Azja Archives - przedeptane /tag/azja/ Jedzoki w świat Tue, 18 Feb 2020 18:37:30 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Przeczytane: Robert Robb Maciąg „Tysiąc szklanek herbaty” /2014/recenzja-robert-robb-maciag-tysiac-szklanek-herbaty/ /2014/recenzja-robert-robb-maciag-tysiac-szklanek-herbaty/#respond Wed, 05 Feb 2014 08:20:27 +0000 /?p=483 Są ludzie i ludziska, są gusty i guściki, są marzenia i mrzonki. Książka „Tysiąc szklanek herbaty” opowiada o ludziach wybitnie niepraktycznych, o takich, którzy pewnego dnia pakują plecak i wyruszają w podróż z Syrii do Chin wzdłuż Szlaku Jedwabnego. Na rowerze. Polowałem na tę pozycję od dawna, ponieważ pierwszą książkę Robba Maciąga pt. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” pochłonąłem praktycznie na poczekaniu. W swoim debiucie Maciąg w bardzo osobisty, prawie intymny sposób rozliczał się ze zdradą ukochanej, która nie tylko zostawiła go samego w Państwie Środka, ale w efekcie popchnęła go do tego, że wsiadł na rower i wyruszył jeszcze dalej. Wątek podróży jako katharsis świetnie się sprawdził, czego dowodem był zasłużony sukces publikacji na polskim rynku wydawniczym. W „Tysiącu szklanek…” brakuje tej dramatycznej linii, książka jest bardziej spokojną medytacją niż palącym wyznaniem. W […]

The post Przeczytane: Robert Robb Maciąg „Tysiąc szklanek herbaty” appeared first on przedeptane.

]]>
Są ludzie i ludziska, są gusty i guściki, są marzenia i mrzonki. Książka „Tysiąc szklanek herbaty” opowiada o ludziach wybitnie niepraktycznych, o takich, którzy pewnego dnia pakują plecak i wyruszają w podróż z Syrii do Chin wzdłuż Szlaku Jedwabnego. Na rowerze.

Polowałem na tę pozycję od dawna, ponieważ pierwszą książkę Robba Maciąga pt. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” pochłonąłem praktycznie na poczekaniu. W swoim debiucie Maciąg w bardzo osobisty, prawie intymny sposób rozliczał się ze zdradą ukochanej, która nie tylko zostawiła go samego w Państwie Środka, ale w efekcie popchnęła go do tego, że wsiadł na rower i wyruszył jeszcze dalej. Wątek podróży jako katharsis świetnie się sprawdził, czego dowodem był zasłużony sukces publikacji na polskim rynku wydawniczym.

W „Tysiącu szklanek…” brakuje tej dramatycznej linii, książka jest bardziej spokojną medytacją niż palącym wyznaniem. W międzyczasie autor zdążył się bowiem ustatkować, jeżeli można tak nazwać znalezienie nowej bratniej duszy i pedałowanie – już na dwóch rowerach – przez bezdroża Bliskiego i Dalekiego Wschodu.

fot. R. Maciąg

Na przestrzeni ponad trzystu stron bogato ozdobionych zdjęciami z trasy poznajemy dziesiątki dobrych dusz, które bezinteresownie podawały pomocną dłoń uczestnikom wyprawy. Maciąg sypie jak z rękawa przykładami bezbrzeżnej muzułmańskiej gościnności, która dziwnie nie pasuje do stereotypów powielanych przez europejskie media. Setki portretów literackich i fotograficznych tworzy sielankową prawie wizję łagodnych ludzi, którzy zapuścili korzenie w surowych krajobrazach. Cytując autora – „Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca”.

Maciąg jest bystrym obserwatorem, ale z reguły powstrzymuje się od wysuwania własnych wniosków na pierwszy plan. Dopiero w ostatnim, chińskim segmencie wyprawy – po przejechaniu Turcji, Iranu i trzech wschodnich „-stanów” – spisuje kilka surowych obserwacji, pisze o żywych ranach, które pozostawiły w najliczniejszym narodzie świata wydarzenia sprzed ponad pół wieku. Smakowite opisy chińskich potraw mieszają się z gorzką refleksją nad stosunkiem rządu do ludzi i ludzi do zwierząt.

fot. R. Maciąg

Książkę czyta się jak marzenie, jednak nie jest ona pozbawiona błędów; a szkoda, bo chodzi często o niedociągnięcia, których stosunkowo łatwo można było uniknąć. Wydanie jest niezwykle ambitne (oryginalny format i projekt okładki, stylizowana nazwa aktualnego państwa widniejąca u spodu każdej strony, dobrze dobrane zdjęcia), ale niestety nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Edytor i korektor nie poprawili wszystkich literówek i denerwujących powtórzeń, nie wyperswadowali autorowi licznych wielokropków i cudzysłowów, które niepotrzebnie zaśmiecają tekst.

