Europa Archives - przedeptane /tag/europa/ Jedzoki w świat Thu, 23 Jul 2020 08:07:29 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Balowanie w Akwizgranie, czyli z wizytą u Karolingów /2016/akwizgran-karol-wielki/ /2016/akwizgran-karol-wielki/#comments Mon, 08 Aug 2016 07:10:12 +0000 /?p=2266 W porównaniu z antykiem czy renesansem wczesne średniowiecze ma żałośnie słaby PR, rzadko trafia na ekrany kin i kartki książek. W ramach łatania dziur w wiedzy historycznej wyruszmy więc do Akwizgranu, stolicy pierwszego nowożytnego imperium na europejskim kontynencie. Ach, Aachen Miasto ma za sobą kilkanaście wieków niezwykle burzliwych dziejów, a więc jego okolice obfitują w różne ciekawostki i kurioza historyczne. W pobliżu Akwizgranu znajduje się trójstyk granicy Belgii, Holandii i Niemiec, który jeszcze sto lat temu był czwórstykiem. Ponieważ politycy nie potrafili się dogadać na Kongresie Wiedeńskim, od 1815 do 1919 roku istniało tutaj osobliwe państewko Moresnet, o które w swoim czasie walczyły nie tylko okoliczne mocarstwa, ale też esperantyści pragnący stworzyć w nim swoje pierwsze i ostatnie państwo pod nazwą Amikejo (“miejsce przyjaźni”). Historia jest dziwna. A skąd wziął się Akwizgran? Warianty tej nazwy […]

The post Balowanie w Akwizgranie, czyli z wizytą u Karolingów appeared first on przedeptane.

]]>
W porównaniu z antykiem czy renesansem wczesne średniowiecze ma żałośnie słaby PR, rzadko trafia na ekrany kin i kartki książek. W ramach łatania dziur w wiedzy historycznej wyruszmy więc do Akwizgranu, stolicy pierwszego nowożytnego imperium na europejskim kontynencie.

Ratusz w Akwizgranie

Ach, Aachen

Miasto ma za sobą kilkanaście wieków niezwykle burzliwych dziejów, a więc jego okolice obfitują w różne ciekawostki i kurioza historyczne. W pobliżu Akwizgranu znajduje się trójstyk granicy Belgii, Holandii i Niemiec, który jeszcze sto lat temu był czwórstykiem. Ponieważ politycy nie potrafili się dogadać na Kongresie Wiedeńskim, od 1815 do 1919 roku istniało tutaj osobliwe państewko Moresnet, o które w swoim czasie walczyły nie tylko okoliczne mocarstwa, ale też esperantyści pragnący stworzyć w nim swoje pierwsze i ostatnie państwo pod nazwą Amikejo (“miejsce przyjaźni”). Historia jest dziwna.

Uliczki Akwizgranu

A skąd wziął się Akwizgran? Warianty tej nazwy mają często związek ze źródłami termalnymi, które już 5000 lat temu ściągnęły tutaj neolitycznych osadników. “Aachen” pochodzi ze staro-wysoko-niemieckiego słowa oznaczającego “wodę” lub “źródło” (czeska nazwa “Cáchy” powstała właśnie poprzez skrócenie “z Aachen”). Z kolei Polska nazwa wzięła się z łacińskiego “Aque Grani/Aquisgranium”, czyli wód celtyckiego bożka Grannusa.

Ekspozycja archeologiczna w Elisengarten

Dzisiaj można skosztować w centrum miasta gorącej, pitnej wody wypływającej z dwóch kraników w Eliseenbrunnen – eleganckim, neoklasycystycznym budynku, którego śnieżnobiały portyk kontrastuje ze zbukowatym smrodkiem tych siarkowych źródeł. Ale nie sposób narzekać. W Akwizgranie – podobnie jak w Rzymie lub Atenach – historia dawnych wieków organicznie wrasta w ulice nowoczesnego miasta. Tuż za Elisenbrunnen znajduje się niewielki park, a w nim przeszklona konstrukcja dająca wgląd w poszczególne warstwy wykopalisk archeologicznych.

Och, Karol

Złota epoka miasta ściśle związana jest z osobą Karola Wielkiego, dzięki któremu właśnie tutaj przez kilkadziesiąt lat znajdowało się serce kontynentu. To stąd Karol podbił (lub wybił) pół Europy i zapoczątkował epokę renesansu karolińskiego, wprowadzając reformy kościelne, edukacyjne, polityczne i militarne. Daleko mu jednak było do pokojowego władcy-filozofa. Tylko dwa lata jego panowania pozbawione były działań wojennych, w pozostałych Karol wysłał ponad pięćdziesiąt zbrojnych wypraw, a w połowie z nich brał osobisty udział.

 

 

Podczas chrystianizacji Sasów kazał ściąć około 4500 jeńców, jednak w owych czasach krwawa działalność misyjna nie była wcale skazą w królewskim CV – wręcz przeciwnie. Karol pewnie zostałby świętym, gdyby nie fakt, że był nie tylko wielkim politykiem i wielkim człowiekiem (przewyższał swoich rówieśników co najmniej o głowę), ale też wielkim – ehm – koneserem kobiecych wdzięków.

Król machał berłem tak entuzjastycznie, że oprócz osiemnastu dzieci ze związków z żonami i konkubinami dorobił się też czeladki anonimowych bękartów. Do oficjalnej linii starali się doczepić Habsburgowie i Plantageneci, do nieoficjalnej należymy praktycznie wszyscy. Zgodnie z prawami statystyki i genetyki większość mieszkańców Europy ma w sobie co najmniej homeopatyczną ilość karolińskiej krwi.

Budynek ratusza

Karol – całkiem dosłownie – jest Europą i zostawił po sobie wiele trwałych śladów. Wymawiamy jego imię za każdym razem, gdy używamy słowa “król”, patrzymy na niego grając w karty, gdzie reprezentuje go obrazek króla kier. Najbardziej widowiskowy pomnik zbudował sobie jednak w Akwizgranie.

Monument historii

Budynek akwizgrańskiej katedry jest streszczeniem ponad dziesięciu wieków rozwoju architektury w jednej, potężnej bryle. Właściwa budowla powstała na przełomie VIII i IX wieku, ale jej architekci szukali inspiracji w jeszcze starszych, bizantyjskich kościołach. Do tej niskiej kaplicy stopniowo przylegały kolejne, nowsze części – kapliczki, kopuły, wieże. Znaczenie świątyni podkreśla fakt, że była on jednym z pierwszych europejskich budynków, które w 1978 roku znalazły się na liście zabytków UNESCO.

