Australia2014 Archives - przedeptane /tag/australia2014/ Jedzoki w świat Wed, 25 Dec 2019 07:56:26 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Boże Narodzenie w Australii /2015/boze-narodzenie-w-australii/ /2015/boze-narodzenie-w-australii/#comments Mon, 21 Dec 2015 07:17:31 +0000 /?p=1533 Jak wygląda Wigilia na Antypodach? Trzydzieści stopni w cieniu, barbecue na plaży i choinka z lego. Boże Narodzenie w Australii jest dla Europejczyka niecodziennym przeżyciem. Święta w Kangurlandii były dla nas dziwne, ale ekscytujące. Przypadają tutaj na sam środek lata, sezon świąteczny pokrywa się z sezonem na owoce mango, więc Australijczycy robią wszystko, aby pogodzić te dwa – wydawałoby się – sprzeczne klimaty. #ThrowbackThursday #Christmas in #Melbourne #Australia #Victoria Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @przedeptane 14 Maj, 2015 o 2:15 PDT Boże Narodzenie do góry nogami Niektóre elementy anglosaskich świąt przenoszone są żywcem. Na australijskich ulicach często pojawiają się samochody z doczepionym czerwonym nosem i rogami renifera – w Melbourne na przykład taki fiacik, ale na Tasmanii spotkaliśmy też podobnie przystrojoną mamucią terenówkę. Wszechobecne są czapki świętego Mikołaja – noszą je młodzi i starzy, kasjerzy i biznesmeni, policjanci i konduktorzy. W zeszłym roku podczas pieszej […]

The post Boże Narodzenie w Australii appeared first on przedeptane.

]]>
Jak wygląda Wigilia na Antypodach? Trzydzieści stopni w cieniu, barbecue na plaży i choinka z lego. Boże Narodzenie w Australii jest dla Europejczyka niecodziennym przeżyciem.

Święta w Kangurlandii były dla nas dziwne, ale ekscytujące. Przypadają tutaj na sam środek lata, sezon świąteczny pokrywa się z sezonem na owoce mango, więc Australijczycy robią wszystko, aby pogodzić te dwa – wydawałoby się – sprzeczne klimaty.

#ThrowbackThursday #Christmas in #Melbourne #Australia #Victoria

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @przedeptane

Boże Narodzenie do góry nogami

Niektóre elementy anglosaskich świąt przenoszone są żywcem. Na australijskich ulicach często pojawiają się samochody z doczepionym czerwonym nosem i rogami renifera – w Melbourne na przykład taki fiacik, ale na Tasmanii spotkaliśmy też podobnie przystrojoną mamucią terenówkę.

Boże narodzenie w Australii - Melbourne, święta, Wigilia

Wszechobecne są czapki świętego Mikołaja – noszą je młodzi i starzy, kasjerzy i biznesmeni, policjanci i konduktorzy. W zeszłym roku podczas pieszej wycieczki po buszu w Manly (północ Sydney) kilka razy mijali nas biegacze lub cykliści właśnie w takich czapkach. Zawsze z uśmiechem i gromkim „Happy Holidays!”.

Boże Narodzenie Australia wigilia święta

Jak wszyscy, to wszyscy – kangur też. Na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć, jak wyglądał świąteczny wystrój w Australian Museum w Sydney. Wśród eksponatów spotkaliśmy takiego oto kangura z rogami…

Boże narodzenie w Australii

… przy wejściu czatował z kolei mikołajowy kazuar. Ho, ho.

Boże narodzenie w Australii

Jak widać, Australijczycy podchodzą do świąt Bożego Narodzenia z dużym dystansem. Dobrym przykładem tego wyluzowanego klimatu jest ich wersja zaprzęgu Świętego Mikołaja, który ciągnie tutaj stadko… kangurów.

Boże narodzenie w Australii

Przykicali do Betlejem

Torbacze zostały organicznie wplecione w klimat tutejszych świąt – pojawiają się na wystawach sklepowych, naklejkach, a przede wszystkim pocztówkach.

Boże narodzenie w Australii

Lokalne akcenty dominują też na ozdobach świątecznych. Na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć bombki z wizerunkami papug i kwiatów eukaliptusa…

Boże narodzenie w Australii święta Wigilia

… z motywami aborygeńskimi…

bombki świąteczne Boże Narodzenie w Australii święta Aborygeni

… a nawet ozdobę choinkową w kształcie kolczatki.

Australia Boże Narodzenie

 

A to jeszcze pikuś – w jednym ze sklepów można było kupić oryginalne kolekcje figurek z Betlejem. Jezus, Maria, Józef i pasterze występowali tutaj w postaci porcelanowych kangurów lub koali.

 

Choinka? Tak, ale…

O ile chyba nikomu z miejscowych Boże Narodzenie nie kojarzy się ze śniegiem, to w wielu instalacjach pojawia się motyw choinki. Jest ona jednak najczęściej mocno stylizowana – w supermarkecie w Melbourne tworzyła ją trójwymiarowa, geometryczna konstrukcja ze świecących prętów, a w Sydney wykonana była z klocków Lego. Oczywiście znowu nie zabrakło lokalnych akcentów w postaci koali…

Boże narodzenie w Australii - Sydney

… a nawet Świętego Mikołaja z deską surfingową.

Boże narodzenie w Australii - Sydney

Jednak nawet pozycja choinki jest mocno zagrożona. W Australii drzewa iglaste są dosyć rzadko spotykane, nawet małe drzewko może kosztować ponad 150 dolarów, więc miejscowi najczęściej kupują plastikowe choinki, a na zewnątrz wieszają świąteczne ozdoby gdzie popadnie. W Blue Mountains ozdobione były nimi przydrożne żywopłoty…

Boże Narodzenie, Blue Mountains, Australia

… a w Manly nadmorskie namorzyny. Poniższe zdjęcie wykonane zostało w Wigilię, którą wiele rodzin spędza pod gołym niebem (bombki wiszą na gałęziach po lewej).

Boże narodzenie w Australii - Manly, Sydney

Niektóre rodziny przywoziły prowiant na motorówce i urządzały sobie świąteczny piknik w odosobnionej zatoczce, inne spotykały się w szerszym kręgu przy barbecue w parku – jedną z tradycyjnych potraw świątecznych są na przykład krewetki z grilla. Dzieci i psy pluskały się w oceanie pod bacznym okiem ojców, którzy stali na brzegu w szortach, słonecznych okularach i z browarem w ręku. A co.

Punktem kulminacyjnym ubiegłorocznej Wigilii był duży świąteczny koncert w centrum Sydney, zaledwie kilkaset metrów od miejskich ogrodów botanicznych i gmachu opery. Tysiące ludzi siedziało na trawnikach – trzymali czerwone świece i śpiewali kolędy i piosenki razem z artystami występującymi na podium.

Boże Narodzenie, Australia, Sydney, święta

I wiecie co? Była magia. Nawet bez śniegu i choinki.

Na zakończenie mały bonus – kilka przepisów na australijskie bożonarodzeniowe potrawy z grilla: LINK

The post Boże Narodzenie w Australii appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/boze-narodzenie-w-australii/feed/ 21
Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 2 /2015/street-art-na-antypodach-02-melbourne-czesc-2/ /2015/street-art-na-antypodach-02-melbourne-czesc-2/#comments Mon, 30 Nov 2015 07:38:23 +0000 /?p=1452 Podróż do samego serca australijskiego street artu. Jakiś czas temu zabraliśmy Was na street artową wycieczkę na obrzeża Melbourne, tym razem uderzamy w samo serce lokalnej sceny. W centrum miasta, zaledwie kilkanaście metrów od stylowych kafejek i galerii, znajduje się kilka wąskich przejść, które przyciągają zarówno artystów, jak i fanów sztuki ulicy. Prac jest tyle, że w niektórych miejscach wzajemnie się zakrywają lub płynnie przelewają w kolejne warstwy symboli i motywów. Zresztą – koniec gadania, jedziemy z tym koksem.   Street art w Melbourne – miejsca Wszystkie zdjęcia wykonane zostały w pobliżu skrzyżowania ulic  Hosier Lane oraz Ruthledge Lane, kilkadziesiąt metrów od Federation Square i dworca kolejowego. To jednak nadal tylko mała próbka tego, co możecie zobaczyć w Melbourne. Oprócz prac w dzielnicach Fitzroy i Brunswick, które mogliście podziwiaćw naszym pierwszym wpisie, warto zajrzeć też na następujące ulice […]

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 2 appeared first on przedeptane.

]]>
Podróż do samego serca australijskiego street artu.