Ale nic to. Drobna rysa i mój pretekst do marudzenia. Tak, jak wcześniejsze książki autora, „Tysiąc szklanek” łatwo wypić jednym haustem, a po ostatniej stronie nadal odczuwać pragnienie. Strony pachną herbatą i kurzem, arbuzami i ryżem, grzeją jak pustynny piasek i uśmiech nieznajomego.

maciag-1

Trudno nie zgodzić się z jednym z ostatnich zdań – „Podróż zaczyna się po wyjściu z domu i wcale nie trzeba jechać do egzotycznych krajów, aby przeżywać przygody.” Powiem więcej – dzięki takim książkom jak ta, aby przeżyć przygodę, czasami nie trzeba nawet wychodzić z domu. Maciąg wciąga.

Książkę można kupić w postaci ebooka / audiobooka.

Strona autora: www / Facebook, zdjęcia R. Maciąg

Wydawnictwo Bezdroża 2012.

 

The post Przeczytane: Robert Robb Maciąg „Tysiąc szklanek herbaty” appeared first on przedeptane.

]]>
/2014/recenzja-robert-robb-maciag-tysiac-szklanek-herbaty/feed/ 0
Kambodża – nasze TOP5 /2013/kambodza-najciekawsze-miejsca/ /2013/kambodza-najciekawsze-miejsca/#comments Tue, 30 Jul 2013 18:29:41 +0000 /?p=386 Jakiś czas temu znajoma poprosiła nas o przygotowanie listy naszych ulubionych miejsc w Kambodży. A więc będzie krótko i na temat – oto one: 1. Kompleks świątynny Angkor Możesz wyruszyć z: Siem Reap Kambodżańska destynacja numer jeden. Na jej zwiedzanie wypada poświęcić co najmniej jeden dzień, ponieważ najbardziej znane świątynie są oblegane przez tłumy turystów już od wczesnego ranka. W Siem Reap, które służy za bazę wypadową, można wynająć nawet na kilka dni kierowcę tuk-tuka – jeżeli znajdziecie sobie takiego, który w miarę dobrze zna angielski, to świetnie sprawdzi się w roli przewodnika i pokaże wam mniej znane, bardziej ustronne świątynie lub zaproponuje inne ciekawe miejsca w okolicy. W drodze powrotnej z Angkoru możecie zatrzymać się w muzeum min lądowych lub małej, ale uroczej farmie motyli. 2. Więzienie Tuol Sleng i Pola Śmierci Możesz wyruszyć z: Phnom […]

The post Kambodża – nasze TOP5 appeared first on przedeptane.

]]>
Jakiś czas temu znajoma poprosiła nas o przygotowanie listy naszych ulubionych miejsc w Kambodży. A więc będzie krótko i na temat – oto one:

1. Kompleks świątynny Angkor

Możesz wyruszyć z: Siem Reap

Angkor Wat Kambodża

IMG_3919motyl

Kambodżańska destynacja numer jeden. Na jej zwiedzanie wypada poświęcić co najmniej jeden dzień, ponieważ najbardziej znane świątynie są oblegane przez tłumy turystów już od wczesnego ranka. W Siem Reap, które służy za bazę wypadową, można wynająć nawet na kilka dni kierowcę tuk-tuka – jeżeli znajdziecie sobie takiego, który w miarę dobrze zna angielski, to świetnie sprawdzi się w roli przewodnika i pokaże wam mniej znane, bardziej ustronne świątynie lub zaproponuje inne ciekawe miejsca w okolicy. W drodze powrotnej z Angkoru możecie zatrzymać się w muzeum min lądowych lub małej, ale uroczej farmie motyli.

2. Więzienie Tuol Sleng i Pola Śmierci

Możesz wyruszyć z: Phnom Penh

IMG_3404tuolplaz

IMG_3408tuol

Cokolwiek byśmy nie napisali, i tak będzie za mało. Wyprawa do muzeum ludobójstwa i na Pola Śmierci to przytłaczające przeżycie porównywalne do odwiedzin w Oświęcimiu, a nawet jeszcze bardziej smutne, ponieważ Kambodża do dzisiaj pełna jest niezabliźnionych ran. Pomimo tego warto zobaczyć to wszystko na własne oczy.