Wilcze Wrota

Dziś do katedry wchodzimy przez oryginalne, odlane z brązu Wilcze Wrota, z których podwojów szczerzą się dwa lwie pyski. Zgodnie z legendą król wyjechał na wojnę i zostawił budowniczym fundusze na dokończenie katedry. Gdy architekci przehulali cały budżet, zwrócili się o pomoc do diabła, który miał dokończyć budowę w zamian za duszę pierwszej istoty, która wkroczy do kościoła. Budowniczy z przerażeniem stwierdzili, że tą osobą będzie sam papież Leon III, który miał dokonać konsekracji, więc poszli po pomysł do głowy i wpędzili do katedry schwytaną wilczycę. Diabeł wprawdzie wyrwał jej duszę i umieścił ją w dużej, brązowej szyszce, ale gdy odkrył podstęp, wybiegł z kościoła trzaskając drzwiami tak mocno, że urwał sobie palec. Można go dzisiaj znaleźć w pysku prawego lwa.

 

Po przejściu przez wrota mijamy więc posągi wilczycy i szyszki i wchodzimy do najstarszej części – ośmiokątnej kaplicy. Wszystko podporządkowane jest tutaj boskiej symetrii. Na wysokości prezbiterium kaplicę okala brązowa karolińska balustrada, która kiedyś była dodatkowo pokryta złotem i tworzyła swoistą koronę. Dominującym elementem jest jednak ogromny żyrandol zakupiony w XII wieku przez samego Fryderyka I Barbarossę.

Kaplica i żyrandol Barbarossy

Imponująca metalowa konstrukcja o średnicy 4 metrów zawieszona jest na łańcuchu tworzącym specyficzną iluzję optyczną – jeżeli patrzymy na niego z dołu, łańcuch zdaje się przeczyć zasadom perspektywy, na dole ma taką samą grubość, jak na górze. Prosty trick polega na tym, że ogniwa łańcucha stopniowo rosną, a więc najwyższe są prawie dwukrotnie większe od najniższych.

 

W prezbiterium znajduje się jedna z największych atrakcji katedry. Tron Karola wygląda zaskakująco skromnie, ponieważ sam król nie lubił przepychu i ubierał się w proste szaty. Ale pozory mogą mylić – ascetyczna, kamienna konstrukcja składa się z płyt, które miały pochodzić z jerozolimskiego grobu Chrystusa. Do dziś noszą one ślady po grach planszowych, które wyryli na nich rzymscy żołnierze. Nie dziwota, że przez długie lata nikt nie zapragnął zmienić tronu na bardziej wystawny model – na przestrzeni siedmiu wieków ukoronowano na nim 30 niemieckich króli.

Święta pieluszka z Akwizgranu

W głównej nawie katedry znajduje się kilka relikwiarzy. W pozłacanym, dwumetrowym Karlsschrein umieszczono szczątki Karola – osobiście dokonał tego cesarz Fryderyk Barbarossa, dla którego Karol Wielki zawsze był niedoścignionym wzorem do naśladowania. Fryderyk kazał zresztą wyryć w relikwiarzu niezbyt subtelny przekaz polityczny – posążek siedzącego Karola przewyższa przygarbione postaci papieża i arcybiskupa, nad władcą wznosi się już tylko Chrystus.

 

Jednak prawdziwe dziwy znajdują się w innych relikwiarzach w nawie oraz pobliskim skarbcu. Na czasy panowania Barbarossy przypada kulminacja ogólnoeuropejskiego polowania na relikwie, które tak barwnie opisał Umberto Eco w powieści “Baudolino”. Popyt wśród świeckich i kościelnych władz był tak duży, że w obiegu krążyło nieraz kilka czaszek jednego świętego i co rusz pojawiały się nowo odkryte kąski. Jako ówczesna stolica Europy Akwizgran musiał oczywiście zgromadzić najcenniejsze zdobycze.

Czyjś święty ząb umieszczony w relikwiarzu z XII wieku

Oprócz szczątków Karola znalazło się więc tutaj nie tylko sukno, w które owijano ściętą głowę Jana Chrzciciela lub opaska biodrowa Chrystusa. Jest też bicz, którym go smagano, szata rodzącej Maryi, a nawet pieluszki Jezusa. Sama nawa ukrywa w sobie kilka dodatkowych perełek – w drewnianą boazerię wkomponowano na przykład spodeczek i talerzyk do picia herbaty, i to kilkaset lat wcześniej, zanim do Europy dotarł zwyczaj picia tego napoju.

Miasto nie do zdarcia

Imperium Karola rozpadło się niedługo po jego śmierci, dając początek dzisiejszej Francji, Niemcom i Włochom, ale Akwizgran uparcie parł dalej przez kolejne stulecia. Jak każde stare europejskie miasto przeżył swoje wzloty i upadki, pożary, rewolucje i najazdy Wikingów. Dzisiaj przesączony jest niezliczonymi historiami i legendami, ma więc do zaoferowania o wiele więcej niż to, co można opisać w krótkim artykule.

 

Nie ma miejsca na opisanie pięknego budynku ratusza, który powstał i dojrzewał jednocześnie z katedrą. Nie ma miejsca na “Aachen printen”, lokalną odmianę pierniczków sprzedawanych w różnych postaciach i smakach. Nie zmieściły się dziesiątki metalowych statuetek, posągów, a nawet ruchomych lalek zdobiących miejscowe fontanny. Nie było też legendarnego Bachkalba (dosłownie “wodnego cielęcia”), potwora, który atakuje miejscowych pijaków i ukąszeniem powoduje kaca (o nim pisaliśmy w osobnym artykule).

Pierniczki Printen

To wszystko możecie zbadać już na własną rękę, miasto jest przecież oddalone o rzut biletem. I wcale nie musicie się spieszyć – Akwizgran przetrwał kilkanaście tysięcy lat, więc na pewno pociągnie jeszcze chwilę.