Jakiś czas temu zabraliśmy Was na street artową wycieczkę na obrzeża Melbourne, tym razem uderzamy w samo serce lokalnej sceny. W centrum miasta, zaledwie kilkanaście metrów od stylowych kafejek i galerii, znajduje się kilka wąskich przejść, które przyciągają zarówno artystów, jak i fanów sztuki ulicy.

street art, Melbourne

street art, Melbourne

street art, Melbourne

Prac jest tyle, że w niektórych miejscach wzajemnie się zakrywają lub płynnie przelewają w kolejne warstwy symboli i motywów. Zresztą – koniec gadania, jedziemy z tym koksem.

street art melbourne australia

melbourne streetart

street art melbourne australia

melbourne streetart

melbourne streetart

street art australia

street art melbourne australia

street art melbourne

 

Street art w Melbourne – miejsca

Wszystkie zdjęcia wykonane zostały w pobliżu skrzyżowania ulic  Hosier Lane oraz Ruthledge Lane, kilkadziesiąt metrów od Federation Square i dworca kolejowego.

To jednak nadal tylko mała próbka tego, co możecie zobaczyć w Melbourne. Oprócz prac w dzielnicach Fitzroy i Brunswick, które mogliście podziwiaćw naszym pierwszym wpisie, warto zajrzeć też na następujące ulice (patrz źródło).

  • Caledonian Lane, w pobliżu Little Bourke Street
  • Union Lane, w pobliżu  Bourke Street Mall
  • Tyły 280 Queen Street w Finlay Avenue
  • 21 Degraves Street
  • Cnr Flinders Lane oraz Cocker Alley
  • 122 Palmerston Street, Carlton
  • Centre Place, między Collins Street i Flinders Lane

Oczywiście zapraszamy też na naszego Instagrama, gdzie znajdziecie więcej migawek z naszej ostatniej podróży.

#streetart #Melbourne #exploringaustralia

A photo posted by @przedeptane on

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 2 appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/street-art-na-antypodach-02-melbourne-czesc-2/feed/ 9
Festiwal jedzenia w Queen Victoria Market. Melbourne. /2015/festiwal-jedzenia-w-queen-victoria-market-melbourne/ /2015/festiwal-jedzenia-w-queen-victoria-market-melbourne/#comments Wed, 04 Nov 2015 06:32:27 +0000 /?p=1339 Melbourne słynie ze swoich kawiarni i restauracji. Miłośnicy dobrego jedzenia znajdą tutaj jeszcze jedną gratkę – w Queen Victoria Market czeka na nich najlepsza wyżerka na całej półkuli południowej. Queen Victoria Market szczyci się ponad 120-letnią tradycją – powstał w 1878 roku i od początku stał się popularnym miejscem zakupów i spotkań. Do dzisiaj nie ma w Melbourne lepszego miejsca, w którym można by było kupić świeże owoce, warzywa, mięso lub sery. Jak już wspomnieliśmy, jest to podobno największy food market na półkuli południowej – rozciąga się na kilka bloków i na jego terenie znajduje się około 600 sklepów i straganów. W dodatku liczba ta wzrasta, gdy na terenach marketu organizowane są regularne imprezy. Nam udało się pewnego dnia wbić na festiwal jedzenia, na którym można było spróbować potraw i napojów praktycznie z całego globu. Queen Victoria […]

The post Festiwal jedzenia w Queen Victoria Market. Melbourne. appeared first on przedeptane.

]]>
Melbourne słynie ze swoich kawiarni i restauracji. Miłośnicy dobrego jedzenia znajdą tutaj jeszcze jedną gratkę – w Queen Victoria Market czeka na nich najlepsza wyżerka na całej półkuli południowej.

Queen Victoria Market szczyci się ponad 120-letnią tradycją – powstał w 1878 roku i od początku stał się popularnym miejscem zakupów i spotkań. Do dzisiaj nie ma w Melbourne lepszego miejsca, w którym można by było kupić świeże owoce, warzywa, mięso lub sery.

Jak już wspomnieliśmy, jest to podobno największy food market na półkuli południowej – rozciąga się na kilka bloków i na jego terenie znajduje się około 600 sklepów i straganów. W dodatku liczba ta wzrasta, gdy na terenach marketu organizowane są regularne imprezy. Nam udało się pewnego dnia wbić na festiwal jedzenia, na którym można było spróbować potraw i napojów praktycznie z całego globu.

Queen Victoria Market – świat smaków w Melbourne

Już z daleka wabiła nas wspaniała mieszanka zapachów. Wzdłuż przejść rozmieszczonych było kilkadziesiąt stoisk, w których królowały przede wszystkim kuchnie egzotyczne.

Oczywiście nie zabrakło też australijskich specjałów, włącznie z burgerami z mięsa krokodyla, kangura i wielbłąda. I tu ciekawostka – typowy australijski hamburger może zawierać jajko sadzone, a nawet ananas, jednak absolutnie KONIECZNYM składnikiem jest plasterek marynowanego buraka. Serio, Australijczycy traktują tę sprawę śmiertelnie poważnie, a w wersji de luxe (tzw. „hamburger with the lot”) dodają jeszcze bekon i komplet sosów. O co jednak chodzi z tym burakiem?

Pierwsze buraczane burgery zaczęły się pojawiać w latach 40. XX wieku, jednak nikt już dokładnie nie pamięta, skąd wziął się ten dziwny zwyczaj. Jedna z teorii twierdzi, że na początku australijscy żołnierze psuli w ten sposób hamburgery swoim amerykańskim kolegom w trakcie wspólnej rekreacji, ale stopniowo sami przyzwyczaili się do tego pomysłu. Czort wie. Buraki zostały i burger bez czerwonego plasterka uważany jest za świętokradztwo.

Queen Victoria Market, festiwal jedzenia, Melbourne

Nas jednak jak zawsze oczarowała kuchnia azjatycka, do której mamy ogromny sentyment.

W końcu zaatakowaliśmy też stoiska z innych części świata. A było z czego wybierać – zaprezentowała się kuchnia hiszpańska, meksykańska i brazylijska, zahaczyliśmy o stoiska ze słodyczami i napojami. Na końcu supermarketu można było kupić składniki, półprodukty i przyprawy, a przede wszystkim przepyszny miód z Tasmanii. Szał.

Na pewno jeszcze kiedyś napiszemy o tasmańskich miodach – są niesamowicie aromatyczne, ale nie wolno ich wywozić z Tasmanii w bagażu, a gatunki z oficjalnej dystrybucji nie są z reguły tak dobre.

Małym odkryciem było dla nas tzw. „tornado potato”. Ta koreańska potrawa powstała stosunkowo niedawno, w 2007 roku, i jest aż podejrzanie prosta – to spirala z ziemniaka usmażona w oleju i panierowana w mieszance sera, cebuli i przypraw. Brzmi banalnie, smakuje bosko. Na koniec dobiliśmy się jeszcze craftowym piwem. Dzień-ideał.

Market jest otwarty przez pięć dni w tygodniu (czyli codziennie oprócz poniedziałku i środy), przed zaplanowaniem wizyty warto też sprawdzić, czy w najbliższym czasie nie odbywają się tam jakieś ciekawe imprezy.

Wszystkie informacje o aktualnych wydarzeniach i atrakcjach znajdziesz oczywiście na oficjalnej stronie Queen Victoria Market: www.qvm.com.au

Zapraszamy też do naszych pozostałych wpisów z Melbourne i okolic – do relacji ze spotkania z pingwinami i z roadtripa po Great Ocean Road.

The post Festiwal jedzenia w Queen Victoria Market. Melbourne. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/festiwal-jedzenia-w-queen-victoria-market-melbourne/feed/ 10
Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 1 /2015/street-art-melbourne-1/ /2015/street-art-melbourne-1/#comments Sun, 04 Oct 2015 22:27:20 +0000 /?p=1135 Zasiali murale, czyli australijska sztuka w spreju. Street art rządzi w Melbourne. Może pamiętacie skromną galerię streetartu z Cairns i Alice Springs sprzed dwóch lat. Tym razem udało nam się trafić na lepsze złoże :) Podczas gdy inne metropolię inwestują w usuwanie nielegalnych murali, Melbourne dumnie niesie sztandar sztuki ulicznej – na terenie miasta można znaleźć kilka ulic i dzielnic, w których praktycznie każda ściana pokryta jest jakąś grafiką. Czasem streetartowe dzieła znajdują się w bezpośrednim pobliżu pięknie zachowanych dziewiętnastowiecznych budynków – na przykład poniższa para zdjęć wykonana została na jednej ulicy, w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Zresztą cała niniejsza galeria fotek powstała w trakcie niespełna półgodzinnego spaceru przez dzielnice Fitzroy i Brunswick. Właściciele domów lub sklepów często sami zapraszają graficiarzy do ozdobienia fasad ich budynków muralami, czego wynik możecie zobaczyć poniżej na przykład na zdjęciu […]

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 1 appeared first on przedeptane.

