Azja2012 Archives - przedeptane /tag/azja2012/ Jedzoki w świat Thu, 23 Jun 2016 09:24:46 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Kambodża – nasze TOP5 /2013/kambodza-najciekawsze-miejsca/ /2013/kambodza-najciekawsze-miejsca/#comments Tue, 30 Jul 2013 18:29:41 +0000 /?p=386 Jakiś czas temu znajoma poprosiła nas o przygotowanie listy naszych ulubionych miejsc w Kambodży. A więc będzie krótko i na temat – oto one: 1. Kompleks świątynny Angkor Możesz wyruszyć z: Siem Reap Kambodżańska destynacja numer jeden. Na jej zwiedzanie wypada poświęcić co najmniej jeden dzień, ponieważ najbardziej znane świątynie są oblegane przez tłumy turystów już od wczesnego ranka. W Siem Reap, które służy za bazę wypadową, można wynająć nawet na kilka dni kierowcę tuk-tuka – jeżeli znajdziecie sobie takiego, który w miarę dobrze zna angielski, to świetnie sprawdzi się w roli przewodnika i pokaże wam mniej znane, bardziej ustronne świątynie lub zaproponuje inne ciekawe miejsca w okolicy. W drodze powrotnej z Angkoru możecie zatrzymać się w muzeum min lądowych lub małej, ale uroczej farmie motyli. 2. Więzienie Tuol Sleng i Pola Śmierci Możesz wyruszyć z: Phnom […]

The post Kambodża – nasze TOP5 appeared first on przedeptane.

]]>
Jakiś czas temu znajoma poprosiła nas o przygotowanie listy naszych ulubionych miejsc w Kambodży. A więc będzie krótko i na temat – oto one:

1. Kompleks świątynny Angkor

Możesz wyruszyć z: Siem Reap

Angkor Wat Kambodża

IMG_3919motyl

Kambodżańska destynacja numer jeden. Na jej zwiedzanie wypada poświęcić co najmniej jeden dzień, ponieważ najbardziej znane świątynie są oblegane przez tłumy turystów już od wczesnego ranka. W Siem Reap, które służy za bazę wypadową, można wynająć nawet na kilka dni kierowcę tuk-tuka – jeżeli znajdziecie sobie takiego, który w miarę dobrze zna angielski, to świetnie sprawdzi się w roli przewodnika i pokaże wam mniej znane, bardziej ustronne świątynie lub zaproponuje inne ciekawe miejsca w okolicy. W drodze powrotnej z Angkoru możecie zatrzymać się w muzeum min lądowych lub małej, ale uroczej farmie motyli.

2. Więzienie Tuol Sleng i Pola Śmierci

Możesz wyruszyć z: Phnom Penh

IMG_3404tuolplaz

IMG_3408tuol

Cokolwiek byśmy nie napisali, i tak będzie za mało. Wyprawa do muzeum ludobójstwa i na Pola Śmierci to przytłaczające przeżycie porównywalne do odwiedzin w Oświęcimiu, a nawet jeszcze bardziej smutne, ponieważ Kambodża do dzisiaj pełna jest niezabliźnionych ran. Pomimo tego warto zobaczyć to wszystko na własne oczy.

3. Sanktuarium Phnom Tamao

Możesz wyruszyć z: Phnom Penh

Untitled-1

Wprawdzie trzeba poświęcić kilkadziesiąt minut na dojazd, ale zapewniamy – warto! Phnom Tamao to lecznica i zoo pod gołym niebem, w którym znajdują schronienie zwierzęta odratowane z przemytu albo ranne w wyniku kontaktu z niewypałami lub pułapkami zastawionymi w dżungli. Niekwestionowaną gwiazdą jest młodziutki Chhouk, który kilka lat temu został pierwszym słoniem na świecie, dla którego skonstruowano protezę nogi. W jednym miejscu można zobaczyć wiele zwierząt typowych dla miejscowej fauny, a jednocześnie wesprzeć dobrą sprawę.

4. Bamboo Island, Sihanoukville

Możesz wyruszyć z: Sihanoukville

Bamboo Island - Sihanoukville - Kambodża

Bamboo Island - Sihanoukville - Kambodża

Nasz prywatny raj na ziemi, o którym dowiedzieliśmy się całkowicie przez przypadek. Podróż łódką z miasta na wyspę kosztuje kilka dolarów, za kilka kolejnych można na miejscu kupić nocleg w bambusowych chatkach na plaży. Palmy, biały piasek, szafirowa woda … Podróż na ląd zajmuje jednak kilkadziesiąt minut a na wyspie oprócz kawiarenki nie ma żadnych sklepów, a więc jeżeli chcecie odpocząć bliżej miasta, to zdecydowanie odradzamy plaże w centrum – wybierzcie się na Otres Beach, która znajduje się wprawdzie na peryferiach, ale właśnie dzięki temu jest czysto i spokojnie i raczej nie docierają tam seksturyści i imprezowicze.