Ulica w Akwizgranie

P.S. Przy okazji gorąco polecamy bloga Sekulada, skarbnicy wiedzy na temat średniowiecznej architektury i historii. Teksty o Akwizgranie bardzo pomogły nam w przygotowaniu naszego wpisu.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 6/2016

The post Balowanie w Akwizgranie, czyli z wizytą u Karolingów appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/akwizgran-karol-wielki/feed/ 18
Rzym. Sanktuarium kotów w starożytnej świątyni. /2016/rzym-sanktuarium-kotow/ /2016/rzym-sanktuarium-kotow/#comments Wed, 17 Feb 2016 08:50:24 +0000 /?p=1719 W samym sercu Rzymu znajduje się małe królestwo kotów. Na pierwszy rzut oka plac Largo di Torre Argentina nie wyróżnia się niczym specjalnym – ot, kolejny zabytek sprzed ponad 2000 lat. Phi. Znajdujące się tutaj świątynie należą do najstarszych w całym mieście – a akurat w Rzymie konkurencja jest raczej duża. Pierwszą z nich zbudowano w 241 roku p.n.e. na cześć zwycięstwa Gajusza Lutacjusza Katulusa nad Kartagińczykami podczas pierwszej wojny punickiej. Ruiny zostały jednak odkryte dopiero w XX wieku, a dzisiaj otacza je ze wszystkich czterech stron ruchliwa ulica. Ludzie kupują pizzę na metry w sklepiku, opierają się o barierkę i pstrykają focie historii. Rzymska codzienność. Jeżeli jednak postoisz chwilę dłużej, zauważysz, że między kolumnami i resztkami murów cuś się rusza. Jeden, dwa, osiem… kilkadziesiąt kotów? Futrzaki wygrzewają się w słońcu i są tak zadbane i wykarmione, że czasem wzgardzą nawet kawałkami salami, które […]

The post Rzym. Sanktuarium kotów w starożytnej świątyni. appeared first on przedeptane.

]]>
W samym sercu Rzymu znajduje się małe królestwo kotów.

Na pierwszy rzut oka plac Largo di Torre Argentina nie wyróżnia się niczym specjalnym – ot, kolejny zabytek sprzed ponad 2000 lat. Phi.

Znajdujące się tutaj świątynie należą do najstarszych w całym mieście – a akurat w Rzymie konkurencja jest raczej duża. Pierwszą z nich zbudowano w 241 roku p.n.e. na cześć zwycięstwa Gajusza Lutacjusza Katulusa nad Kartagińczykami podczas pierwszej wojny punickiej. Ruiny zostały jednak odkryte dopiero w XX wieku, a dzisiaj otacza je ze wszystkich czterech stron ruchliwa ulica. Ludzie kupują pizzę na metry w sklepiku, opierają się o barierkę i pstrykają focie historii. Rzymska codzienność.

Largo di Torre Argentina, Rzym, koty

Jeżeli jednak postoisz chwilę dłużej, zauważysz, że między kolumnami i resztkami murów cuś się rusza. Jeden, dwa, osiem… kilkadziesiąt kotów? Futrzaki wygrzewają się w słońcu i są tak zadbane i wykarmione, że czasem wzgardzą nawet kawałkami salami, które podają im przez kraty miłościwi pizzożercy.

Largo di Torre Argentina, Rzym, koty, kot

Za pierwszym razem trafiliśmy tu przez przypadek, jednak podczas kolejnych odwiedzin Rzymu postanowiliśmy wrócić i przyjrzeć się bliżej całej sprawie. Okazało się, że w jednym z rogów placu znajduje się wejście do sanktuarium kotów, a w nim – kolejne dziesiątki mruczysławów. Oprócz stałych bywalców, którzy swobodnie kursują między biurem a ruinami, w pomieszczeniach znajdują się też klatki z kwarantanną dla świeżo odratowanych zwierząt i pacjentów po zabiegach. Można przyjść i pomiziać, ewentualnie kupić kocie pamiątki w sklepiku.

Largo di Torre Argentina Rzym koty kot sanktuarium

I tu małe post scriptum w szczytnej sprawie

Obchodzimy dzisiaj Światowy Dzień Kota (17 luty). Rzymskie sanktuarium – jak wiele podobnych placówek – od początku toczy walkę o finanse. Obecnie jeszcze jakoś dycha, ale podobno grozi mu likwidacja. Jeżeli chcesz wesprzeć działalność tego niezwykłego miejsca, a akurat nie masz po drodze do Rzymu, możesz zrobić to wirtualnie na stronie www.romancats.com. Możesz też zdalnie zaadoptować jednego z ponad 150 rezydentów lub zostawić miłe słowo na Facebooku.

W imieniu rzymskich kotów mruczymy „grazie”!

The post Rzym. Sanktuarium kotów w starożytnej świątyni. appeared first on przedeptane.

]]>
/2016/rzym-sanktuarium-kotow/feed/ 18
Siedmiodniowa randka z Lublaną /2011/siedmiodniowa-randka-z-lublana/ /2011/siedmiodniowa-randka-z-lublana/#comments Fri, 26 Aug 2011 05:43:45 +0000 http://przedeptane.pl/?p=29 W ubiegłym roku zawiało mnie na tygodniowe warsztaty dziennikarskie do stolicy Słowenii. Był koniec września i w Cieszynie uszy przypiekały już przymrozki, ale nawet tak krótka podróż na południe przedłużyła mi końcówkę lata. Po skończeniu zajęć mogłem wyjść na ulice i poznać bliżej ten wielki architektoniczny bigos, ugotowany przez mieszankę kultur, trzęsienia ziemi i Jože Plečnika. Gość w dom, bóg w dom Nazwisko słynnego architekta towarzyszyło nam od początku, zostaliśmy bowiem zakwaterowani w budynku klasztornym, który powstał według jego projektu. Już pierwszej nocy mogliśmy więc doświadczyć na własnej skórze efektów jednej z jego oryginalnych tez. Na wstępie zaproponowano nam wypożyczenie piecyków, co dumnie odrzuciliśmy, jednak już następnego dnia pokornie wróciłem na recepcję odebrać grzejnik. Okazało się, że architekt celowo zaprojektował grube mury i ustawienie budynku względem stron świata tak, aby w pokojach było zimno nawet w […]

The post Siedmiodniowa randka z Lublaną appeared first on przedeptane.

]]>
W ubiegłym roku zawiało mnie na tygodniowe warsztaty dziennikarskie do stolicy Słowenii. Był koniec września i w Cieszynie uszy przypiekały już przymrozki, ale nawet tak krótka podróż na południe przedłużyła mi końcówkę lata. Po skończeniu zajęć mogłem wyjść na ulice i poznać bliżej ten wielki architektoniczny bigos, ugotowany przez mieszankę kultur, trzęsienia ziemi i Jože Plečnika.

Gość w dom, bóg w dom

Nazwisko słynnego architekta towarzyszyło nam od początku, zostaliśmy bowiem zakwaterowani w budynku klasztornym, który powstał według jego projektu. Już pierwszej nocy mogliśmy więc doświadczyć na własnej skórze efektów jednej z jego oryginalnych tez. Na wstępie zaproponowano nam wypożyczenie piecyków, co dumnie odrzuciliśmy, jednak już następnego dnia pokornie wróciłem na recepcję odebrać grzejnik.