3. Sanktuarium Phnom Tamao

Możesz wyruszyć z: Phnom Penh

Untitled-1

Wprawdzie trzeba poświęcić kilkadziesiąt minut na dojazd, ale zapewniamy – warto! Phnom Tamao to lecznica i zoo pod gołym niebem, w którym znajdują schronienie zwierzęta odratowane z przemytu albo ranne w wyniku kontaktu z niewypałami lub pułapkami zastawionymi w dżungli. Niekwestionowaną gwiazdą jest młodziutki Chhouk, który kilka lat temu został pierwszym słoniem na świecie, dla którego skonstruowano protezę nogi. W jednym miejscu można zobaczyć wiele zwierząt typowych dla miejscowej fauny, a jednocześnie wesprzeć dobrą sprawę.

4. Bamboo Island, Sihanoukville

Możesz wyruszyć z: Sihanoukville

Bamboo Island - Sihanoukville - Kambodża

Bamboo Island - Sihanoukville - Kambodża

Nasz prywatny raj na ziemi, o którym dowiedzieliśmy się całkowicie przez przypadek. Podróż łódką z miasta na wyspę kosztuje kilka dolarów, za kilka kolejnych można na miejscu kupić nocleg w bambusowych chatkach na plaży. Palmy, biały piasek, szafirowa woda … Podróż na ląd zajmuje jednak kilkadziesiąt minut a na wyspie oprócz kawiarenki nie ma żadnych sklepów, a więc jeżeli chcecie odpocząć bliżej miasta, to zdecydowanie odradzamy plaże w centrum – wybierzcie się na Otres Beach, która znajduje się wprawdzie na peryferiach, ale właśnie dzięki temu jest czysto i spokojnie i raczej nie docierają tam seksturyści i imprezowicze.

5. Kambodża na talerzu: Lok Lak

Znajdziesz w: prawie każdej knajpce lub stoisku

Beef Lok Lak Kambodża

Ok, może to nie jest miejsce, ale i tak zawsze będzie nam się kojarzyło z Kambodżą. Jeżeli jesteście mięsożerni, to na pewno spróbujcie tego pysznego, lokalnego przysmaku. Lok Lak to potrawa przyrządzana najczęściej z kurczaka lub wołowiny z czerwoną cebulą w specjalnym sosie z soku cytrynowego, soli morskiej i pieprzu. Uwaga – wyjątkowo radzimy korzystać z restauracji dla turystów, ponieważ w zestawie dla miejscowych może wam się trafić kurza nóżka z pazurkami ;)

 

To tyle – jeżeli interesuje was bliżej któryś z tych punktów, to napiszcie do nas, możemy opisać go w osobnym wpisie, bo zdjęć i notatek mamy pod dostatkiem. Leah hai!

Zdjęcia w dużej rozdzielczości – link

Kompletna galeria z wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej 2012 – link

Tekst Kambodża – Nasze TOP5 ukazał się w miesięczniku Zwrot.

The post Kambodża – nasze TOP5 appeared first on przedeptane.

]]>
/2013/kambodza-najciekawsze-miejsca/feed/ 8
Owocowo, odc. 3 – Rambutan /2013/owocowo-odc-3-rambutan/ /2013/owocowo-odc-3-rambutan/#comments Tue, 29 Jan 2013 09:54:42 +0000 /?p=310 Zeszłym razem poznaliśmy królową, dzisiaj przyszła kolej na księcia owoców. Oto jego włochatość, Książę Jagodzian Rambutan! Jest jednym z najbardziej powszechnych, a jednocześnie najsmaczniejszych owoców, z jakimi spotkaliśmy się w Azji Południowo-Wschodniej. Rambutan pochodzi z Malezji i Indonezji, jednak obecnie uprawiany jest w całym regionie, a także w Australii, na Hawajach oraz w Ameryce Centralnej. Należy do rodziny mydleńcówatych, jest więc bliskim krewnym liczi, co zresztą „poznacie po owocach jego”. W odróżnieniu od liczi owoce rambutana są jednak dużo większe (5-7 cm), cechują się bardziej delikatnym smakiem, a ich skorupki nie są pokryte łuskami, ale miękkimi kolcami. To właśnie od nich wzięła się jego nazwa – „rambut” to po malajsku „włochaty”. Na Filipinach jest znany pod nazwą laguan, a w Wietnamie jako chôm chôm, czyli „zmierzwione włosy”. Dojrzały owoc jest najczęściej koloru czerwonego, można jednak natknąć […]

The post Owocowo, odc. 3 – Rambutan appeared first on przedeptane.