5. Kambodża na talerzu: Lok Lak

Znajdziesz w: prawie każdej knajpce lub stoisku

Beef Lok Lak Kambodża

Ok, może to nie jest miejsce, ale i tak zawsze będzie nam się kojarzyło z Kambodżą. Jeżeli jesteście mięsożerni, to na pewno spróbujcie tego pysznego, lokalnego przysmaku. Lok Lak to potrawa przyrządzana najczęściej z kurczaka lub wołowiny z czerwoną cebulą w specjalnym sosie z soku cytrynowego, soli morskiej i pieprzu. Uwaga – wyjątkowo radzimy korzystać z restauracji dla turystów, ponieważ w zestawie dla miejscowych może wam się trafić kurza nóżka z pazurkami ;)

 

To tyle – jeżeli interesuje was bliżej któryś z tych punktów, to napiszcie do nas, możemy opisać go w osobnym wpisie, bo zdjęć i notatek mamy pod dostatkiem. Leah hai!

Zdjęcia w dużej rozdzielczości – link

Kompletna galeria z wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej 2012 – link

Tekst Kambodża – Nasze TOP5 ukazał się w miesięczniku Zwrot.

The post Kambodża – nasze TOP5 appeared first on przedeptane.

]]>
/2013/kambodza-najciekawsze-miejsca/feed/ 8
Owocowo, odc. 3 – Rambutan /2013/owocowo-odc-3-rambutan/ /2013/owocowo-odc-3-rambutan/#comments Tue, 29 Jan 2013 09:54:42 +0000 /?p=310 Zeszłym razem poznaliśmy królową, dzisiaj przyszła kolej na księcia owoców. Oto jego włochatość, Książę Jagodzian Rambutan! Jest jednym z najbardziej powszechnych, a jednocześnie najsmaczniejszych owoców, z jakimi spotkaliśmy się w Azji Południowo-Wschodniej. Rambutan pochodzi z Malezji i Indonezji, jednak obecnie uprawiany jest w całym regionie, a także w Australii, na Hawajach oraz w Ameryce Centralnej. Należy do rodziny mydleńcówatych, jest więc bliskim krewnym liczi, co zresztą „poznacie po owocach jego”. W odróżnieniu od liczi owoce rambutana są jednak dużo większe (5-7 cm), cechują się bardziej delikatnym smakiem, a ich skorupki nie są pokryte łuskami, ale miękkimi kolcami. To właśnie od nich wzięła się jego nazwa – „rambut” to po malajsku „włochaty”. Na Filipinach jest znany pod nazwą laguan, a w Wietnamie jako chôm chôm, czyli „zmierzwione włosy”. Dojrzały owoc jest najczęściej koloru czerwonego, można jednak natknąć […]

The post Owocowo, odc. 3 – Rambutan appeared first on przedeptane.

]]>
Zeszłym razem poznaliśmy królową, dzisiaj przyszła kolej na księcia owoców. Oto jego włochatość, Książę Jagodzian Rambutan!

Jest jednym z najbardziej powszechnych, a jednocześnie najsmaczniejszych owoców, z jakimi spotkaliśmy się w Azji Południowo-Wschodniej. Rambutan pochodzi z Malezji i Indonezji, jednak obecnie uprawiany jest w całym regionie, a także w Australii, na Hawajach oraz w Ameryce Centralnej.

Należy do rodziny mydleńcówatych, jest więc bliskim krewnym liczi, co zresztą „poznacie po owocach jego”. W odróżnieniu od liczi owoce rambutana są jednak dużo większe (5-7 cm), cechują się bardziej delikatnym smakiem, a ich skorupki nie są pokryte łuskami, ale miękkimi kolcami. To właśnie od nich wzięła się jego nazwa – „rambut” to po malajsku „włochaty”. Na Filipinach jest znany pod nazwą laguan, a w Wietnamie jako chôm chôm, czyli „zmierzwione włosy”.

źródło : Wikimedia Commons

Dojrzały owoc jest najczęściej koloru czerwonego, można jednak natknąć się także na odmiany czerwono-zielone, zielone lub pomarańczowe.