]]>
Zasiali murale, czyli australijska sztuka w spreju. Street art rządzi w Melbourne.

Może pamiętacie skromną galerię streetartu z Cairns i Alice Springs sprzed dwóch lat. Tym razem udało nam się trafić na lepsze złoże :) Podczas gdy inne metropolię inwestują w usuwanie nielegalnych murali, Melbourne dumnie niesie sztandar sztuki ulicznej – na terenie miasta można znaleźć kilka ulic i dzielnic, w których praktycznie każda ściana pokryta jest jakąś grafiką. Czasem streetartowe dzieła znajdują się w bezpośrednim pobliżu pięknie zachowanych dziewiętnastowiecznych budynków – na przykład poniższa para zdjęć wykonana została na jednej ulicy, w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Zresztą cała niniejsza galeria fotek powstała w trakcie niespełna półgodzinnego spaceru przez dzielnice Fitzroy i Brunswick.

Melbourne street art

Właściciele domów lub sklepów często sami zapraszają graficiarzy do ozdobienia fasad ich budynków muralami, czego wynik możecie zobaczyć poniżej na przykład na zdjęciu murala z modliszką albo elewacji przedszkola. Ale dość gadania – cieszcie oko!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Three_Rectangles2

(kliknij i przeskroluj dolnym paskiem przeglądarki, bo duże toto)
imageX

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Three_Rectangles3

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mało? Będzie więcej. Wkrótce dodamy jeszcze jedną kolekcję zdjęć, które wykonaliśmy w jednej z głównych streetartowych ulic w samym centrum miasta.

Street art w Melbourne – dodatkowe informacje:

Jeżeli wybierasz się do Melbourne i chcesz wyruszyć podobnym szlakiem, to pod tym linkiem znajdziesz listę najważniejszych miejsc oraz inne przydatne informacje. Warto też polubić Facebookowy fanpage poświęcony tej tematyce.

The post Street art na Antypodach 02: Melbourne, część 1 appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/street-art-melbourne-1/feed/ 13
Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów /2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/ /2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/#comments Mon, 13 Jul 2015 07:16:15 +0000 /?p=1077 Każdy zna listę siedmiu cudów świata, wybitnych osiągnięć ludzkiej wyobraźni i umiejętności. Jednak natura wcale nie pozostaje w tyle, też stworzyła swoją kolekcję monumentalnych dzieł. Lasy eukaliptusów karri, jeden z takich cudów przyrody, można podziwiać tylko w jednym miejscu na świecie. A droga długa jest, bo trzeba jechać aż na Antypody. Ucieczka z piekarnika Australia Zachodnia generalnie kojarzy się z żarem, suszą i piaskami pustyni, jednak po wyruszeniu na południe tego stanu szybko natknęliśmy się na całkowicie odmienny, żyzny krajobraz. Suche równiny stopniowo zaczęły się zazieleniać, szosa coraz częściej przecinała sady i pola uprawne, przewijała się przez urokliwe miasteczka. Wiele z tych miejsc dumnie prezentuje swoje skarby – w jednym z nich główną ulicę zdobiły słupy z ogromnymi, blaszanymi jabłkami, w innym mieszkańcy rozwieszali plakaty i ozdoby z okazji zbliżającego się festiwalu czereśni. Mijaliśmy rozległe […]

The post Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów appeared first on przedeptane.

]]>
Każdy zna listę siedmiu cudów świata, wybitnych osiągnięć ludzkiej wyobraźni i umiejętności. Jednak natura wcale nie pozostaje w tyle, też stworzyła swoją kolekcję monumentalnych dzieł. Lasy eukaliptusów karri, jeden z takich cudów przyrody, można podziwiać tylko w jednym miejscu na świecie. A droga długa jest, bo trzeba jechać aż na Antypody.

Ucieczka z piekarnika

Australia Zachodnia generalnie kojarzy się z żarem, suszą i piaskami pustyni, jednak po wyruszeniu na południe tego stanu szybko natknęliśmy się na całkowicie odmienny, żyzny krajobraz. Suche równiny stopniowo zaczęły się zazieleniać, szosa coraz częściej przecinała sady i pola uprawne, przewijała się przez urokliwe miasteczka.

Wiele z tych miejsc dumnie prezentuje swoje skarby – w jednym z nich główną ulicę zdobiły słupy z ogromnymi, blaszanymi jabłkami, w innym mieszkańcy rozwieszali plakaty i ozdoby z okazji zbliżającego się festiwalu czereśni. Mijaliśmy rozległe pola, na których pasło się bydło, przejeżdżaliśmy przez wioski zamieszkane przez małe komuny artystów, przy drodze co chwila pojawiała się ręcznie wykonana tabliczka zapraszająca do zakupu miejscowego wina z mango. Australia jak zwykle czarowała kolorami – zieleń ostro kontrastowała z pomarańczową glebą, kwitnące krzewy tworzyły krwistoczerwone korytarze z akcentami żółtych kwiatów na żywopłotach z opuncji.

W końcu opuściliśmy tę egzotyczną sielankę, pojawiły się pierwsze drzewa, które stopniowo połączyły się w las. Smukłe pnie robiły się coraz wyższe i grubsze, aż ich czubki całkowicie znikły z widoku. Dotarliśmy do siedziby gigantów.

 

Chwała na wysokości

Karri, czyli eukaliptus różnobarwny, wyrasta do 90 metrów i tworzy jedne z najwyższych lasów na świecie – wyżej wzbijają się tylko kalifornijskie sekwoje. W pierwszej dziesiątce najwyższych pojedynczych drzew występują na zmianę właśnie amerykańskie i australijskie drzewa, wśród których króluje Centurion, prawie stumetrowy eukaliptus (nomen omen) królewski z Tasmanii.

eukaliptusy karri, papuga, Australia Zachodnia

Eukaliptusy karri rosną z reguły na ubogich glebach, jednak – jak większość australijskich roślin – potrafią wykorzystać na swoją korzyść pożary, które są nieodłącznym elementem australijskiego ekosystemu. Karri lubią kwitnąć wkrótce po wygaśnięciu ognia, a z ich kwiatów powstaje słynny, niezwykle aromatyczny miód. Cenione jest też ich drewno o ładnym, mahoniowym zabarwieniu. Najczęściej wykorzystywane jest do budowy dachów, ponieważ długie, jednolite pnie karri pozbawione są sęków, a więc świetnie nadają się do produkcji belek.

Przed zmrokiem dotarliśmy do Pemberton, małego miasteczka ulokowanego na odległym, południowo-zachodnim cyplu kontynentu. Pemberton znajduje się w samym środku lasu i stanowi główną bazę wypadową do okolicznych parków narodowych i pomników przyrody. Jeden z nich, główna atrakcja regionu i być może najbardziej znane drzewo w Australii, znajduje się dwa kilometry za miastem. To spotkanie musieliśmy jednak zostawić na rano.

 

Co w poszyciu piszczy

Wstaliśmy wcześnie, aby zobaczyć, jak las budzi się do życia. Okazało się, że nie tylko eukaliptusy cierpią tutaj na manię wielkości – podszycie leśne, osiągające w naszych lasach maksymalnie 4 metry, tutaj dorasta aż do dziesięciu.

PC020614

Nie zawiodło nas też bogactwo miejscowej fauny. Przywykliśmy już do obecności wielu gatunków papug o krzykliwych kolorach i głosach – tym razem naszą uwagę przykuły tzw. chwostki, drobne ptaki występujące wyłącznie w Australii i w Indonezji. Samce wszystkich gatunków chwalą się całą paletą odcieni koloru niebieskiego, włącznie z turkusem i metalicznym błękitem. Nic dziwnego, że chwostki są nazywane przez miejscowych „klejnotami natury”.

W najniższym piętrze roślinności natknęliśmy się na nieco bardziej groźnego mieszkańca. Mowa o kolejnym australijskim ewenemencie – o bull ants, prastarej rodzinie mrówek, czterokrotnie większych i wielokrotnie bardziej niebezpiecznych od ich europejskich kuzynek. Potężne, wzbudzające respekt żuwaczki wcale nie są od parady, co potwierdza tytuł najbardziej niebezpiecznej mrówki świata w Księdze Rekordów Guinessa. Mrówki z tej rodziny posłużyły Schopenhauerowi do zilustrowania jego koncepcji „woli życia” – są szybkie i agresywne, mają świetny wzrok i węch i nie wahają się gonić wroga na odległość kilku metrów. Nie boją się też ludzi. Podczas ataku jednocześnie gryzą żuwaczkami i wstrzykują w ranę jad z odwłoku, w kilku przypadkach ofiara ginęła w 15 minut od ukąszenia. W skrócie – lasy zamieszkane przez bull ants raczej nie są dobrym miejscem na piknik.