Okazało się, że architekt celowo zaprojektował grube mury i ustawienie budynku względem stron świata tak, aby w pokojach było zimno nawet w niezbyt chłodne wieczory. Plečnik był bowiem tego zdania, że ciepło usypia i spowalnia pracę intelektualną, zafundował więc mnichom chłodnię, stymulującą do rozmyślań. Dziękuję bardzo, khu, khu.

Malutkie pokoiki kontrastowały z szerokimi, przestronnymi korytarzami, które miały umożliwiać spotkania i rozmowy w większym gronie. Co ciekawe, sam Plečnik był odludkiem i perfekcjonistycznym marudą, który nie znosił towarzyskiego szczebiotu. Podobno z zasady nie przyjmował gości, a jeżeli udało im się pokonać opór gospodyni, to w pracowni architekta zamiast foteli czekały na nich dwa zimne, niewygodne głazy, które miały skrócić czas wizyty do niezbędnego minimum.

Także i nas, uczestników szkolenia, zimne mury wyganiały w miasto, gdzie mogliśmy się przekonać, że nie tylko samym Plečnikiem Lublana stoi.

CK Bałkany

Słowenia jest czasem zaliczana do Bałkanów, zapytałem więc o nią moich znajomych, którzy przejechali Bałkany wzdłuż i wszerz. Niektórzy prawie pogardliwie marszczyli brwi. „Nuda” – usłyszałem od jednego z nich – „Słoweńcy to tacy południowi Austriacy, piwo, kawiarnie i zero wigoru”. Malutkie państewko jest swoistą strefą buforową, tyglem, w którym pod pokrywką Monarchii Austro-Węgierskiej mieszały się wpływy wszystkich okolicznych państw.

Mieszanka ta znajduje bardzo wyraźne odbicie w niesamowicie różnorodnej kuchni słoweńskiej. Podobno na terenie tego niewielkiego państwa można rozróżnić aż 40 rodzajów (!) kuchni lokalnych, które standardowy słowiański zestaw wzbogacają wpływami kuchni węgierskiej, austriackiej, włoskiej, chorwackiej, a nawet tureckiej.

(Skoro mowa o kuchni, to natknęliśmy się na odrobinę egzotyki oraz pewien fastfood o bardzo podejrzanej nazwie.

Lublana jest bodajże najspokojniejszą europejską stolicą, jaką dotychczas przyszło mi odwiedzić. Główne miasto dwumilionowej Słowenii zamieszkuje niespełna 300 tysięcy obywateli. Łatwo jest ulec jego urokowi – malownicze domy, mnóstwo zieleni, rzeka Lublanica przecinająca samo serce miasta, nad którym piętrzy się zalesione wzgórze z średniowiecznym zamkiem na samym szczycie.

Lublana nocą

Plečniktown – odsłona druga

Wieczorem życie miasta przesuwa się nad rzekę, a dokładniej pod parasole dziesiątek kawiarni i pubów rozmieszczonych wzdłuż jej brzegów. Światła i odblaski wyłuskują z ciemności całe bogactwo architektoniczne, które rozkwitało dosłownie na gruzach wcześniejszych zabudowań. Po trzęsieniu ziemi w XVI wieku Lublana została odbudowana w stylu barokowym, po kolejnych wstrząsach w roku 1895 rekonstrukcje przebiegały w duchu secesji wiedeńskiej.

W latach 20tych – po opracowaniu ważnych projektów na przykład dla Wiednia lub praskich Hradczan – do stolicy powraca Plečnik, który dostąpił niecodziennego zaszczytu. Jako jeden z niewielu architektów w historii otrzymał pozwolenie oraz środki na stworzenie koncepcyjnej wizji całego centrum. Architekt postanowił, że stworzy tutaj miasto, które w organiczny sposób połączy najlepsze wątki z innych, dużych europejskich stolic.

Wynik jest niesamowity. W barokowe i renesansowe budynki wplecione jest art nouveau, przechodząc wzdłuż rzeki przez chwilę czujemy się jak w Graz, po kilku krokach niczym w Wenecji lub Florencji, by nagle zaskoczył nas szczegół widziany wcześniej w Pradze. Największe wrażenie robią mosty nad Lublanicą – Most Rzeźnika (na którym zakochane pary wieszają kłódki) uzupełniający projekt eleganckiego Targu Centralnego, a przede wszystkim Tromostovje, czyli potrójny most projektu mistrza.

Romantyczny Most Rzeźnika

Diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach. Największym przejawem geniuszu Plečnika są właśnie drobne detale jego dzieł. Chociaż sam był uważany za ascetę – zawsze twierdził, że jego małżonką jest architektura i nie ma czasu na związki z innymi kobietami – to w projektach uwielbiał improwizację i wyzwania stawiane przez materiał i jego niedoskonałości.

Elewacja gmachu Biblioteki Narodowej została zbudowana z odłamków budowli, które zawaliły się po ostatnim trzęsieniu. Kilkaset metrów dalej stoi obelisk zaprojektowany przez Plečnika. Graniasta forma różni się jednak od egipskich i rzymskich wzorów – jest bowiem naruszona przez nieforemny kawałek kamienia wystający z jej wierzchołka. Plečnik zakazał kamieniarzom ociosać ten element, celowo rozbijając symetrię, denerwując widza przyzwyczajonego do przewidywalnych zabiegów.

Dom Plečnika był niesamowitym zlepkiem różnych stylów, cytatów i odłamków architektonicznych. Artysta podobno zbierał resztki z innych budynków, a nawet porzucone nagrobki, by wkomponować je w swoje otoczenie, nadać im nowe znaczenie.

Dziś prawdziwych squatterów już nie ma

Lublana nie jest jednak tylko wielkim muzeum architektury – ukrywa też swój niezależny, undergroundowy prąd. Młodzi ludzie, globtroterzy, turyści, literaci i artyści spotykają się w małej dzielnicy Metelkova, w budynkach, które niegdyś służyły jako koszary Jugosłowiańskiej Armii Narodowej. W 1993 roku baraki zostały zajęte przez squatterów, którzy stopniowo zaczęli je przetwarzać w niepowtarzalne centrum życia artystycznego. W ostatnim czasie pierwotni squatterzy przenieśli się w inne miejsce, Metelkova jednak nadal pozostaje otwartym squattem, miejscem spotkań i ostoją sztuki niezależnej.

Ruszyliśmy w tę dzicz w piątek, czyli w najbardziej ruchliwy dzień – w siedmiu budynkach odbywało się jednocześnie kilka koncertów, wystaw i przedstawień, przez drzwi nieustannie przepływały masy ludzi, przechodzących z imprezy na imprezę. Same budynki są ulicznym dziełem sztuki – niektóre pokryte freskami, kolażami lub płaskorzeźbami. Przed innymi stoją z kolei olbrzymie, dziwaczne rzeźby wykonane z ram rowerowych lub metalowych konstrukcji okrytych różnymi materiałami.