Rambutan dobry na wszystko

Po rozłupaniu skorupki odkrywamy soczysty miąższ przypominający miękkie, białe jajeczko. W środku znajduje się duża, gładka pestka – jeżeli nie da jej się oderwać, owoc prawdopodobnie jest przejrzały. Nawet dojrzały miąższ schodzi jednak z kawałkami pestki, która czasami jest lekko gorzka. Owoce w smaku przypominają winogrona i w medycynie ludowej używane są do leczenia biegunki i pozbywania się pasożytów układu pokarmowego. Kora podawana jest matkom po porodzie, a liście podobno pomagają przy bólu głowy.

Jak widzicie – same plusy. Rambutany można kupić praktycznie na każdym azjatyckim targu, są pyszne i tanie, a dzięki elastycznym skorupkom można je nosić przy sobie i podjadać na bieżąco. Wypatrujcie więc na targach czerwonych, włochatych potworków …

The post Owocowo, odc. 3 – Rambutan appeared first on przedeptane.

]]>
/2013/owocowo-odc-3-rambutan/feed/ 8
Zgubieni w podróży /2012/zgubieni-w-podrozy/ /2012/zgubieni-w-podrozy/#comments Tue, 20 Nov 2012 16:02:45 +0000 /?p=292 Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.   Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się […]

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.

 

Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się szeroko i chwyta za jeden z metalowych wsporników rikszy, aby odpocząć od pedałowania. Podczas krótkiej wspólnej podróży pyta nas skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, opowiada o sobie. Pochodzi z Anglii, w której jest nudno i zimno, przyjechał do Kambodży rok temu i został menedżerem lokalnej filii McDonalda, właśnie jedzie do pracy. Po dwóch czy trzech minutach przeprasza, odrywa się od naszej rikszy i skręca w boczną ulicę, machając nam na pożegnanie.

W Australii poszukiwaliśmy na gwałt taniego namiotu. W jednym z hosteli wisiało ogłoszenie z numerem telefonu. Zadzwoniłem, uzgodniłem szczegóły i po dwóch godzinach stanęliśmy przed wejściem do szykownej restauracji nad brzegiem oceanu. Chłopak, który pracował tam jako kelner, przyjechał na Antypody z Rumunii, w jego śniadej twarzy południowca świeciły przyjazne, jasnoniebieskie oczy. Podczas rozpakowywania namiotu pytał o nasze podróże i opowiedział o tym, jak przed czasem wyruszył w pierwszy rejs w swoim życiu. Kilka tygodni wcześniej utknął na Nowej Kaledonii i w końcu wpadł na pomysł, aby zasięgnąć języka w porcie, gdzie prywatne jachty i żaglówki przygotowywały się do rejsów. W końcu trafił na kapitana, któremu nie przeszkadzał fakt, że nowy członek załogi nie ma żadnego doświadczenia w pracy na pokładzie i – co więcej – nigdy nie płynął statkiem. W ten sposób młody Rumun dotarł do Darwin, portu na północy Australii, płacąc jedynie dziesięć dolarów dziennie za pożywienie. Skończył opowieść, spakował namiot i odebrał zapłatę, dodał kilka rad dotyczących spania w buszu. Pożegnaliśmy się, nie znając nawet jego imienia.

Traf chciał, że właśnie w buszu, przy wieczornym ognisku, spotkaliśmy kolejnego nieznajomego. Brian – echt teutońskie imię – pracował w Niemczech jako elektryk. Potem nadszedł kryzys, spółka zbankrutowała i w dwa miesiące później Brian wylądował w Sydney, a wraz z nim jego rower. Wspólnie pokonali kilka tysięcy kilometrów przez pustynię. Teraz obaj leżą pod palmą wraz z całym obecnym dobytkiem Briana – lekkim namiotem, dwoma torbami i wielkim, dwunastolitrowym kanistrem. Kanister towarzyszy mu od czasu, kiedy po przejechaniu dwustu kilometrów w straszliwej spiekocie skończyła się woda i okazało się, że do najbliższej cywilizacji pozostaje kolejnych trzysta. Gdyby nie przejeżdżający samochód, ta przygoda mogła się zakończyć dosyć nieciekawie.