O dziwo, gęste zarośla zamieszkują też o wiele większe zwierzęta – o czym przekonał nas samiec kangura, który wyskoczył na nas z krzaków. W niektórych europejskich ZOO można pogłaskać walabie, czyli mniejsze kangurowate – tutaj stanął przed nami zwierzak wielkości sarny. Rozejrzał się na boki i po dwóch susach zniknął w zielonej ścianie.

australijskie zwierzęta - kangur

Zdolność cichego poruszania się w zaroślach działa niestety na szkodę tych zwierząt – później tego dnia spotkaliśmy starszą panią w obitym vanie wypełnionym młodymi kangurzątkami. Okazało się, że mamy do czynienia z jednoosobową organizacją ratowniczą – pani od lat krąży po okolicy i przegląda kieszenie kangurzyc zabitych przez przejeżdżające samochody. Znalezione młode zabiera do domu, gdzie opiekuje się nimi do czasu, gdy może je wypuścić na wolność.

Jest to niestety Syzyfowa praca – zwłaszcza turyści z Europy, przyzwyczajeni do swoich opustoszałych lasów, jeżdżą jak dzicy i nieustannie generują nowe pokolenia sierot.

 

Mr. Big – król eukaliptusów

W końcu przyszła jednak pora na spotkanie z gwiazdą dnia. Drzewo Gloucester Tree – bo to o nim mowa – jest pięknym, siedemdziesięciometrowym okazem karri. Jego pień najeżony jest spiralą ponad 150 żelaznych prętów, po których można się wspiąć na sam szczyt.

Gloucester nie został jednak okaleczony dla jakiegoś widzimisię. Od lat 30. XX wieku tworzył razem z podobnymi drzewami siatkę tzw. drzew widokowych, z których strażnicy mogli dokładnie zlokalizować pożary lasu. Dzisiaj do tego celu używa się helikopterów i GPSów, drzewa widokowe stały się więc atrakcją turystyczną.

eukaliptusy karri australia zachodnia

Dzięki siatkom ochronnym obywa się bez śmiertelnych wypadków, co nie zmienia faktu, że wspinaczka na sam szczyt wymaga nie lada sprawności fizycznej – zdarzają się zawały, od czasu do czasu ludzie przeceniają swoje możliwości i strażnicy muszą ich sprowadzać na dół. Ogólnie statystyki podają, że na czubek drzewa dociera zaledwie 20 procent turystów.

Nam niestety nie udało się spełnić tego celu – oparzone kilka dni wcześniej stopy uniemożliwiły nam wspinaczkę. Ale nic to, mamy przynajmniej kolejny powód, aby wrócić. Gloucester poczekał 250 lat, wytrzyma i kilka kolejnych.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot

 

The post Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/feed/ 13
Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/ /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/#comments Sun, 17 May 2015 11:42:48 +0000 /?p=661 U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt. Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego. Samotnia dla pół miliona ludzi Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo […]

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt.

Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego.

Rottnest Island, Australia

Samotnia dla pół miliona ludzi

Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo jedyną destynacją w Perth. Nie zgadzamy się z takim oszczerstwem, ale fakt faktem – wyspa od początku znajdowała się na szczycie naszej listy australijskich marzeń.

Z lądu można na nią dotrzeć jedynie promem, który wyrusza w podróż kilka razy dziennie. Wyspę najlepiej jest zwiedzić na siodełku rowerowym, a więc oprócz biletu na prom przewoźnicy oferują także całodniowe wypożyczenie roweru i sprzętu do snorkelingu. Cena całego pakietu przekracza wtedy 150 australijskich dolarów, ale warto zainwestować – na wyspie obowiązuje bowiem zasada „czym dalej od przystani, tym mniej luda”, dzięki dwom kółkom każdy może więc w kilkanaście minut znaleźć dla siebie bezludną plażę. A te są tutaj naprawdę przepiękne.

plaża na Rottnest Island

Wyspę zamieszkuje około 100 stałych mieszkańców, jednak rocznie odwiedza ją aż 500.000 turystów (prawdziwa inwazja zaczyna się w okresie świątecznym), okolice przystani są więc często nieznośnie zatłoczone i gwarne. Większość turystów pozostaje jednak w restauracjach przy molo i nie zapuszcza się dalej, pozostawiając całą resztę wyspy bardziej zdeterminowanym zwiedzającym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

19 kilometrów kwadratowych przecina kilkadziesiąt kilometrów szlaków rowerowych, na całodniową wycieczkę może się więc porwać każdy w miarę zdrowy i sprawny ludź. Przed wyprawą dobrze jednak zadbać o zapasy wody i krem z mocnym filtrem (50+), ponieważ niektóre dłuższe fragmenty trasy prowadzą przez miejsca bez najmniejszego skrawka cienia, a australijskie słońce potrafi okrutnie dopiec, o czym przekonaliśmy się dosłownie na własnej skórze. Jednodniowa wycieczka, dwa tygodnie leczenia poparzeń słonecznych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale nie chcemy was straszyć – naprawdę jest co podziwiać! Nie samym morzem człowiek żyje – wyspę porastają wielkie połacie traw i krzewów, na wzgórzach leżą (sic!) drzewa, wysmagane przez wiatr do fantastycznych kształtów. Codziennie po południu Perth odwiedza bryza morska znad Oceanu Indyjskiego (tzw. „Freemantle Doctor”), dzięki której oprócz miana najbardziej słonecznej metropolii uzyskało także status trzeciego najbardziej wietrznego miasta na świecie.

W pobliżu przystani znajduje się kilka słonych (i cuchnących) jeziorek zamieszkanych przez bajeczną kolekcję wodnych ptaków. Także przybrzeżne wody tętnią życiem – oprócz mew, pelikanów i innego wodnego ptactwa  można się tutaj natknąć na płaszczki i delfiny, z kolei kamieniste podłoże wnętrza wyspy jest świetnym środowiskiem dla gadów. Często widywaliśmy duże, leniwe jaszczurki, dwa razy musieliśmy w ostatniej chwili hamować, aby nie przejechać jadowitego węża wygrzewającego się na asfalcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W gnieździe szczurów

Głównym magnesem na zwierzolubnych turystów są jednak kuoki (ang. quokka). Pierwsi holenderscy odkrywcy pisali o wyspie zamieszkanej przez „dzikie koty”. Gdy w 1696 roku dotarł tutaj kapitan Willem de Vlamingh, także on natknął się na niezliczone stada zwierząt, które – ku jego niezmiernemu zaskoczeniu – często poruszały się na dwóch tylnych łapach. Odkrywca nadał więc wyspie nazwę „Rotte nest”, czyli „gniazdo szczurów”.

quokka, Australia

Kuoki nie są jednak spokrewnione ze szczurami ani z innymi gryzoniami – to torbacze wielkości kota (waga 5 kg, wiek – do 5 lat). Wcześniej żyły także na australijskim lądzie, gdzie zostały jednak wyparte przez ludzi i drapieżniki sprowadzone z Europy. Nic dziwnego – to spokojne, a nawet flegmatyczne zwierzaki, których strategia obronna opiera się z reguły na staniu bez ruchu i robieniu słodkiej miny. Dzisiaj miejsca ich występowania można policzyć na palcach jednej ręki, przy czym wyspa pozostaje ich największym schronieniem.

Na Rottnest Island kuoki nie mają żadnych naturalnych wrogów i oswoiły się do tego stopnia, że często same podchodzą i szukają kontaktu z ludźmi. W trakcie jednego z postojów nasze rowery zostały „zaatakowane” przez całe stado – zwierzaki oblizywały łańcuchy, obwąchiwały torby, a nawet powskakiwały do wózka rowerowego w poszukiwaniu jedzenia.

compo

Ostatnio hitem australijskiego Internetu stały się zdjęcia „selfie” z kuokami, co bardzo nie podoba się ekologom. Władze wyspy rozmieszczają tabliczki ostrzegające przed zbytnim spoufalaniem się ze zwierzętami, nie wolno ich karmić ani dotykać – chociaż my kilka razy nie mieliśmy innej możliwości, gdy futrzaki za nic nie chciały odejść od rowerów, a zwykłe „kszsz” nie pomagało. Kuoki najwidoczniej nie czytają tabliczek – najczęściej spotykaliśmy je właśnie w pobliżu terenów zabudowanych, a nie na rozległych, pustych obszarach wyspy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Największą atrakcją Rottnest Island pozostaje jednak malownicze wybrzeże. Przejeżdżając wzdłuż niego można zatrzymywać się dosłownie co kilka minut, by odwiedzić kolejne miejsce, w którym biały piasek styka się z turkusową wodą. Czasem spokój naruszają okrzyki i muzyka złotej młodzieży, która przybywa tutaj na własnych jachtach z Perth, aby wypić kilka piw i popływać na wakeboardach – zawsze można jednak spakować manatki i już kawałek dalej znaleźć plażę, która jest całkowicie pusta i cicha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piekło, raj

Sielankowe krajobrazy kryją w sobie też mroczne tajemnice – w XVIII i XIX wieku wyspa była na zmianę bazą wojskową, kolonią karną i więzieniem dla tubylców. Zesłanie na wyspę było dla nich podwójną karą, ponieważ uważali ją za święte miejsce; nazywali ją „Winnaitch”, siedzibą duchów zakazaną dla człowieka. W okropnych warunkach i stresie ginęli więc w zatrważających ilościach – niektóre źródła podają, że w tym czasie zmarło tutaj ok. 10 procent, czyli aż 369 więzionych Aborygenów.