Metelkova

Knajp nie sposób się doliczyć, ludzi też nie. Po zwiedzeniu wszystkich zakamarków usiedliśmy w małym pubie na uboczu, prowadzonym przez dwójkę starszych hipisów. Kilka pomieszczeń bez drzwi, nad barem rozległa antresola, pełniąca prawdopodobnie funkcję sypialni i pokoju gościnnego właścicieli. W barze dwie pokaźne lodówki szczelnie wypełnione tylko puszkami z piwem, w głośnikach nagrania z lat 60tych i 70tych puszczane z winyli.

Usiedliśmy w kącie na starych kanapach i siedzieliśmy przez kilka godzin bez konkretnego planu. Dosiadały się do nas pojedyncze osoby lub całe grupy, ludzie opowiadający swoje historie lub proszący o nasze, w jednym małym klubiku spotkaliśmy ludzi z Francji, Stanów lub Kamerunu, wychodząc poczęstowałem papierosem dwóch młodych Indian z Ekwadoru.

Metelkova

Oszołomieni tym natłokiem wrażeń i informacji wracaliśmy przez puste i spokojne centrum miasta. W tym momencie uświadomiłem sobie, że pomimo późnej godziny czuję się całkowicie bezpiecznie. Jak w domu. W ciągu całego pobytu w Lublanie – a jak mówiłem, na miasto mogliśmy wyjść dopiero wieczorem – nie pamiętam ani jednego incydentu, policji na sygnale, krzywego spojrzenia.

Wyjazdy i powroty

Stolica Słowenii to niepozorne miasto o osobliwym uroku, do którego chce się wracać. Nie wiem, czy spowodowała to słowiańska więź, czy też swojskie klimaty austro-węgierskie, ale dzięki temu wyjazdowi poszerzyłem sobie obszar Europy, w którym czuję się jeszcze całkowicie swojsko. Lublana da się lubić.

BONUS

Gdzie na wycieczkę?

 

Bled

Warto udać się na północ, 50 kilometrów od Lublany znajduje się miasteczko Bled. Wysokie, zielone zbocza Alp wiecznie owija mglisty opar, u ich stóp rozciąga się kryształowo czyste jezioro, z którego wyrasta strome, kamienne urwisko zwieńczone XI-wiecznym grodem. Bajka.

The post Siedmiodniowa randka z Lublaną appeared first on przedeptane.

]]>
/2011/siedmiodniowa-randka-z-lublana/feed/ 4
Pod portugalskim słońcem /2011/portugalia/ /2011/portugalia/#comments Thu, 25 Aug 2011 21:29:51 +0000 http://przedeptane.pl/?p=13 Pod koniec czerwca udało nam się wybrać w podróż do Portugalii. Wróciliśmy spaleni jak węgielki i ze stanowczym postanowieniem zwalczania obrazu Portugalii jako „takiej mniejszej Hiszpanii”. I nie chodzi tylko o to, że język portugalski brzmi tak, jakby Hiszpan starał się mówić po węgiersku.   Powitanie z oceanem Do Sintry dotarliśmy pierwszym porannym pociągiem z Lizbony. Na wzgórzach ponad miastem rozciąga się olbrzymi park botaniczny i arboretum, gdzie specyficzny, wilgotny mikroklimat pozwala rosnąć wielu egzotycznym roślinom. Samo miasto stanowi przykład budownictwa i zdobnictwa typowego dla całego regionu – wnętrza i  fasady domów często wyłożone są niebieskimi lub zielonkawymi kafelkami. Styl ten robi naprawdę niesamowite wrażenie, chociaż trzeba przyznać, że czasami nadaje budynkom nieco łazienkowy wygląd. Kilka kilometrów za miastem rzuciliśmy się w wysokie fale Oceanu Atlantyckiego na jednej z kilku dużych plaż otoczonych skalistymi urwiskami. Podziwialiśmy krajobrazy […]

The post Pod portugalskim słońcem appeared first on przedeptane.

]]>
Pod koniec czerwca udało nam się wybrać w podróż do Portugalii. Wróciliśmy spaleni jak węgielki i ze stanowczym postanowieniem zwalczania obrazu Portugalii jako „takiej mniejszej Hiszpanii”. I nie chodzi tylko o to, że język portugalski brzmi tak, jakby Hiszpan starał się mówić po węgiersku.

 

Powitanie z oceanem

Do Sintry dotarliśmy pierwszym porannym pociągiem z Lizbony. Na wzgórzach ponad miastem rozciąga się olbrzymi park botaniczny i arboretum, gdzie specyficzny, wilgotny mikroklimat pozwala rosnąć wielu egzotycznym roślinom.

Samo miasto stanowi przykład budownictwa i zdobnictwa typowego dla całego regionu – wnętrza i  fasady domów często wyłożone są niebieskimi lub zielonkawymi kafelkami. Styl ten robi naprawdę niesamowite wrażenie, chociaż trzeba przyznać, że czasami nadaje budynkom nieco łazienkowy wygląd.

Sintra Portugalia

Kilka kilometrów za miastem rzuciliśmy się w wysokie fale Oceanu Atlantyckiego na jednej z kilku dużych plaż otoczonych skalistymi urwiskami. Podziwialiśmy krajobrazy wyjęte żywcem z filmu fantastycznonaukowego – gołe kamienie i piasek porastały gąszcze egzotycznych sukulentów i olbrzymich aloesów. Po dwóch dniach słodkiego lenistwa ruszyliśmy dalej szlakiem ciekawostek historycznych i architektonicznych.

Australijski gotyk

Po drodze mogliśmy podziwiać rozległe lasy eukaliptusowe, które miały nam towarzyszyć w trakcie całej naszej podróży. Australijskie drzewa świetnie sobie radzą w suchym i gorącym klimacie, w odróżnieniu od traw, którym niezbyt się powodzi na spalonej ziemi.

Do Batalhy zawędrowaliśmy przede wszystkim dlatego, by obejrzeć przepiękny klasztor Matki Boskiej Zwycięskiej, który powstawał przez prawie dwieście lat od XIII do XV wieku. Jego budowę nadzorowało kolejno piętnastu architektów, którzy częstokroć po raz pierwszy w portugalskiej architekturze stosowali nowe rozwiązania pochodzące z Europy Zachodniej. Budowla urzeka gąszczem misternych szczegółów, zdobionych łuków i wieżyczek.

Woskowe płucko

Okazało się, że przez Batalha przejeżdżały autokary do Fatimy, postanowiliśmy więc skorzystać z okazji i zobaczyć na własne oczy jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymek.

