Ze szlaku Archives - przedeptane /category/uncategorized/ Jedzoki w świat Sat, 13 May 2023 02:56:14 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Australia Południowa. Błękitny ocean, czerwona ziemia. /2023/australia-poludniowa-blekitny-ocean-czerwona-ziemia/ /2023/australia-poludniowa-blekitny-ocean-czerwona-ziemia/#comments Sat, 13 May 2023 02:29:58 +0000 /?p=3551 Spotkanie pierwsze. Samotny ojciec. Zatrzymujemy samochód w ostatniej chwili. Na środku drogi stoi emu i patrzy niewzruszenie w naszą stronę. Duże to, ma z półtora metra wysokości. Witamy w australijskim outbacku. Trudno, trzeba poczekać, bo nie przejedziemy, dopóki nie skończy się procesja. Ptasiego ojca mijają niezdarne pisklęta w pasiastych piżamach. Gdy cała gromadka znajduje się już po drugiej stronie szosy, samiec nonszalancko zarzuca kuprem i zwalnia drogę, więc ostrożnie wysiadamy i robimy kilka zdjęć. Obok nas zatrzymuje się obity samochód, standardowy miejscowy złomobil, terenówka z psem pasterskim na pace. Z otwartego okna wychyla się opalona twarz miejscowego farmera. „To samiec, one zajmują się wychowaniem młodych. Samica po złożeniu jaj znika, aby poszukać kolejnego partnera.” Farmer odsłania zęby w szelmowskim uśmiechu, który zapowiada nadejście jakiegoś brodatego dowcipu. „Piękne zwierzęta. Bardzo EMUcjonujące, co nie?” Australia Południowa to […]

The post Australia Południowa. Błękitny ocean, czerwona ziemia. appeared first on przedeptane.

]]>
Spotkanie pierwsze. Samotny ojciec.

Zatrzymujemy samochód w ostatniej chwili. Na środku drogi stoi emu i patrzy niewzruszenie w naszą stronę. Duże to, ma z półtora metra wysokości. Witamy w australijskim outbacku.

Trudno, trzeba poczekać, bo nie przejedziemy, dopóki nie skończy się procesja. Ptasiego ojca mijają niezdarne pisklęta w pasiastych piżamach. Gdy cała gromadka znajduje się już po drugiej stronie szosy, samiec nonszalancko zarzuca kuprem i zwalnia drogę, więc ostrożnie wysiadamy i robimy kilka zdjęć. Obok nas zatrzymuje się obity samochód, standardowy miejscowy złomobil, terenówka z psem pasterskim na pace. Z otwartego okna wychyla się opalona twarz miejscowego farmera. „To samiec, one zajmują się wychowaniem młodych. Samica po złożeniu jaj znika, aby poszukać kolejnego partnera.” Farmer odsłania zęby w szelmowskim uśmiechu, który zapowiada nadejście jakiegoś brodatego dowcipu. „Piękne zwierzęta. Bardzo EMUcjonujące, co nie?”

emu, Australia Południowa

Australia Południowa to stan pustkowi, bezdroży i horyzontów uciekających w nieskończoność. Powierzchnia tego stanu trzykrotnie przewyższa powierzchnię Polski. Bagatela, prawie milion kilometrów kwadratowych buszu, pustyni i plaż. Statystycznie na jeden kilometr kwadratowy przypada tu półtorej człowieka i dziesięć owiec, ale tak naprawdę większość ludzi tłoczy się w stanowej stolicy, Adelajdzie. Klasyczny australijski układ: do plaży pół godziny, do najbliższego dużego miasta – dzień lub dwa dni jazdy przez kompletnie nic.

Rozella białolica, ogrody botaniczne, Adelajda

Mieszkanie w Adelajdzie ma jednak swoje niezaprzeczalne plusy. Miasto szybko się rozwija, ale nadal zachowuje urok małej metropolii – nowoczesne centrum to raptem kilka ulic na krzyż, nietrudno stąd uciec na łono natury. A jest dokąd uciekać. Miasto otoczone jest parkami narodowymi, na południu zaczyna się półwysep Fleurieu słynący z obszarów winnych i malowniczych miasteczek. Plaże są tutaj tak rozległe, że po niektórych najłatwiej się poruszać samochodem. Można też przepłynąć promem na Wyspę Kangura, popularny cel wycieczek miłośników australijskiej przyrody i campingów. Australijczycy uwielbiają bowiem spędzać weekendy pod namiotem lub w przyczepie kampingowej – w każdym parku miejskim i narodowym znajduje się jakiś placyk z darmowym grillem na gaz.