Pamięć o tych wydarzeniach powoli ginie. Wyspa jest obecnie nie tylko celem wycieczek, ale też miejscem realizacji wielu projektów mających na celu ochronę jej unikalnej przyrody – na czele z kuokami, które nazywane są „najszczęśliwszymi zwierzakami na ziemi”. I nie chodzi wcale o to, że te prześladowane pluszaki znalazły w końcu bezpieczne miejsce na ziemi – jeżeli przyjrzycie się uważnie ich zdjęciom, to faktycznie można odnieść wrażenie, że kuoki mają wiecznie uśmiechnięte pyszczki.

uśmiechnięta quokka

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 03/2015

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/feed/ 9
Perth. Słoneczny koniec świata. /2015/perth-sloneczny-koniec-swiata/ /2015/perth-sloneczny-koniec-swiata/#comments Thu, 09 Apr 2015 11:53:59 +0000 /?p=935 Dla wielu turystów Australia zaczyna się na Sydney, a kończy na Uluru. A szkoda, bo zachód kontynentu też ukrywa sporo skarbów. Aby dotrzeć do Perth, trzeba solidnie nadłożyć drogi – miasto, a nawet cały stan są odizolowane od reszty kontynentu, prawie nikt nie ląduje tutaj przez przypadek. Chociaż Perth prężnie się rozwija, to nadal pozostaje w cieniu dużych miast na wschodnim wybrzeżu Australii. Centrum można przejść pieszo w kilka minut i nie dysponuje żadnymi większymi atrakcjami, pozostałe dzielnice ciągną się w nieskończoność we wszystkich kierunkach i czasami trudno do nich dotrzeć miejską komunikacją. Bez samochodu ani rusz. Może i Perth nie jest klejnotem urbanistyki, jednak ma wiele innych zalet. Przede wszystkim przedstawia główną bazę wypadową dla zwiedzania całej Australii Zachodniej – można stąd wyruszyć na południe, gdzie znajduje się zielony cypel kontynentu porośnięty lasami eukaliptusów karri; na wschód, w stronę najprawdziwszego, czerwonego outbacku i znanej […]

The post Perth. Słoneczny koniec świata. appeared first on przedeptane.

]]>
Dla wielu turystów Australia zaczyna się na Sydney, a kończy na Uluru. A szkoda, bo zachód kontynentu też ukrywa sporo skarbów.

Aby dotrzeć do Perth, trzeba solidnie nadłożyć drogi – miasto, a nawet cały stan są odizolowane od reszty kontynentu, prawie nikt nie ląduje tutaj przez przypadek. Chociaż Perth prężnie się rozwija, to nadal pozostaje w cieniu dużych miast na wschodnim wybrzeżu Australii. Centrum można przejść pieszo w kilka minut i nie dysponuje żadnymi większymi atrakcjami, pozostałe dzielnice ciągną się w nieskończoność we wszystkich kierunkach i czasami trudno do nich dotrzeć miejską komunikacją. Bez samochodu ani rusz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Może i Perth nie jest klejnotem urbanistyki, jednak ma wiele innych zalet. Przede wszystkim przedstawia główną bazę wypadową dla zwiedzania całej Australii Zachodniej – można stąd wyruszyć na południe, gdzie znajduje się zielony cypel kontynentu porośnięty lasami eukaliptusów karri; na wschód, w stronę najprawdziwszego, czerwonego outbacku i znanej skały Wave Rock; i na północ, do Pinnacles – słynnej formacji skalnej, oraz zatoki Shark Bay, gdzie można popływać z delfinami lub zobaczyć prastare stromatolity.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Także sama stolica stanu ma kilka asów w rękawie. Oprócz obowiązkowej wycieczki na Rottnest Island (już wkrótce opublikujemy osobną notkę o tej wyspie), niewątpliwą atrakcją jest wybrzeże miasta, które tworzy jedno, długie pasmo białego piasku. Tutaj akurat odizolowanie Perth działa na korzyść plażowiczów – powyższe zdjęcie z miejskiej plaży Scarborough dowodzi, że nie trzeba się tutaj bić o miejsce na rozłożenie ręcznika.

Dużą atrakcją dla miłośników architektury są starsze dzielnice, które posiane są willami w stylu art deco. Spacer po tych okolicach jest podróżą w czasie do lat 20. i 30. XX wieku – całe ulice wyglądają jak żywcem wyjęte z filmów kina noir albo Wielkiego Gatsby’ego. Nocowaliśmy w jednym z takich domów, którego właściciele zachowali do dzisiaj oryginalne kafelki, drewniane boazerie i drzwi. Był nawet mechaniczny dzwonek na korbkę. Cudo.

Art Deco

Naszym prywatnym zboczonkiem są ogrody botaniczne, a więc i w Perth nie mogliśmy ominąć tego punktu programu. Kings Park znajduje się na wzgórzu nad miastem i może się pochwalić piękną kolekcją banksji – jednego z symboli miejscowej flory, krzewu ważnego zarówno dla Aborygenów, jak i białych Australijczyków. Na poniższym zdjęciu możecie zobaczyć cztery etapy kwitnienia tej niepowtarzalnej rośliny. Kwiaty w pełnym rozkwicie mają różne kolory – w zależności od gatunku mogą być żółte, czerwone, pomarańczowe lub wielokolorowe. W dotyku przypominają szczotkę z twardymi szczecinami (zdjęcia 2 i 3).

Nine_Square_Grid

Kwiaty w ostatnim stadium – przedstawione na czwartym zdjęciu – zainspirowały May Gibbs, autorkę słynnej serii książek dziecięcych. Występują tam jako złe, leśne duchy – antagoniści bohaterów tych bajek, czyli malutkich, eukaliptusowych maluchów (ilustracja poniżej). Później kwiat nabiera jeszcze dziwniejszego kształtu – zrzuca włoski i zamienia się w suchą szyszkę z pokracznymi drewnianymi naroślami. Przywieźliśmy ich kilka do domu, na pewno pokażemy je na wykładach.

Untitled-2

Nota bene – australijska przyroda chyba lubi nadawać kwiatom dziwaczne kształty.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co ciekawe, wiele kwiatów nie zapylają pszczoły lub motyle, ale ptaki, a nawet nietoperze. Dlatego często są czerwonego koloru, który dla insektów jest praktycznie niewidoczny, za to ptaki widzą go bardzo dobrze. Jednym z takich zapylaczy jest na przykład koralicowiec z poniższego zdjęcia. Teoretycznie miodojad – nam próbował dorwać się do kanapek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podczas jednej z wycieczek na obrzeża Perth trafiliśmy nad tamę wodną Mundaring Weir, którą zbudował tutaj w 1903 roku irlandzki inżynier C.Y. O’Connor. O’Connor był autorem i wykonawcą odważnego projektu hydrotechnicznego (tzw. Goldfields Water Supply Scheme), który miał zapewnić dostawy wody dla całego regionu – inwestycja wynosiła 2,5 miliona dolarów i od początku uważana była za ryzykowną, a nawet niewykonalną, ponieważ zakładała transportowanie wody rurociągiem na odległość 530 kilometrów. Dzisiaj system zaopatruje w wodę ponad 100.000 mieszkańców jednego z najbardziej suchych rejonów świata.