Brian zasypuje nas pytaniami i słucha nawet banalnych opowieści ze szczerym entuzjazmem, chociaż sam przeżył wiele. Przez dłuższy czas pracował na pustyni w aborygeńskiej społeczności, później, nocując w buszu północnej Australii, wkładał nóż pod poduszkę – po zmroku do namiotu podchodziły dzikie świnie, o wiele niebezpieczniejsze od wszechobecnych pająków i węży. Rozmawialiśmy tak długo, aż ogień pochłonął ostatnie gałązki eukaliptusa, Brian wręczył nam na pożegnanie książkę o buddyzmie, rano spakował manatki, nałożył na nos listek przeciwko poparzeniom od słońca i wyruszył w drogę. W kilka godzin później wyprzedziliśmy go na szosie, przejeżdżając przez pustkowia parku narodowego Kakadu.

Może działa tutaj pewien romantyzujący czynnik, o którym wspomniał kiedyś Jaroslav Dietel. Podczas wizyty w szpitalu, w którym gromadził materiały do napisania scenariusza pierwszych odcinków „Szpitala na peryferiach”, stał się przypadkowym świadkiem monologu ekscentrycznego lekarza, który natychmiast został inspiracją do postaci dr. Sowy. Kiedy znajomy zaproponował scenarzyście, że może mu przedstawić medyka, Dietel stanowczo zaprzeczył – rzeczywistość mogłaby popsuć wyidealizowane wyobrażenie, które już zdążył sobie stworzyć.

Dla mnie takie spotkania są jednym z najmilszych elementów wojaży. Nawet wtedy, gdy te życzliwe, bezimienne twarze znikają bez śladu. Pomimo nutki smutku przywracają wiarę w ludzi, a także leczą z iluzji „małego świata”. Przypominają, że świat mimo wszystko jest ogromny i łatwo się w nim zgubić.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (9/12).

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/zgubieni-w-podrozy/feed/ 6
Owocowo, odc. 2 – Mangostan /2012/owocowo-odc-2-mangostan/ /2012/owocowo-odc-2-mangostan/#comments Mon, 12 Nov 2012 11:53:08 +0000 /?p=276 Mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej lubują się w obrazowych nazwach owoców. W późniejszych odsłonach serii przedstawimy króla i księcia owoców, jednak kobiety mają pierwszeństwo – poznajcie królową owoców! Kiedy zeszłym razem pisaliśmy o marakui, wydawało nam się, że żaden owoc nie został obdarzony tyloma polskimi nazwami – a tu niespodzianka. To, co w Azji jest nazywane mangosteen, w Polsce występuje pod nazwą mangostan, garcynia, żółtopla, żółciecz, a nawet – nasz osobisty faworyt – smaczelina. Po raz pierwszy spróbowaliśmy jej smaku na markecie w Bangkoku i była to miłość od pierwszego ugryzienia. Kiedy w dwa dni później wyruszyliśmy na miejscowy targ w Wientianie, od razu kupiliśmy cały worek mangostanów. Mangostan ma ciemnofioletowe, czasami prawie czarne owoce, przypominające pomidor skrzyżowany z bakłażanem. Ich skorupka jest jednak bardzo twarda i okropnie gorzka, dlatego trzeba ją odłupywać bardzo ostrożnie, aby nie zgnieść miękkiego […]

The post Owocowo, odc. 2 – Mangostan appeared first on przedeptane.

]]>
Mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej lubują się w obrazowych nazwach owoców. W późniejszych odsłonach serii przedstawimy króla i księcia owoców, jednak kobiety mają pierwszeństwo – poznajcie królową owoców!

Kiedy zeszłym razem pisaliśmy o marakui, wydawało nam się, że żaden owoc nie został obdarzony tyloma polskimi nazwami – a tu niespodzianka. To, co w Azji jest nazywane mangosteen, w Polsce występuje pod nazwą mangostan, garcynia, żółtopla, żółciecz, a nawet – nasz osobisty faworyt – smaczelina. Po raz pierwszy spróbowaliśmy jej smaku na markecie w Bangkoku i była to miłość od pierwszego ugryzienia. Kiedy w dwa dni później wyruszyliśmy na miejscowy targ w Wientianie, od razu kupiliśmy cały worek mangostanów.