W miejscu niegdysiejszych objawień rozciąga się dzisiaj olbrzymi plac zwieńczony z jednej strony neoklasyczną bazyliką, a z drugiej nowoczesnym kościołem, którego główna sala pomieści nawet 9000 wiernych.

Portugalia Fatima

W drodze przez miasteczko podziwialiśmy witryny dziesiątków sklepów z dewocjonaliami. Dużą część asortymentu tworzyły świeczki, które można zapalić lub wrzucić w ogień w sanktuarium w ramach modlitwy o zdrowie dla siebie lub bliskich. Postęp idzie jednak dalej – w przypadku bardziej konkretnych próśb można zakupić woskowy odlew nerki, płuca, piersi lub głowy, do dyspozycji są też elektryczne świeczki, które zapalają się na określony czas po wrzuceniu odpowiedniej monety.

Całując rękę królowej

Kolejnym przystankiem była Alcobaça, miasto znane dzięki historii wielkiej miłości pokroju Romeo i Julii – z tym, że prawdziwej i o wiele bardziej makabrycznej. W jednym z najpiękniejszych kościołów Portugalii można zobaczyć piętnastowieczne grobowce kochanków – króla Pedro I i Ines de Castro.

Młody Pedro zakochał się w uroczej Ines, ta jednak nie spodobała się ojcu przyszłego króla, który kazał ją zamordować. Gdy Pedro został władcą Portugalii, kazał odszukać zabójców i publicznie powyrywać im serca z piersi – sam obserwował przebieg egzekucji jedząc obiad. Król nie zaznał spokoju nawet po wykonaniu zemsty, kazał więc wyjąć z grobu ciało Ines, ubrać je w królewskie szaty i usadzić na tronie. Dzięki temu Ines stała się jedyną królową koronowaną dopiero kilka lat po jej śmierci, z czego niezbyt się cieszyła szlachta i duchowieństwo, którzy musieli całować rękę nowej władczyni.

Alcobaca Portugalia

Kościół otacza przepiękny klasztor cystersów, cały kompleks stanowi dowód na to, że Portugalia jest jedną z niedocenianych skarbnic architektury gotyckiej.

Splot kultur

Z Alcobacy przenieśliśmy się o kilkaset kilometrów do miasta Évora, słynącego z unikalnej mieszanki architektonicznej i kulturowej. Jest ona jednym z niewielu dużych miast, które nie zostało dotknięte przez trzęsienie ziemi, dlatego do dzisiaj możemy tam podziwiać ślady wszystkich etapów osiedlenia.

Evora Portugalia

Oprócz megalitów rozproszonych w lasach dębu korkowego otaczających miasto, na jednym z rynków stoi rzymska świątynia Diany, miasto przecina także duży akwedukt. Właśnie w Évorze pożegnałem resztę ekipy, by już na własną rękę, nogę i garb wrócić do Lizbony.

Portugalia ruiny Evora

 

Smutek żeglarzy

Lizbona położona jest na wybrzeżu Atlantyku nad niezwykle szerokim ujściem rzeki Tag. Do miasta można więc dopłynąć łodzią, lub też dojechać po najdłuższym w Europie moście Vasco Da Gamy o łącznej długości 17,2 kilometra.

Lizbona woda kwiaty Portugalia

Wysiadłem na stacji metra w pobliżu placu Króla José I z monumentalną bramą do stolicy. Plac, brama oraz duża część miasta zostały zbudowane po 1755 roku, kiedy to Lizbona została praktycznie zrównana z ziemią przez trzęsienie ziemi i falę tsunami – w katastrofie zginęło ok. 60.000 ludzi.

Za bramą ciągnie się długa promenada, która oddziela dwie dzielnice. Po prawej stronie wiją się wąskie uliczki dzielnicy Alfama, siedliska mniejszości arabskiej i murzyńskiej, po lewej wznosi się Bairro Alto, najlepsze miejsce do wtopienia się w klimat wieczornej Lizbony i posłuchania koncertu fado. Fado to muzyka, która najlepiej wyraża charakter Portugalczyków – żeglarzy, ludzi melancholijnych i stęsknionych.

Lizbona Portugalia ulica paw tramwaj

Na wzgórzach Alfamy mieści się katedra lizbońska oraz rekonstruowane powoli ruiny zamku św. Jerzego. Alfamie udało się przetrwać wielki kataklizm, w związku z czym do dzisiaj możemy podziwiać ślady, jakie odcisnęło w miejscowej architekturze panowanie Maurów (VIII-XII wiek). Po wąziutkich, stromych uliczkach wspinają się drobne tramwaje, jeden z symboli Lizbony.

Z dużym żalem opuszczaliśmy Portugalię, wspominając cuda gotyckiej architektury, kalmary uciekające spod widelca czy też drzewa cytrusów rosnące pod śnieżnobiałymi murami domów. Co gorsza – już nigdy nie spojrzymy w ten sam sposób, jak przedtem na … łazienkę.

Pełna galeria na http://picasaweb.google.cz/Darek.Jedzok/Portugal2009#

The post Pod portugalskim słońcem appeared first on przedeptane.

]]>
/2011/portugalia/feed/ 10
Gran Canaria – A ty mnie na wyspę szczęśliwą zawieź … /2011/gran-canaria-a-ty-mnie-na-wyspe-szczesliwa-zawiez-%e2%80%a6/ /2011/gran-canaria-a-ty-mnie-na-wyspe-szczesliwa-zawiez-%e2%80%a6/#comments Thu, 25 Aug 2011 21:08:49 +0000 http://przedeptane.pl/?p=4 Na Wyspy Kanaryjskie trafiłem właściwie niechcący – zawsze kojarzyły mi się bowiem z hordami spasionych turystów leżakujących na plaży i betonowym piekłem hoteli i parkingów. Chociaż bilety lotnicze były tańsze od przelotu do kontynentalnej Hiszpanii, do końca nie byłem przekonany do tego wyjazdu. Moje wątpliwości rozwiały dopiero zdjęcia i entuzjastyczne relacje znajomych plecakowiczów – w kilka tygodni później spakowałem plecak, żonę i aparat i wyruszyliśmy w „daleką podróż” ku wybrzeżom Afryki. Kontynent w pigułce Wyspy Kanaryjskie formalnie należą do Hiszpanii, jednak pod względem geograficznym znajdują się na wysokości południowego Maroko. Powietrze ogrzewają wiatry znad Sahary, a brzegi omywa chłodny Atlantyk. Oceaniczno-subtropikalny klimat obfituje więc wprawdzie w różnorodne mikroklimaty, te jednak same w sobie pozostają praktycznie niezmienne na przestrzeni całego roku. Naszym celem była Gran Canaria – trzecia co do wielkości i druga co do zaludnienia wyspa […]

The post Gran Canaria – A ty mnie na wyspę szczęśliwą zawieź … appeared first on przedeptane.