O’Connor, człowiek honoru i absolutny perfekcjonista, ostatecznie nie wytrzymał presji i postanowił odejść z tego świata w wielkim stylu. Tuż przed dokończeniem tamy wjechał na swoim koniu w morze i odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. Wydarzenie to upamiętnia dzisiaj pomnik konny postawiony w wodzie na plaży nazwanej jego imieniem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnio pojawiło się kilka katastroficznych prognoz, zgodnie z którymi całą Zachodnią Australię czeka w najbliższych latach kolaps dostaw wody. Póki co okoliczne tereny tętnią jednak życiem – w jednym z parków na obrzeżach miasta po raz pierwszy spotkaliśmy w przyrodzie potężne kangury szare.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie brakuje też różnych bzyczków, motyli i innych sześcionogów.

inse

Jak już jednak wspomnieliśmy, największym atutem stolicy Zachodniej Australii pozostaje ocean i piasek. Najbardziej znane plaże znajdują się południu Perth, w mieście Fremantle. Smażenie ciał ma tutaj długą tradycję – miejscowi przychodzą na plażę Cottesloe (patrz poniższe zdjęcie) już od ponad stu lat. Wcale im się nie dziwimy – zachodnioaustralijskie plaże należą do najładniejszych, jakie dotychczas udało nam się zobaczyć. Ogrom wolnej przestrzeni i gra kolorów naprawdę robi wrażenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Życie miasta jest tutaj idealnie przeplecione z naturą (czasami nawet za bardzo – w Zachodniej Australii zdarzają się ataki rekinów). Oprócz mnóstwa gatunków wodnych ptaków to właśnie tutaj spotkaliśmy scynki krótkoogonowe, kolejny symbol australijskiej fauny. Te duże, rozkosznie ociężałe jaszczurki – nazywane blue tongues ze względu na niebieskie języki, którymi odstraszają potencjalnych wrogów – przychodzą tutaj wyjadać resztki sałatek spadających z balkonów restauracji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Naszym zdecydowanym faworytem były jednak plaże dla psów na północy Perth. Dzięki nim ostatecznie zrozumieliśmy, dlaczego w 2014 roku uplasowało się ono na 9. miejscu listy najlepszych miast do życia (w pierwszej dwudziestce znalazły się aż cztery australijskie metropolie!).

Pożegnamy się z wami trzema fotkami z tych miejsc.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak widać, Perth jest naprawdę dobrym miejscem. Nie tylko dla ludzi.

P.S.
Serdecznie dziękujemy wszystkim dobrym duszom, które opiekowały się nami w Perth w pierwszych i ostatnich dniach naszej australijskiej podróży – Gerardowi i Pauli (za gościnność), Maxowi (za towarzystwo), Reni i Mirkowi (za pomoc i dobrą radę). Transkontynentalne uściski dla Was wszystkich!

The post Perth. Słoneczny koniec świata. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/perth-sloneczny-koniec-swiata/feed/ 4
Melbourne: Seks i pingwiny w sweterkach! /2015/melbourne-pingwiny/ /2015/melbourne-pingwiny/#comments Wed, 25 Mar 2015 16:46:25 +0000 /?p=908 Melbourne może nie jest tak wystrzałowe jak Sydney, ale ma duże serce – i malutkie pingwiny. St Kilda to dzielnica leżakowania, łażenia po barach i bujania się z artystyczną bohemą. W dzień można tutaj paść na plaży lub zabawić się w historycznym lunaparku, jednak w nocy turyści przybywają tu z zupełnie innego powodu. Na końcu molo, za stylowym budynkiem z 1904 roku (patrz pierwsze zdjęcie), w przystani otoczonej wałem z głazów odbywa się ptasie show – dziesiątki pingwinów wracają z łowów do swoich gniazd. Przybyliśmy na miejsce tuż przed zachodem słońca, aby znaleźć się jak najbliżej akcji – na drewnianym podeście u podnóża głazów zebrała się już liczna grupa widzów czekających na przybycie gwiazd wieczoru. Na miejscu nie wolno używać latarek ani fleszy (i bardzo dobrze!), ciemność oświetlają tylko czerwone lampy wolontariuszy, którzy dbają o bezpieczeństwo i komfort obserwujących i obserwowanych. Chwilę po zapadnięciu zmroku taflę wody […]

The post Melbourne: Seks i pingwiny w sweterkach! appeared first on przedeptane.

]]>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Melbourne może nie jest tak wystrzałowe jak Sydney, ale ma duże serce – i malutkie pingwiny.

St Kilda to dzielnica leżakowania, łażenia po barach i bujania się z artystyczną bohemą. W dzień można tutaj paść na plaży lub zabawić się w historycznym lunaparku, jednak w nocy turyści przybywają tu z zupełnie innego powodu. Na końcu molo, za stylowym budynkiem z 1904 roku (patrz pierwsze zdjęcie), w przystani otoczonej wałem z głazów odbywa się ptasie show – dziesiątki pingwinów wracają z łowów do swoich gniazd.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przybyliśmy na miejsce tuż przed zachodem słońca, aby znaleźć się jak najbliżej akcji – na drewnianym podeście u podnóża głazów zebrała się już liczna grupa widzów czekających na przybycie gwiazd wieczoru. Na miejscu nie wolno używać latarek ani fleszy (i bardzo dobrze!), ciemność oświetlają tylko czerwone lampy wolontariuszy, którzy dbają o bezpieczeństwo i komfort obserwujących i obserwowanych.

Chwilę po zapadnięciu zmroku taflę wody rozcięło pasemko fal w kształcie litery V. Czarna główka pojawiła się nad wodą, znowu zniknęła i wyskoczyła o kilka metrów bliżej. Małe to, ale szybkie jak diabli.

Pingwin Melbourne

Pierwsze pingwiny wyglądały na lekko speszone. Wyskoczyły z wody na piasek, zgarbiły się i po chwili człapania w miejscu przebiegły tuż pod naszymi nogami i zniknęły w skalnych szczelinach. Kolejni goście nabierali jednak odwagi – coraz częściej paradowali wzdłuż podestu, a w końcu zostawali na dłużej, aby powitać znajomych powracających z morza.

Pingwin Melbourne

Pingwiny małe są – nomen omen – najmniejszymi pingwinami na świecie, w pozycji wyprostowanej mają 34 centymetry wysokości, ważą zaledwie półtora kilograma. Zamieszkują wybrzeża Australii, Nowej Zelandii i Tasmanii, chociaż podobno pojawiły się aż w Chile. Na Nowej Zelandii nazywane są „blue penguins”, a w Australii „little penguins”.

Możemy w tym miejscu obalić dwie miejskie legendy związane z tymi maluchami. Pierwsza – Australijczycy nazywali je wcześniej „fairy penguins”, więc przez jakiś czas miejscowi konserwatyści rozsiewali plotki, że zmianę nomenklatury wymusili aktywiści LGBT („fairy” to nie tylko wróżka, ale też niewybredne określenie homoseksualisty). Fałsz.

Pingwiny Melbourne

Drugą legendą są słynne „sweterki dla pingwinów”. Po wycieku ropy w 2000 roku pewna organizacja poprosiła miłośników przyrody o przesyłanie wełnianych sweterków, które mogłyby ogrzać poszkodowanych i wchłonąć zanieczyszczenia pokrywające ich pióra. Akcja szybko wymknęła się spod kontroli i osiągnęła globalny rozmach, w Internecie pojawiły się instrukcje i szablony do szydełkowania. Gdy liczba nadesłanych sweterków przekroczyła 15.000, organizatorzy musieli oficjalnie poprosić o wstrzymanie dalszych działań.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobne historie wracają jak bumerang, najnowsza pochodzi z 2014 roku. Nie musicie jednak sięgać po druty i kłębki – większość ekspertów twierdzi, że takie akcje (jakkolwiek sympatyczne) nie mają większego wpływu na dobrostan pingwinów. Swetry niewiele pomagają, a mogą nawet zaszkodzić, ponieważ ich ubieranie stresuje zwierzęta. Jeżeli zaś chodzi o walory estetyczne, to pingwiny małe są wystarczająco urocze nawet bez pomocy modnych dodatków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróćmy jednak na plażę, a raczej do sensacyjnego tytułu tego wpisu.

W pewnym momencie w ciemności zaczęły się odzywać dziwne skrzeki – stojąca obok nas wolontariuszka uniosła lekko brew i zawyrokowała: „O, stosunek”. Skierowała snop czerwonego światła na piasek, gdzie dwa małe pingwiny faktycznie zajmowały się robieniem jeszcze mniejszych pingwiniątek.

Nota bene: chyba mamy na te zwierzaki jakiś zły wpływ, bo już drugi raz wniosły w naszą fotorelację wątki erotyczne (patrz kangury z poprzedniej wyprawy)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na szczęście reszta pingwinów zachowała pozory przyzwoitości i grzecznie pozowała do zdjęć. Może wiedzą, że pomimo conocnego najazdu turystów kolonia z St Kilda ma się całkiem dobrze? W wielu innych miejscach pingwiny małe atakowane są przez drapieżniki zawleczone tutaj z Europy; w ubiegłym roku w jednym z takich zajść fretki wybiły na Nowej Zelandii 29 ptaków.