Mangostan ma ciemnofioletowe, czasami prawie czarne owoce, przypominające pomidor skrzyżowany z bakłażanem. Ich skorupka jest jednak bardzo twarda i okropnie gorzka, dlatego trzeba ją odłupywać bardzo ostrożnie, aby nie zgnieść miękkiego miąższu i nie zabrudzić go gorzkimi odłamkami. Po usunięciu skorupki trzymamy w dłoni coś na kształt czosnku. Ciemna pestka jest obrośnięta biało-żółtymi, miękkimi ząbkami, których nie da się oderwać, a więc najlepiej jest po prostu obgryźć pestkę dookoła. Miąższ jest soczysty i tryska nawet przy lekkim naciśnięciu, ale zapewniamy – warto się pomęczyć :)

Królowa owoców ma bardzo rześki, słodko-kwaśny smak, który miejscowi opisują jako „chłodzący” (w odróżnieniu od rozgrzewających owoców, o których później). 16 % miąższu tworzy woda i cukier, owoc zawiera także białka, witaminę C, wapń oraz ksantony o mocnym działaniu antybakteryjnym i antyutleniającym. Miejscowi używają owocu do leczenia ran, zapaleń, tuberkulozy i malarii. Podobno pomaga on obniżać temperaturę, a także zwalczać zmęczenie i nudności.

Pierwotnie drzewo pochodziło chyba z  Archipelagu Sundajskiego i Moluków, ale dzisiaj jest ono powszechne we wszystkich krajach Azji Południowo-Wschodniej. Poza tym regionem występuje raczej rzadko, a więc najczęściej można go nabyć w konserwach lub słoikach. Roślina została po raz pierwszy opisana przez Linneusza w 1753 roku i widocznie naukowiec musiał jej zrobić dobrą reklamę, ponieważ w trzydzieści lat później Francuzi wysłali specjalną ekspedycję, która miała przywieźć mangostany do Europy. Pierwszy większy sukces hodowlany przypadł jednak w sto lat później Anglikom – w szklarni wojewody z Northumberland udało się zasadzić nasiona przywiezione z indyjskiej Kalkuty, a dzięki temu owoce mangostanu stały się podobno jednym z przysmaków królowej Wiktorii.

mangostan owoc

Mangostany kupowaliśmy na targach w Tajlandii, Laosie i Kambodży – schodzą jak ciepłe bułeczki, a więc dostawy są zwykle świeże. Ponieważ chodzi o owoce sezonowe, to ich ilość i jakość – a także cena – zależą od pory roku i sezonu. W trakcie zakupów trzeba zachować ostrożność, ponieważ mangostany bardzo szybko się psują, wytrzymują w dobrym stanie tylko kilka dni, potem miąższ zaczyna żółknąć i gorzknieć od łupiny. Jeżeli otworzycie owoc i zobaczycie, że ząbki zaczynają przypominać stary czosnek, to raczej nie warto sobie psuć smaku. Z drugiej strony, jeżeli skorupka jest jasna, a ząbki śnieżnobiałe i twarde, to owoc może być niedojrzały i kwaśny, a więc trzeba go odłożyć na dzień lub dwa, aby dojrzał.

W każdym razie – jeżeli w trakcie podróży zobaczycie na straganie małe, twarde, fioletowe pomidory, to szczerze polecamy zainwestować kilka groszy. Spotkanie z królową z pewnością jest tego warte.

 

The post Owocowo, odc. 2 – Mangostan appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/owocowo-odc-2-mangostan/feed/ 9
Uśmiech, proszę /2012/usmiech-prosze/ /2012/usmiech-prosze/#comments Thu, 28 Jun 2012 09:27:38 +0000 /?p=233 Europa Środkowa to dziwny region. Szary i smętny. A przynajmniej tak – czort wie dlaczemu – postrzegamy go my, jego mieszkańcy. Rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że to właśnie my uczyniliśmy z tej bogu ducha winnej krainy dolinę płaczu i narzekań. Gdzieś głęboko w nas siedzi defetyzm, oswajany i pielęgnowany niczym miła tradycja; grzeje nas jak herbatka u babci, jak wigilijny barszcz. Jakiś czas temu gościłem w Cieszynie przyjaciół z Austrii, którzy nawiązali nić porozumienia z lokalsami dopiero w momencie, gdy stwierdzili, że Polacy i Czesi też uwielbiają narzekać przy piwie. „Chryste” – powiedział jeden z nich, zdmuchując piankę – „Nawet nie wiecie, jak uciążliwy jest zapał i sumienność Niemców. Jeżeli Austriak ma problem, to po prostu idzie się poużalać do knajpy. Nie to, co Niemiec – ten od razu podwija rękawy i wymyśla, co z […]

The post Uśmiech, proszę appeared first on przedeptane.