]]>
Na Wyspy Kanaryjskie trafiłem właściwie niechcący – zawsze kojarzyły mi się bowiem z hordami spasionych turystów leżakujących na plaży i betonowym piekłem hoteli i parkingów. Chociaż bilety lotnicze były tańsze od przelotu do kontynentalnej Hiszpanii, do końca nie byłem przekonany do tego wyjazdu. Moje wątpliwości rozwiały dopiero zdjęcia i entuzjastyczne relacje znajomych plecakowiczów – w kilka tygodni później spakowałem plecak, żonę i aparat i wyruszyliśmy w „daleką podróż” ku wybrzeżom Afryki.

Kontynent w pigułce

Wyspy Kanaryjskie formalnie należą do Hiszpanii, jednak pod względem geograficznym znajdują się na wysokości południowego Maroko. Powietrze ogrzewają wiatry znad Sahary, a brzegi omywa chłodny Atlantyk. Oceaniczno-subtropikalny klimat obfituje więc wprawdzie w różnorodne mikroklimaty, te jednak same w sobie pozostają praktycznie niezmienne na przestrzeni całego roku.

Naszym celem była Gran Canaria – trzecia co do wielkości i druga co do zaludnienia wyspa archipelagu. Jej średnica wynosi zaledwie 50 km, jednak już w trakcie lądowania doszliśmy do wniosku, że jakiekolwiek plany zwiedzenia wyspy na rowerach możemy wsadzić sobie – z przeproszeniem – w szprychy. Większość powierzchni wyspy tworzą kamieniste pustynie i postrzępione, skaliste góry – jeżeli jechać, to samochodem lub autokarem. Jeżeli iść, to z wyposażeniem do wspinaczki i cysterną wody.

Ze względu na stosunkowo niewielkie rozmiary wyspy można wybrać swoją bazę w dowolnej jej części – my osiedliśmy w Las Palmas de Gran Canaria, największym mieście całego archipelagu. Stolica prowincji znajduje się na północy, gdzie często spychane są chmury z rozpalonego południa, dzięki czemu Las Palmas znalazło się na pierwszym miejscu ogólnoświatowej listy miast o najlepszym klimacie. Pozycję tę zawdzięcza bardzo przyjemnej kombinacji ciepłego powietrza i chmur miłosiernie zakrywających piekące słońce. Przez cały rok można cieszyć się tutaj wieczną, ciepłą wiosną – żyć, nie umierać.

W samym mieście znajdują się dwie plaże – Las Canteras oraz Alcaravaneras. Las Canteras mieści się w głębokiej zatoce otoczonej przez wysokie, ostre szczyty i oferuje idealne warunki do kąpieli, zwłaszcza dzięki nieco oddalonym pasmom podwodnych skał, które hamują nadchodzące oceaniczne fale.

Przystanek konkwistadorów

Wyspy Kanaryjskie przez całe stulecia stanowiły jedną z ostatnich stacji, na których zatrzymywały się statki płynące do Ameryki Południowej, Afryki i Indii, co pozostawiło głęboki ślad na miejscowej architekturze, kulturze, a nawet roślinności. Nowoczesne, modernistyczne wieżowce przypominają często panoramy z Buenos Aires lub Rio de Janeiro, zabytkowe budynki stanowią typowy przykład architektury kolonialnej.

Najbardziej charakterystycznym elementem miejscowego budownictwa są drewniane balkoniki, jakie często można podziwiać na starówce – w pobliżu placu i Katedry Świętej Anny. Tuż za nią znajduje się Casa Museo de Colón, dom, w którym Krzysztof Kolumb zatrzymał się w trakcie pierwszej podróży do Ameryki w 1492 roku. Sama katedra jest jednym z najważniejszych zabytków regionu – prace budowlane ruszyły pod koniec XV wieku i trwały przez ponad 70 lat. Placu u jej stóp strzegą kamienne brytany, reprezentujące rasę dzikich psów, od których wzięły podobno swoją nazwę Wyspy Kanaryjskie (z łac. canis – pies).

 Gran Canaria, Wyspy Kanaryjskie

Gran Canaria ukrywa jednak historię o wiele starszą od wypraw Kolumba i konkwisty. Warto przypomnieć, że w czasach starożytnego Rzymu archipelag był nazywany Wyspami Szczęśliwymi, a do XV wieku duża ich część była zamieszkana przez Guanczów, lud pokrewny z Berberami. Guanczowie posługiwali się własnym językiem i mieszkali w domach wykutych w gołej skale. Niestety ich spokojne bytowanie zakończył najazd Hiszpanów, którzy zgodnie ze swoim zwyczajem wyrżnęli miejscowych w pień.

Do nielicznych śladów obecności pierwotnych mieszkańców można zaliczyć skalne domy i ryty naskalne, na wyspie La Gomera do dzisiaj używany jest specyficzny język gwizdów el silbo, umożliwiający porozumiewanie się na większe odległości.

Tam, gdzie rosną kaktusy

Po co jednak zajmować się rzezią miejscowej ludności, skoro zostało jeszcze tyle miejsc do zwiedzenia, prawda? Wbrew moim wcześniejszym obawom nie byliśmy skazani na podziwianie architektury i popijanie mojito na plaży. Wręcz przeciwnie – większość wyspy pokrywają rezerwaty i parki narodowe, w związku z czym miejscowa fauna i flora ma się całkiem dobrze.

Wprawdzie w miastach natknęliśmy się na stosunkowo pospolite gatunki ptaków – tylko tu i ówdzie w koronach palm przelatywały papugi, to z pewnością nie mogliśmy narzekać na niedobór egzotycznych roślin. W czasie naszego pobytu na wyspie wszystkie uliczki były dosłownie skąpane w zieleni i kwiatach.

Najlepszym miejscem na zapoznanie się z miejscową roślinnością jest park botaniczny Jardín Canario, który znajduje się kilka kilometrów za miastem. Na rozległym obszarze mieści się fascynująca kolekcja kanaryjskich endemitów oraz gatunków, które przywędrowały na wyspy na pokładach hiszpańskich statków wracających z kolonii rozproszonych po całym świecie.

Gran Canaria, ogród botaniczny

W parku można podziwiać gigantyczne, sięgające kilku metrów okazy sukulentów i palm, które zwykle marnieją w naszych doniczkach lub ogródkach. Oprócz kanaryjskiej palmy daktylowej na całej wyspie rośnie miejscowy gatunek draceny o dziwacznie baniastych konarach. W skałach otaczających park spotkaliśmy także dorodny okaz jaszczurki, tzw. „kanaryjskiego olbrzyma”, należącego do rodziny gadów zamieszkujących wyłącznie Wyspy Kanaryjskie.