]]>
Zeszłym razem poznaliśmy królową, dzisiaj przyszła kolej na księcia owoców. Oto jego włochatość, Książę Jagodzian Rambutan!

Jest jednym z najbardziej powszechnych, a jednocześnie najsmaczniejszych owoców, z jakimi spotkaliśmy się w Azji Południowo-Wschodniej. Rambutan pochodzi z Malezji i Indonezji, jednak obecnie uprawiany jest w całym regionie, a także w Australii, na Hawajach oraz w Ameryce Centralnej.

Należy do rodziny mydleńcówatych, jest więc bliskim krewnym liczi, co zresztą „poznacie po owocach jego”. W odróżnieniu od liczi owoce rambutana są jednak dużo większe (5-7 cm), cechują się bardziej delikatnym smakiem, a ich skorupki nie są pokryte łuskami, ale miękkimi kolcami. To właśnie od nich wzięła się jego nazwa – „rambut” to po malajsku „włochaty”. Na Filipinach jest znany pod nazwą laguan, a w Wietnamie jako chôm chôm, czyli „zmierzwione włosy”.

źródło : Wikimedia Commons

Dojrzały owoc jest najczęściej koloru czerwonego, można jednak natknąć się także na odmiany czerwono-zielone, zielone lub pomarańczowe.

Rambutan dobry na wszystko

Po rozłupaniu skorupki odkrywamy soczysty miąższ przypominający miękkie, białe jajeczko. W środku znajduje się duża, gładka pestka – jeżeli nie da jej się oderwać, owoc prawdopodobnie jest przejrzały. Nawet dojrzały miąższ schodzi jednak z kawałkami pestki, która czasami jest lekko gorzka. Owoce w smaku przypominają winogrona i w medycynie ludowej używane są do leczenia biegunki i pozbywania się pasożytów układu pokarmowego. Kora podawana jest matkom po porodzie, a liście podobno pomagają przy bólu głowy.

Jak widzicie – same plusy. Rambutany można kupić praktycznie na każdym azjatyckim targu, są pyszne i tanie, a dzięki elastycznym skorupkom można je nosić przy sobie i podjadać na bieżąco. Wypatrujcie więc na targach czerwonych, włochatych potworków …

The post Owocowo, odc. 3 – Rambutan appeared first on przedeptane.

]]>
/2013/owocowo-odc-3-rambutan/feed/ 8
Zgubieni w podróży /2012/zgubieni-w-podrozy/ /2012/zgubieni-w-podrozy/#comments Tue, 20 Nov 2012 16:02:45 +0000 /?p=292 Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.   Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się […]

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.

 

Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się szeroko i chwyta za jeden z metalowych wsporników rikszy, aby odpocząć od pedałowania. Podczas krótkiej wspólnej podróży pyta nas skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, opowiada o sobie. Pochodzi z Anglii, w której jest nudno i zimno, przyjechał do Kambodży rok temu i został menedżerem lokalnej filii McDonalda, właśnie jedzie do pracy. Po dwóch czy trzech minutach przeprasza, odrywa się od naszej rikszy i skręca w boczną ulicę, machając nam na pożegnanie.

W Australii poszukiwaliśmy na gwałt taniego namiotu. W jednym z hosteli wisiało ogłoszenie z numerem telefonu. Zadzwoniłem, uzgodniłem szczegóły i po dwóch godzinach stanęliśmy przed wejściem do szykownej restauracji nad brzegiem oceanu. Chłopak, który pracował tam jako kelner, przyjechał na Antypody z Rumunii, w jego śniadej twarzy południowca świeciły przyjazne, jasnoniebieskie oczy. Podczas rozpakowywania namiotu pytał o nasze podróże i opowiedział o tym, jak przed czasem wyruszył w pierwszy rejs w swoim życiu. Kilka tygodni wcześniej utknął na Nowej Kaledonii i w końcu wpadł na pomysł, aby zasięgnąć języka w porcie, gdzie prywatne jachty i żaglówki przygotowywały się do rejsów. W końcu trafił na kapitana, któremu nie przeszkadzał fakt, że nowy członek załogi nie ma żadnego doświadczenia w pracy na pokładzie i – co więcej – nigdy nie płynął statkiem. W ten sposób młody Rumun dotarł do Darwin, portu na północy Australii, płacąc jedynie dziesięć dolarów dziennie za pożywienie. Skończył opowieść, spakował namiot i odebrał zapłatę, dodał kilka rad dotyczących spania w buszu. Pożegnaliśmy się, nie znając nawet jego imienia.