Władze Victorii szukają więc nowych sposobów na ratowanie sytuacji – po tym, co zdziczałe koty i lisy w ciągu 5 lat zmniejszyły liczebność kolonii na wyspie Middle Island z 1000 do 4 (!) osobników, do akcji wkroczyły specjalnie tresowane owczarki maremma, które wkrótce zaczęły przywracać pierwotną równowagę. Więcej o tym niezwykłym eksperymencie możecie przeczytać tutaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wrócimy jeszcze do Melbourne w kilku kolejnych notkach. Pisaliśmy już o wspaniałej miejscowej sztuce ulicznej i o festiwalu jedzenia w Queen Victoria Market, napiszemy jeszcze o będą ogrodach botanicznych. Tymczasem niech utuli was do snu rzężenie ptactwa w smokingach.

The post Melbourne: Seks i pingwiny w sweterkach! appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/melbourne-pingwiny/feed/ 10
Great Ocean Road. Dwanaście apostołów, osiem tysięcy koali. /2015/great-ocean-road/ /2015/great-ocean-road/#comments Wed, 11 Mar 2015 15:10:28 +0000 /?p=817 Jeżeli lubisz roadtripy, to Australia będzie dla Ciebie ziemią obiecaną. Niektóre szlaki przebiegają przez pustynie, inne przez zbocza gór lub pasma dżungli tropikalnej. Do wyboru, do koloru. Nam w końcu udało się przejechać samochodem po najbardziej znanym, a być może i najpiękniejszym z nich. Great Ocean Road to asfaltowy wąż o długości 243 kilometrów, wijący się wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża kontynentu na trasie z Melbourne do Adelaide. Trasa, która powstała prawie osiemdziesiąt lat temu, jest dzisiaj uważana za jedną z głównych atrakcji turystycznych całego kontynentu. Wjazd na Great Ocean Road Mieliśmy tylko dwa dni wolnego, a więc trzeba się było trochę streszczać. Na Gumtree znaleźliśmy ogłoszenie dwóch backpackerek z Niemiec – szybki telefon, szybkie spotkanie, wynajmujemy samochód, ruszamy. Następnego ranka nasz tymczasowy wehikuł śmigał już na południe, w stronę morza, do miasteczka Torquay, w którym zaczyna się cała zabawa. Great Ocean Road jest pomnikiem […]

The post Great Ocean Road. Dwanaście apostołów, osiem tysięcy koali. appeared first on przedeptane.

]]>
Jeżeli lubisz roadtripy, to Australia będzie dla Ciebie ziemią obiecaną. Niektóre szlaki przebiegają przez pustynie, inne przez zbocza gór lub pasma dżungli tropikalnej. Do wyboru, do koloru. Nam w końcu udało się przejechać samochodem po najbardziej znanym, a być może i najpiękniejszym z nich.

Great Ocean Road to asfaltowy wąż o długości 243 kilometrów, wijący się wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża kontynentu na trasie z Melbourne do Adelaide. Trasa, która powstała prawie osiemdziesiąt lat temu, jest dzisiaj uważana za jedną z głównych atrakcji turystycznych całego kontynentu.

Wjazd na Great Ocean Road

Mieliśmy tylko dwa dni wolnego, a więc trzeba się było trochę streszczać. Na Gumtree znaleźliśmy ogłoszenie dwóch backpackerek z Niemiec – szybki telefon, szybkie spotkanie, wynajmujemy samochód, ruszamy. Następnego ranka nasz tymczasowy wehikuł śmigał już na południe, w stronę morza, do miasteczka Torquay, w którym zaczyna się cała zabawa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Great Ocean Road jest pomnikiem australijskiej historii – i to w dosłownym sensie, trasa powstała bowiem jako projekt zatrudnienia weteranów wracających z okopów I wojny światowej. Roboty ruszyły w 1919 roku, i do oficjalnego otwarcia w roku 1932 pracowało tutaj około 3000 byłych żołnierzy. Zanim przybyli tutaj panowie z kilofami i walcami, wybrzeże było w dużej części niedostępne, można było do niego dotrzeć wyłącznie łodzią lub przez gęsty busz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak niedostępne bywały te tereny – przejeżdżając po trasie możemy podziwiać bogatą paletę krajobrazów. Po lewej urwiska, skały, plaże; po prawej – senne wioski i soczysta zieleń buszu ukrywającego oczka wodne i wodospady.

PC181879z copy

Królestwo koali

Mniej więcej w połowie szlaku droga ucieka od wybrzeża i przecina półwysep Cape Otway. Zatrzymujemy się na dłużej – znajduje się tutaj nie tylko najstarsza australijska latarnia morska (rok budowy 1848, wejście 20 dolarów, pasujemy), ale przede wszystkim gęsty las eukaliptusowy. Gdy Europejczycy sprowadzili tutaj koale, te zaczęły się mnożyć na potęgę. Dzisiaj Cape Otway jest jednym z najlepszych miejsc na spotkanie tych zwierząt w przyrodzie.

Cape Otway, koale, Australia, Great Ocean Road

Niestety nad tą sielanką zaczynają gromadzić się burzowe chmury. Jeden koala zjada dziennie aż kilogram liści, eksplozja populacyjna szybko doprowadziła więc do umierania drzew i kolapsu całego ekosystemu. Powyższe zdjęcie przedstawia jeszcze zdrowy las, w pobliżu latarni pozostały już tylko białe, suche pnie i konary. Coraz częściej zdarza się, że koale znajdą się w środku takiej martwej strefy i padają z głodu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnio głośnym echem odbiła się w mediach akcja odstrzału koali właśnie na Cape Otway. Jest to niestety smutna konieczność, ponieważ koali nie można przesiedlić – bardzo źle znoszą stres i często giną w trakcie transportu. Niełatwo też sadzić nowe drzewa, prawdopodobnie do ich wymierania doprowadzają nie tylko koale, ale i inne, nieznane czynniki; australijska natura przedstawia bardzo skomplikowany i osobliwy system wzajemnych zależności. Tak czy owak – badania trwają, a lasów nadal jest jeszcze stosunkowo dużo, a więc nadzieja jeszcze nie umarła.

RPC180010

Na obrzeżach półwyspu koale występują jeszcze sporadycznie, z trudem wypatrywaliśmy ich w koronach. Jednak czym bliżej do cypla, tym większe zagęszczenie – na obrzeżach martwego lasu koale obrastały eukaliptusy jak gruszki, wiele samic tuliło do siebie „joeys”, czyli młode.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dwunastu skamieniałych apostołów

Wracamy na trasę i już wkrótce krajobraz ulega dramatycznej zmianie. Tak, jakby chciał zapowiedzieć, że za chwilę zobaczymy coś dużego. Największą atrakcją Great Ocean Road jest właśnie jej ostatni etap, na którym można zobaczyć klejnot w koronie – Dwunastu Apostołów. Słynna formacja skalna wyrzeźbiona przez erozję faktycznie zapiera dech w piersiach.

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road, Australia

Apostołów tak naprawdę było dziewięć – w 2005 i 2009 roku walkę z falami i kapryśną pogodą przegrały kolejne dwie kolumny, a więc dzisiaj możemy podziwiać siedem monumentów, co wcale nie umniejsza wagi ani uroku tego cudu natury. Oto dwa po lewej:

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road

A tu reszta wapiennej gromadki po prawej:

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road

Współczujemy Apostołom, bo nam też pogoda dała nieźle w kość – przez większość przejazdu po Great Ocean Road uciekaliśmy przed groźnie wyglądającą burzą, w serpentynach między urwiskami złapał nas gęsty deszcz, po przybyciu do Dwunastu nagle uderzył mocny wiatr. A więc nie, nie pokażemy żadnych selfie – próby były, ale okazało się, że wyglądamy tak, jakbyśmy zwiedzali tunel aerodynamiczny. Daliśmy sobie spokój.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kawałek dalej można zobaczyć proces erozji w akcji. Woda i wiatr wymywają w wapieniu jaskinie, które stopniowo zamieniają się w łuki naskalne. W pewnym momencie sklepienie zapada się i – et voilá – mamy nowego apostoła.