Złamany palec Boga

Najbardziej gorący klimat czekał na nas na południu. Po niecałej godzinie jazdy autokarem wysiedliśmy w samym środku rozżarzonego pieca. Miasto Maspalomas jest już dzisiaj tylko kompleksem turystycznym, warto je jednak zwiedzić chociażby z powodu długiego pasma pustynnych wydm.

Gran Canaria, Wyspy Kanaryjskie

W trakcie podróży po wschodnim wybrzeżu zatrzymaliśmy się w Agaete, schludnym porcie rybackim, którego ulice okalają domki o ścianach pokrytych oślepiająco białym wapnem.

Miasteczko otaczają cudowne, lazurowe wody i wysokie urwiska, pod którymi do niedawna stała jedna z atrakcji turystycznych – Dedo del Dios, Palec Boży. Ciekawą formację skalną przypominającą wzniesiony palec zniszczył cyklon tropikalny Delta w 2005 roku. O randze tego symbolu świadczy ambitny plan miejscowych władz, które flirtowały przez jakiś czas z pomysłem wyłowienia i ponownego przymocowania skały.

Nie patrz na mnie takim wzrokiem

W jednej z miejscowych restauracyjek mogliśmy po raz kolejny skosztować typowo kanaryjskich potraw typu „zobacz, co złapałem w akwarium”. Tradycyjna kuchnia kanaryjska to mieszanka wpływów hiszpańskich, afrykańskich i południowoamerykańskich. Oczywistym składnikiem większości potraw jest wyśmienita oliwa z oliwek, lekkim potrawom towarzyszy cała paleta mojos – smakowitych sosów oraz zagęszczanych mieszanek warzywnych. Typowym przysmakiem są papas arrugades – młode ziemniaki w mundurkach, podawane zazwyczaj z pikantnym czerwonym sosem.

Gran Canaria

Oprócz ryb i wielu gatunków skorupiaków niezwykle popularne są dania z głowonogów, przy czym miejscowi najczęściej dzielą jeden duży talerz wypełniony pieczonymi lub smażonymi żyjątkami. Tubylcy, z którymi podróżowaliśmy po wyspie, polecili mi misę wypełnioną po brzegi malutkimi kałamarniczkami, zjadanymi w całości. Po przełamaniu środkowoeuropejskiego oporu przed zjadaniem czegokolwiek, co patrzy z talerza, musiałem się powstrzymywać przed zamówieniem dokładki.

We wszystkich sklepach spożywczych wisi typowo iberyjski przysmak – jamon, czyli suszona, solona noga wieprzowa. Z kopytkiem. Jamon jest przez koneserów uważana za jedną z najlepszych szynek na świecie. Ze względu na sposób przygotowania mięso się nie psuje, w domach jest najczęściej stawiane na wymyślnej podstawce na kuchennym stole, aby w dowolnej chwili można było kawałek odkroić.

Od wiosny do jesieni w dwadzieścia minut

Gwałtowne przeskoki między tak odmiennymi klimatami powodują, że w ciągu jednego dnia można jednocześnie dostać udaru i przeziębić się. Jako iż po dwóch dniach przejazdów udało mi się tego dokonać, straciliśmy kolejny dzień na chorowaniu, w związku z czym nie zwiedziliśmy Puerto de Mogan, uroczej południowej mieściny rybackiej, porównywanej do Wenecji.

Gran Canaria

Udało nam się natomiast dotrzeć do centrum wyspy. Gran Canaria ma kolisty kształt i bardzo symetryczne ukształtowanie. Wysuszone, kamieniste brzegi są z reguły nisko położone, teren wznosi się powoli aż do najwyższego punktu w samym środku wyspy.

Po drodze ponownie byliśmy świadkami kilku zmian klimatu – od przyjemnego chłodu głównego miasta, przez rozpalone stoki wygasłych wulkanów, po wilgotne doliny pokryte bujną roślinnością, a w końcu – suche i chłodne tereny prowincji Tejeda, gdzie znajduje się Pico de las Nieves, najwyższy szczyt wyspy (1949 m). Z góry mogliśmy podziwiać zarówno spalone słońcem południe, jak i północną część wyspy skrytą pod mleczną warstwą chmur.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy wioskę Teror, która – wbrew swej nazwie – jest uroczym zakątkiem i stanowi jeden z najlepszych przykładów zabytkowej kanaryjskiej architektury. Zielone doliny ukryte między wzgórzami ponad miastem porastają na zmianę lasy eukaliptusowe, kanaryjskie sosny oraz połacie paproci. Często można się też natknąć na olbrzymi kanaryjski koper z żółtymi baldachimami kwiatów.

Wybrzeże śpiących wulkanów

Największą gratkę zostawiliśmy sobie jednak na koniec. Na obrzeżach głównego miasta, za dzielnicą robotników i marynarzy La Isleta, rozciąga się wybrzeże La Confital, uformowane ze skał wulkanicznych. Olbrzymie fale uderzają tutaj z pełną mocą o gołe połacie czarnej, zastygłej lawy, porośniętej tylko nielicznymi kępkami rdzawych porostów, opuncji i karłowatych krzewów. Obszar ten jest często odwiedzany przez surferów, którzy poszukują tutaj solidnej dawki adrenaliny.

W drodze powrotnej byliśmy świadkami surrealistycznej sceny – na skałach stały dwie bose mulatki w śnieżnobiałych sukienkach. Okazało się, że zgodnie z miejscową tradycją rodzice przyprowadzają tutaj dzieci, aby zrobić zdjęcia komunijne na tle dramatycznej scenerii ostrych skał i wybuchów morskiej piany.

Nieziemski krajobraz był efektowną klamrą zamykającą naszą wizytę. Ścigani przez chmarę islandzkiego popiołu wyruszyliśmy w drogę do krainy deszczowców, nękani przez uczucie niedosytu. Po powrocie spotkałem kolegę, którego szczerze zdziwił cel mojej podróży – „mój znajomy był na Kanarach, podobno nic ciekawego, tylko upał, basen i nuda”. Cóż, czasami warto przełamać stereotypy.

Więcej zdjęć : Gran Canaria 2010

Zwrot 06/2010

The post Gran Canaria – A ty mnie na wyspę szczęśliwą zawieź … appeared first on przedeptane.

]]>
/2011/gran-canaria-a-ty-mnie-na-wyspe-szczesliwa-zawiez-%e2%80%a6/feed/ 10