Traf chciał, że właśnie w buszu, przy wieczornym ognisku, spotkaliśmy kolejnego nieznajomego. Brian – echt teutońskie imię – pracował w Niemczech jako elektryk. Potem nadszedł kryzys, spółka zbankrutowała i w dwa miesiące później Brian wylądował w Sydney, a wraz z nim jego rower. Wspólnie pokonali kilka tysięcy kilometrów przez pustynię. Teraz obaj leżą pod palmą wraz z całym obecnym dobytkiem Briana – lekkim namiotem, dwoma torbami i wielkim, dwunastolitrowym kanistrem. Kanister towarzyszy mu od czasu, kiedy po przejechaniu dwustu kilometrów w straszliwej spiekocie skończyła się woda i okazało się, że do najbliższej cywilizacji pozostaje kolejnych trzysta. Gdyby nie przejeżdżający samochód, ta przygoda mogła się zakończyć dosyć nieciekawie.

Brian zasypuje nas pytaniami i słucha nawet banalnych opowieści ze szczerym entuzjazmem, chociaż sam przeżył wiele. Przez dłuższy czas pracował na pustyni w aborygeńskiej społeczności, później, nocując w buszu północnej Australii, wkładał nóż pod poduszkę – po zmroku do namiotu podchodziły dzikie świnie, o wiele niebezpieczniejsze od wszechobecnych pająków i węży. Rozmawialiśmy tak długo, aż ogień pochłonął ostatnie gałązki eukaliptusa, Brian wręczył nam na pożegnanie książkę o buddyzmie, rano spakował manatki, nałożył na nos listek przeciwko poparzeniom od słońca i wyruszył w drogę. W kilka godzin później wyprzedziliśmy go na szosie, przejeżdżając przez pustkowia parku narodowego Kakadu.

Może działa tutaj pewien romantyzujący czynnik, o którym wspomniał kiedyś Jaroslav Dietel. Podczas wizyty w szpitalu, w którym gromadził materiały do napisania scenariusza pierwszych odcinków „Szpitala na peryferiach”, stał się przypadkowym świadkiem monologu ekscentrycznego lekarza, który natychmiast został inspiracją do postaci dr. Sowy. Kiedy znajomy zaproponował scenarzyście, że może mu przedstawić medyka, Dietel stanowczo zaprzeczył – rzeczywistość mogłaby popsuć wyidealizowane wyobrażenie, które już zdążył sobie stworzyć.

Dla mnie takie spotkania są jednym z najmilszych elementów wojaży. Nawet wtedy, gdy te życzliwe, bezimienne twarze znikają bez śladu. Pomimo nutki smutku przywracają wiarę w ludzi, a także leczą z iluzji „małego świata”. Przypominają, że świat mimo wszystko jest ogromny i łatwo się w nim zgubić.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (9/12).

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/zgubieni-w-podrozy/feed/ 6
Owocowo, odc. 2 – Mangostan /2012/owocowo-odc-2-mangostan/ /2012/owocowo-odc-2-mangostan/#comments Mon, 12 Nov 2012 11:53:08 +0000 /?p=276 Mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej lubują się w obrazowych nazwach owoców. W późniejszych odsłonach serii przedstawimy króla i księcia owoców, jednak kobiety mają pierwszeństwo – poznajcie królową owoców! Kiedy zeszłym razem pisaliśmy o marakui, wydawało nam się, że żaden owoc nie został obdarzony tyloma polskimi nazwami – a tu niespodzianka. To, co w Azji jest nazywane mangosteen, w Polsce występuje pod nazwą mangostan, garcynia, żółtopla, żółciecz, a nawet – nasz osobisty faworyt – smaczelina. Po raz pierwszy spróbowaliśmy jej smaku na markecie w Bangkoku i była to miłość od pierwszego ugryzienia. Kiedy w dwa dni później wyruszyliśmy na miejscowy targ w Wientianie, od razu kupiliśmy cały worek mangostanów. Mangostan ma ciemnofioletowe, czasami prawie czarne owoce, przypominające pomidor skrzyżowany z bakłażanem. Ich skorupka jest jednak bardzo twarda i okropnie gorzka, dlatego trzeba ją odłupywać bardzo ostrożnie, aby nie zgnieść miękkiego […]

The post Owocowo, odc. 2 – Mangostan appeared first on przedeptane.