]]>
Europa Środkowa to dziwny region. Szary i smętny. A przynajmniej tak – czort wie dlaczemu – postrzegamy go my, jego mieszkańcy. Rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że to właśnie my uczyniliśmy z tej bogu ducha winnej krainy dolinę płaczu i narzekań. Gdzieś głęboko w nas siedzi defetyzm, oswajany i pielęgnowany niczym miła tradycja; grzeje nas jak herbatka u babci, jak wigilijny barszcz.

Jakiś czas temu gościłem w Cieszynie przyjaciół z Austrii, którzy nawiązali nić porozumienia z lokalsami dopiero w momencie, gdy stwierdzili, że Polacy i Czesi też uwielbiają narzekać przy piwie. „Chryste” – powiedział jeden z nich, zdmuchując piankę – „Nawet nie wiecie, jak uciążliwy jest zapał i sumienność Niemców. Jeżeli Austriak ma problem, to po prostu idzie się poużalać do knajpy. Nie to, co Niemiec – ten od razu podwija rękawy i wymyśla, co z tym fantem zrobić. Koszmar.”

Z każdą dalszą wyprawą za granice, z każdą kolejną napotkaną tam osobą nabieram wrażenia, że coś poszło nie tak, że zagalopowaliśmy się z tą naszą anhedonią. Podkreślam, iż sam jestem chronicznym czarnowidzem i introwertykiem, który potrzebuje swojej regularnej dawki świętego spokoju. Pomimo tego uważam, że warto wyruszyć w dowolnym kierunku – do Skandynawii, na południe, na Bliski i Daleki Wschód, czy też przez ocean – aby przypomnieć sobie, że uśmiech obcej osoby na ulicy nie jest niczym zdrożnym ani nienormalnym.

Ostatecznie przekonała mnie o tym wyprawa do Azji. W Wientianie, stolicy Laosu, staraliśmy się wypytać o czas oraz warunki podróży dwóch kierowców autokaru, którzy nie znali ani jednego słowa po angielsku. Podczas całej rozmowy prowadzonej na migi i grymasy naszym rozmówcom ani na chwilę nie zszedł z twarzy szeroki, serdeczny uśmiech. W Kambodży i Tajlandii ta azjatycka uprzejmość i chęć pomocy kilka razy stwarzała nie lada problem – ludzie pytani o drogę szczerzyli zęby i wskazywali ręką w dowolnym kierunku, chociaż nie mieli zielonego pojęcia, o co dokładnie pytamy.

Kiedy po przylocie do Azji udało nam się zgubić w ulicach Bangkoku, praktycznie od razu zatrzymała się przy nas dziewczyna przejeżdżająca obok na skuterze – przejrzała mapę, zadzwoniła z własnej komórki do naszych gospodarzy, a w końcu złapała dla nas taksówkę. W kambodżańskim Sihanoukville dyrektor hotelu wysłał rano swojego syna, aby ten odwiózł nas samochodem na dworzec autobusowy. Naprawdę są na tym świecie miejsca, gdzie podanie pomocnej dłoni nie napawa podejrzeniami.

Za nasz wredny humor nie możemy winić nawet niskich dochodów lub standardu życia – w najbiedniejszych rejonach, w których przeciętny zarobek wynosi zaledwie kilkadziesiąt dolarów miesięcznie, nie spotkałem żadnej opryskliwej ekspedientki wysysającej z zębów resztki drugiego śniadania. A po drugiej stronie skali? Słowa te piszę w Australii, gdzie każda kasjerka rozpoczyna rozmowę jowialnym „Cześć, jak Ci minął dzień?”, a niektóre nawet – o zgrozo! – wdają się w spontaniczne rozmowy z przypadkowymi klientami. I to wcale nie w osiedlowym warzywniaku, ale w dużych supermarketach, świątyniach zbiorowej anonimowości.

Może powiecie – toż to klasyczny syndrom wakacyjny. Na urlopie, w wyjeździe wszystko widzimy na różowo, ludzie są uśmiechnięci, świat wydaje się lepszy. Dobrze, jeżeli nie podoba wam się ten tekst, to napiszcie list. Ostry, krytyczny.

Co zrobię? Od razu po powrocie pójdę się pożalić znajomym do cieszyńskiej Partyki, jeszcze tego samego wieczoru zapomnę o całym problemie, a w kilka dni później będę kontynuował pisanie kiepskich felietonów. Ale być może będzie inaczej – może uśmiechnę się przepraszająco i dołożę wszelkich starań, aby kolejny artykuł był o wiele lepszy. Obiecuję, że będę dobrze pilnował tych różowych okularów.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (6/12).

The post Uśmiech, proszę appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/usmiech-prosze/feed/ 6