Dwunastu apostołów, Great Ocean Road, Australia

Trasa z Melbourne do tego punktu zajęła nam cały dzień. Znaleźliśmy nocleg w pobliżu Apostołów, a kolejnego ranka dojechaliśmy do Port Fairy, gdzie obróciliśmy rumaka i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po obu stronach szosy często rosły całe ściany krwistoczerwonych kwiatów, do których zlatywały się motyle i ptaki – to Corymbia ficifolia, jeden z najbardziej znanych ozdobnych eukaliptusów. Podobno nadaje się do uprawy w naszych warunkach domowych – jest wprawdzie mniejszy, ale jego czerwone eksplozje i tak robią wrażenie.

ozdobny eukaliptus, czerwony, Australia, kwiaty

Do Melbourne wróciliśmy inną drogą, aby zobaczyć na własne oczy Leura Maar, trzecią największą równinę wulkaniczną na świecie. W jej centrum króluje Mt Leura (w aborygeńskim dialekcie „Wielki Nos”) oraz Mt Sugarloaf, wygasłe wulkany, które powstały w tym miejscu przed około 20.000 lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z punktu widokowego można podziwiać cały obszar o prozaicznej nazwie „Lakes and Craters”, przede wszystkim widok na jezioro Colongulac i wzgórze Mt Elephant.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem byliśmy już w Melbourne – zgodnie z planem cała wyprawa zajęła nam dwa dni, i jest to chyba najkrótsza sensowna opcja podboju Great Ocean Road, jeżeli chcecie zobaczyć na spokojnie najważniejsze punkty i nie pędzić na złamanie karku.

Tym razem już powoli wzywało nas do siebie Sydney, więc musieliśmy pójść na lekki kompromis, ale… wrócimy i poświęcimy tej drodze więcej czasu. Jest tego warta.

Poniżej zebranie klubu przyjaźni polsko-niemieckiej na szczycie Mt Leura:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

The post Great Ocean Road. Dwanaście apostołów, osiem tysięcy koali. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/great-ocean-road/feed/ 6
Sydney z buta: Manly Scenic Walkway /2015/manly-scenic-walkway-sydney/ /2015/manly-scenic-walkway-sydney/#comments Mon, 02 Mar 2015 12:49:28 +0000 /?p=775 W tym mieście zawsze jesteś najwyżej trzy kroki od natury. I za to je kochamy. O Manly Scenic Walkway przeczytaliśmy po raz pierwszy na zaprzyjaźnionym blogu i od razu wpisaliśmy tę trasę na naszą listę „to do”. Jest to szlak prowadzący wzdłuż północnego wybrzeża miasta, od mostu Spit Bridge do dzielnicy Manly. To idealna okazja na szybką ucieczkę z centrum – wsiadasz do autobusu przy Operze, a za pół godziny łazisz już po lesie, a zza drzew prześwituje turkusowa woda. Żyć, nie umierać. Cała trasa (ok. 10 km) jest dosyć różnorodna – na początku prowadzi w pobliżu dzielnic willowych i miejskich plaż, później zostawia w tyle szum miasta i ucieka w skały i prawdziwy busz. My wyruszyliśmy w trasę w Wigilię, co dodatkowo wzmocniło sielankową atmosferę. Wigilia w Australii – a zwłaszcza w Sydney – jest dla Europejczyka dosyć egzotycznym przeżyciem. […]

The post Sydney z buta: Manly Scenic Walkway appeared first on przedeptane.

]]>
W tym mieście zawsze jesteś najwyżej trzy kroki od natury. I za to je kochamy.

O Manly Scenic Walkway przeczytaliśmy po raz pierwszy na zaprzyjaźnionym blogu i od razu wpisaliśmy tę trasę na naszą listę „to do”. Jest to szlak prowadzący wzdłuż północnego wybrzeża miasta, od mostu Spit Bridge do dzielnicy Manly. To idealna okazja na szybką ucieczkę z centrum – wsiadasz do autobusu przy Operze, a za pół godziny łazisz już po lesie, a zza drzew prześwituje turkusowa woda. Żyć, nie umierać.

map2

Cała trasa (ok. 10 km) jest dosyć różnorodna – na początku prowadzi w pobliżu dzielnic willowych i miejskich plaż, później zostawia w tyle szum miasta i ucieka w skały i prawdziwy busz. My wyruszyliśmy w trasę w Wigilię, co dodatkowo wzmocniło sielankową atmosferę.

Manly Sydney wycieczka

Wigilia w Australii – a zwłaszcza w Sydney – jest dla Europejczyka dosyć egzotycznym przeżyciem. Tego dnia temperatury przekraczały 30 stopni, a więc trudno nam było poczuć prawdziwy, świąteczny klimat. W dodatku Sydneyczycy lubią uprawiać sport na łonie natury i nie rezygnują z tego hobby nawet w Wigilię – zwłaszcza na początku trasy, przy Spit Bridge, mijaliśmy kilka razy biegaczy lub rowerzystów, którzy już z daleka wołali „Happy Holidays!”. Połowa z nich miała na głowach czapki Mikołaja. Było dziwnie, ale intrygująco.

wybrzeże Manly, sydneyski piaskowiec

Kącik geologiczny. Typową skałą macierzystą dla Sydney jest piaskowiec sydneyski, tzw. „Sydney sandstone„, zwany przez miejscowych „yellow block”. Skała ta od zawsze wywierała duży wpływ nie tylko na lokalne krajobrazy, ale też na ludzi i ich kulturę. Czasem formuje na wybrzeżu fantastyczne, opływowe kształty, innym razem woda wyżera w niej gąbczaste struktury.

Manly Scenic Walkway, Sydney

Od kilkudziesięciu tysięcy lat rzeźbią w niej i malują Aborygeni – w górnych partiach szlaku do dzisiaj można podziwiać ich prastare płaskorzeźby. Niesamowitą wytrzymałość i walory kolorystyczne piaskowca docenili też Europejczycy – Anglicy zbudowali z niego najstarszą dzielnicę Sydney, słynne „The Rock”.

agama, jaszczurka, dragon, Australia

W trakcie całej wycieczki towarzyszyły nam duże agamy – najpierw pojawiały się sporadycznie, później już co kilka kroków. Na początku przechodziliśmy koło nich na palcach, aby ich nie spłoszyć, ale wkrótce okazało się, że nie uważają nas ani za zagrożenie, ani za atrakcję. Niektóre opalały się na środku ścieżki, a mijający nas biegacze po prostu przeskakiwali je i biegli dalej.

agama, zwierzęta, rośliny, Australia

Najciekawszy jest ostatni, najtrudniej dostępny odcinek – wzgórza porastają tutaj gęste lasy eukaliptusów i banksji, przy trosze szczęścia można tu spotkać wszystkie ptaki z naszej listy 5 najciekawszych australijskich ptaków. Jest magia, i to zarówno w skali makro…

eukaliptusy, busz, Australia

… jak i mikro.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Thysanotus tuberosus, Manly, Fringe Lilly

Przejście całej trasy zajmuje ok. 3-4 godzin, ale czasami nie jest wcale tak łatwo – po dwóch godzinach lajtowego spaceru przyszły stromizny i nasze uśmiechy nieco zrzedły, kiedy ostre, australijskie słońce dopadło nas na gołej skale. Eukaliptusy nie są tak przyjazne, jak nasze, europejskie drzewa – mają to do siebie, że dają niewiele cienia, ponieważ w upale spuszczają swoje wąskie liście w dół, a Ty, turysto, radź sobie sam. Do Manly wkroczyliśmy z językami na wierzchu i z zazdrością obserwowaliśmy miejscowych, którzy siedzieli na trawce obok swoich przenośnych lodówek z napojami.

Manly Scenic Walkway, wycieczka, Sydney

Najzabawniejsze były jednak wigilijne scenki rodzajowe. Czasem mijaliśmy parki wypełnione rodzinami spotykającymi się przy barbecue, w wodzie hasały psy i dzieci pod bacznym okiem ojców, którzy stali po kostki w wodzie i pili piwo z puszki. Święta pełną gębą.

Widzieliśmy niedostępną zatoczkę w skale, małą wysepkę prywatności, na którą przypłynęła na motorówce trzyosobowa rodzina, aby zjeść świąteczny obiad. System ostatecznie rozbił nam widok plaży, na której drzewa obwieszone były bombkami choinkowymi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeżeli więc dotrzecie kiedyś do Sydney, to dajcie się skusić i wyruszcie na północ. Powiedzcie sami – w ilu światowych metropoliach można podziwiać takie widoki?

manly scenic walkway, Sydney

Manly Scenic Walkway – przydatne informacje

Czas: pół dnia

Ubranie: dowolne, w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu (krem, okulary, kapelusz)

Buty: sandały trekkingowe/trampki

Koszty: mniej niż zero (ewentualnie opłata za wejście do Sydney Harbour National Park, jeżeli chcecie pochodzić dłużej)

Dodatkowe uwagi: nie zapomnijcie zabrać wody, kilka dłuższych etapów prowadzi daleko od zabudowań

Link: strona Manly Scenic Walkway

 

The post Sydney z buta: Manly Scenic Walkway appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/manly-scenic-walkway-sydney/feed/ 9