]]>
Mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej lubują się w obrazowych nazwach owoców. W późniejszych odsłonach serii przedstawimy króla i księcia owoców, jednak kobiety mają pierwszeństwo – poznajcie królową owoców!

Kiedy zeszłym razem pisaliśmy o marakui, wydawało nam się, że żaden owoc nie został obdarzony tyloma polskimi nazwami – a tu niespodzianka. To, co w Azji jest nazywane mangosteen, w Polsce występuje pod nazwą mangostan, garcynia, żółtopla, żółciecz, a nawet – nasz osobisty faworyt – smaczelina. Po raz pierwszy spróbowaliśmy jej smaku na markecie w Bangkoku i była to miłość od pierwszego ugryzienia. Kiedy w dwa dni później wyruszyliśmy na miejscowy targ w Wientianie, od razu kupiliśmy cały worek mangostanów.

Mangostan ma ciemnofioletowe, czasami prawie czarne owoce, przypominające pomidor skrzyżowany z bakłażanem. Ich skorupka jest jednak bardzo twarda i okropnie gorzka, dlatego trzeba ją odłupywać bardzo ostrożnie, aby nie zgnieść miękkiego miąższu i nie zabrudzić go gorzkimi odłamkami. Po usunięciu skorupki trzymamy w dłoni coś na kształt czosnku. Ciemna pestka jest obrośnięta biało-żółtymi, miękkimi ząbkami, których nie da się oderwać, a więc najlepiej jest po prostu obgryźć pestkę dookoła. Miąższ jest soczysty i tryska nawet przy lekkim naciśnięciu, ale zapewniamy – warto się pomęczyć :)

Królowa owoców ma bardzo rześki, słodko-kwaśny smak, który miejscowi opisują jako „chłodzący” (w odróżnieniu od rozgrzewających owoców, o których później). 16 % miąższu tworzy woda i cukier, owoc zawiera także białka, witaminę C, wapń oraz ksantony o mocnym działaniu antybakteryjnym i antyutleniającym. Miejscowi używają owocu do leczenia ran, zapaleń, tuberkulozy i malarii. Podobno pomaga on obniżać temperaturę, a także zwalczać zmęczenie i nudności.

Pierwotnie drzewo pochodziło chyba z  Archipelagu Sundajskiego i Moluków, ale dzisiaj jest ono powszechne we wszystkich krajach Azji Południowo-Wschodniej. Poza tym regionem występuje raczej rzadko, a więc najczęściej można go nabyć w konserwach lub słoikach. Roślina została po raz pierwszy opisana przez Linneusza w 1753 roku i widocznie naukowiec musiał jej zrobić dobrą reklamę, ponieważ w trzydzieści lat później Francuzi wysłali specjalną ekspedycję, która miała przywieźć mangostany do Europy. Pierwszy większy sukces hodowlany przypadł jednak w sto lat później Anglikom – w szklarni wojewody z Northumberland udało się zasadzić nasiona przywiezione z indyjskiej Kalkuty, a dzięki temu owoce mangostanu stały się podobno jednym z przysmaków królowej Wiktorii.

mangostan owoc

Mangostany kupowaliśmy na targach w Tajlandii, Laosie i Kambodży – schodzą jak ciepłe bułeczki, a więc dostawy są zwykle świeże. Ponieważ chodzi o owoce sezonowe, to ich ilość i jakość – a także cena – zależą od pory roku i sezonu. W trakcie zakupów trzeba zachować ostrożność, ponieważ mangostany bardzo szybko się psują, wytrzymują w dobrym stanie tylko kilka dni, potem miąższ zaczyna żółknąć i gorzknieć od łupiny. Jeżeli otworzycie owoc i zobaczycie, że ząbki zaczynają przypominać stary czosnek, to raczej nie warto sobie psuć smaku. Z drugiej strony, jeżeli skorupka jest jasna, a ząbki śnieżnobiałe i twarde, to owoc może być niedojrzały i kwaśny, a więc trzeba go odłożyć na dzień lub dwa, aby dojrzał.

