trzeciego najbardziej wietrznego miasta na świecie.

W pobliżu przystani znajduje się kilka słonych (i cuchnących) jeziorek zamieszkanych przez bajeczną kolekcję wodnych ptaków. Także przybrzeżne wody tętnią życiem – oprócz mew, pelikanów i innego wodnego ptactwa  można się tutaj natknąć na płaszczki i delfiny, z kolei kamieniste podłoże wnętrza wyspy jest świetnym środowiskiem dla gadów. Często widywaliśmy duże, leniwe jaszczurki, dwa razy musieliśmy w ostatniej chwili hamować, aby nie przejechać jadowitego węża wygrzewającego się na asfalcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W gnieździe szczurów

Głównym magnesem na zwierzolubnych turystów są jednak kuoki (ang. quokka). Pierwsi holenderscy odkrywcy pisali o wyspie zamieszkanej przez „dzikie koty”. Gdy w 1696 roku dotarł tutaj kapitan Willem de Vlamingh, także on natknął się na niezliczone stada zwierząt, które – ku jego niezmiernemu zaskoczeniu – często poruszały się na dwóch tylnych łapach. Odkrywca nadał więc wyspie nazwę „Rotte nest”, czyli „gniazdo szczurów”.

quokka, Australia

Kuoki nie są jednak spokrewnione ze szczurami ani z innymi gryzoniami – to torbacze wielkości kota (waga 5 kg, wiek – do 5 lat). Wcześniej żyły także na australijskim lądzie, gdzie zostały jednak wyparte przez ludzi i drapieżniki sprowadzone z Europy. Nic dziwnego – to spokojne, a nawet flegmatyczne zwierzaki, których strategia obronna opiera się z reguły na staniu bez ruchu i robieniu słodkiej miny. Dzisiaj miejsca ich występowania można policzyć na palcach jednej ręki, przy czym wyspa pozostaje ich największym schronieniem.

Na Rottnest Island kuoki nie mają żadnych naturalnych wrogów i oswoiły się do tego stopnia, że często same podchodzą i szukają kontaktu z ludźmi. W trakcie jednego z postojów nasze rowery zostały „zaatakowane” przez całe stado – zwierzaki oblizywały łańcuchy, obwąchiwały torby, a nawet powskakiwały do wózka rowerowego w poszukiwaniu jedzenia.

compo

Ostatnio hitem australijskiego Internetu stały się zdjęcia „selfie” z kuokami, co bardzo nie podoba się ekologom. Władze wyspy rozmieszczają tabliczki ostrzegające przed zbytnim spoufalaniem się ze zwierzętami, nie wolno ich karmić ani dotykać – chociaż my kilka razy nie mieliśmy innej możliwości, gdy futrzaki za nic nie chciały odejść od rowerów, a zwykłe „kszsz” nie pomagało. Kuoki najwidoczniej nie czytają tabliczek – najczęściej spotykaliśmy je właśnie w pobliżu terenów zabudowanych, a nie na rozległych, pustych obszarach wyspy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Największą atrakcją Rottnest Island pozostaje jednak malownicze wybrzeże. Przejeżdżając wzdłuż niego można zatrzymywać się dosłownie co kilka minut, by odwiedzić kolejne miejsce, w którym biały piasek styka się z turkusową wodą. Czasem spokój naruszają okrzyki i muzyka złotej młodzieży, która przybywa tutaj na własnych jachtach z Perth, aby wypić kilka piw i popływać na wakeboardach – zawsze można jednak spakować manatki i już kawałek dalej znaleźć plażę, która jest całkowicie pusta i cicha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piekło, raj

Sielankowe krajobrazy kryją w sobie też mroczne tajemnice – w XVIII i XIX wieku wyspa była na zmianę bazą wojskową, kolonią karną i więzieniem dla tubylców. Zesłanie na wyspę było dla nich podwójną karą, ponieważ uważali ją za święte miejsce; nazywali ją „Winnaitch”, siedzibą duchów zakazaną dla człowieka. W okropnych warunkach i stresie ginęli więc w zatrważających ilościach – niektóre źródła podają, że w tym czasie zmarło tutaj ok. 10 procent, czyli aż 369 więzionych Aborygenów.

Pamięć o tych wydarzeniach powoli ginie. Wyspa jest obecnie nie tylko celem wycieczek, ale też miejscem realizacji wielu projektów mających na celu ochronę jej unikalnej przyrody – na czele z kuokami, które nazywane są „najszczęśliwszymi zwierzakami na ziemi”. I nie chodzi wcale o to, że te prześladowane pluszaki znalazły w końcu bezpieczne miejsce na ziemi – jeżeli przyjrzycie się uważnie ich zdjęciom, to faktycznie można odnieść wrażenie, że kuoki mają wiecznie uśmiechnięte pyszczki.

uśmiechnięta quokka

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 03/2015

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/feed/ 9