W każdym razie – jeżeli w trakcie podróży zobaczycie na straganie małe, twarde, fioletowe pomidory, to szczerze polecamy zainwestować kilka groszy. Spotkanie z królową z pewnością jest tego warte.

 

The post Owocowo, odc. 2 – Mangostan appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/owocowo-odc-2-mangostan/feed/ 9
Lecimy. Jak? Gdzie? Kiedy? /2012/lecimy-jak-gdzie-kiedy/ /2012/lecimy-jak-gdzie-kiedy/#respond Thu, 08 Mar 2012 13:53:27 +0000 /?p=163 Coraz więcej znajomych pyta nas, na jakim etapie przygotowań jesteśmy, kiedy i gdzie lecimy, jaki mamy teraz plan. Czekaliśmy, aż uda nam się ustalić podstawowe fakty – i teraz w końcu chyba nadszedł czas, aby odkryć karty. Dzisiaj wreszcie udało nam się kupić stosunkowo tanie bilety do Azji. Piszemy „stosunkowo”, ponieważ bilety jednokierunkowe zawsze kosztują prawie tyle samo, co powrotne. Ale nic to. 14 kwietnia lecimy z Krakowa do Berlina, a z Berlina do Bangkoku. Przez następny miesiąc chcemy zwiedzić Tajlandię i jedno lub dwa okoliczne państwa, prawdopodobnie Laos lub Kambodżę. Może znacie jakieś ciekawe miejsca lub wydarzenia godne polecenia? Napiszcie do nas! W międzyczasie będziemy czekali na wizę do Australii. A rzecz to nadal niepewna, bo kangury biją na głowę nawet polskie biurokratyczne piekiełko – od kilku tygodni siedzimy w dokumentach, pozwoleniach, pieczątkach i […]

The post Lecimy. Jak? Gdzie? Kiedy? appeared first on przedeptane.

]]>
Coraz więcej znajomych pyta nas, na jakim etapie przygotowań jesteśmy, kiedy i gdzie lecimy, jaki mamy teraz plan. Czekaliśmy, aż uda nam się ustalić podstawowe fakty – i teraz w końcu chyba nadszedł czas, aby odkryć karty.

Dzisiaj wreszcie udało nam się kupić stosunkowo tanie bilety do Azji. Piszemy „stosunkowo”, ponieważ bilety jednokierunkowe zawsze kosztują prawie tyle samo, co powrotne. Ale nic to.

14 kwietnia lecimy z Krakowa do Berlina, a z Berlina do Bangkoku. Przez następny miesiąc chcemy zwiedzić Tajlandię i jedno lub dwa okoliczne państwa, prawdopodobnie Laos lub Kambodżę. Może znacie jakieś ciekawe miejsca lub wydarzenia godne polecenia? Napiszcie do nas!

W międzyczasie będziemy czekali na wizę do Australii. A rzecz to nadal niepewna, bo kangury biją na głowę nawet polskie biurokratyczne piekiełko – od kilku tygodni siedzimy w dokumentach, pozwoleniach, pieczątkach i tłumaczeniach. Ale moc jest z nami, wytrwamy.

Jeżeli w Azji dowiemy się, że wiza jest nasza, to kupujemy bilety do Australii, gdzie 21 maja Zosia rozpocznie kurs angielskiego, jeden z warunków otrzymania wizy. O tym, w którym australijskim stanie osiądziemy, napiszemy już wkrótce. Tak czy owak – wiza studencka obejmuje trzy miesiące, czwarty miesiąc jest wolny, a więc jeżeli wszystko dobrze się ułoży, będziemy mogli zwiedzić też inne rejony Australii.

Przed odlotem musimy dać się zaszczepić przeciwko azjatyckim „atrakcjom”, a przede wszystkim – znaleźć dom dla naszej legwanicy. Jeżeli znacie jakiegoś doświadczonego hodowcę gadów, to na pewno dajcie nam znać, chcemy ją przekazać w naprawdę dobre ręce.

Chcieliśmy podziękować wszystkim, którzy do tej pory pomogli nam radą lub uczynkiem – przede wszystkim Danieli i jej mamie. Jesteśmy już bliżej niż dalej. Trzymajcie kciuki.

The post Lecimy. Jak? Gdzie? Kiedy? appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/lecimy-jak-gdzie-kiedy/feed/ 0