Aldinga Beach, plaża samochodowa, Adelajda

Miejscowi są znani z wyluzowanego podejścia do życia, wiele osób przybywa tutaj z innych części kraju, by poszukać stabilizacji i spokoju. Jak echo wraca hasło: „Sydney i Melbourne są jak kochanki, weekendowy romans. Adelajda jest niczym kobieta, przy której chcesz się zestarzeć.” I coś w tym jest. W tym roku miasto znalazło się na trzeciej pozycji listy najlepszych miast do życia na świecie.

Aleja eukaliptusów, półwysep Fleurieu

Specyficzną cechą Adelajdy są jej kontynentalne, europejskie korzenie. Lokalsi lubią się chwalić, że Australia Południowa była pierwszym stanem, którego nie budowali brytyjscy skazańcy. Region kolonizowany był przez wolnych obywateli, głównie imigrantów z Niemiec, którzy odcisnęli głębokie piętno na miejscowej kulturze, architekturze i sztuce. W mieście roi się od luterańskich świątyń (sama Adelajda nazywana jest „miastem kościołów”), aleje obsadzone są platanami i brzozami, tęsknotę do domowej kuchni można stłamsić w którymś z miejscowych „schnitzel housów”.

Najbardziej jaskrawy przykład stanowią jednak nadmiejskie wzgórza Adelaide Hills – i to jaskrawy całkiem dosłownie, ponieważ na jesień wybuchają one wszystkimi kolorami europejskiej jesieni. Dla nas, Europejczyków, nie brzmi to może ekscytująco, jednak w australijskich warunkach to zdecydowanie egzotyczne zjawisko – miejscowa, endemiczna roślinność nie zrzuca liści, zachowując przez cały rok matową, tłumioną zieleń. Adelaide Hills jest więc enklawą takiej europejskiej egzotyki. W korzeniach miejscowych drzew można poszukać maślaków, rydzów i borowików, a w turystycznym miasteczku Hahndorf wypić niemieckie piwo z litrowego kufla, kupić austriackie Mozartkugeln, a w sezonie nazbierać do koszyka truskawek lub czereśni na jednej z miejscowych farm. Sehr gut.

Wrak statku Ethel, Innes National Park, Półwysep Yorke

Spotkanie drugie. Inwazja tęczowych kosmitów.

Mozolnie zakładamy trzy warstwy pianek wypożyczonych w miejscowym sklepie nurkowym. Buty, rękawice, kaptur, może to ochroni nas przed zimowymi temperaturami Oceanu Południowego, w których spędzimy kolejnych parę godzin.

Gotowe. Z elegancją pingwinów przechodzimy przez skalistą plażę, zanurzamy się w płytkiej wodzie i przepływamy kilka metrów. Na dnie pojawia się pierwsze stworzenie, przez którego okrągłe, gładkie ciało przelatują fale kolorów. Przez chwilę wydaje nam się, że to odbłyski promieni słońca, ale wkrótce uświadamiamy sobie, że to sama skóra pulsuje różnymi barwami. Pojawia się kolejny stwór, i jeszcze jeden. Któryś z mniejszych wystraszył się i momentalnie zbielał jak śnieg. Inny, wyraźnie podekscytowany, zmienia kolory i kształty jak żywy kalejdoskop.

Mątwa olbrzymia, Whyalla, Australia Południowa

Właśnie odbywa się największe spotkanie głowonogów na świecie, coroczne gody mątew w Whyalla. Sepie żyją tylko rok lub dwa, a więc większość z nich przypływa tutaj tylko raz w życiu. Na plażach można znaleźć ich szczątki, znane kości sepiowe, które w polskich sklepach zoologicznych sprzedawane są jako dodatek diety dla papug. Czasem na kości widnieją ślady zębów rekina lub delfina, kolejny dowód na to, że zimne wody Oceanu Południowego tętnią życiem. Wybrzeże usiane jest koloniami uchatek i pingwinów, delfiny żyją nawet w samej Adelajdzie – jeden z mieszkańców opowiadał nam, że nauczyły się korzystać ze śluzy wodnej dla statków i korzystają z niej jak z windy, by dostać się w głąb rzeki i z powrotem do oceanu.

Ale na lądzie też nietrudno o rozrywkę. Na północ od Adelajdy ziemia czerwienieje. Tam zaczyna się prawdziwa outbackowa przygoda. Najpierw Półwysep Yorke z ruinami starych osad i wrakami statków, które przegrały swoje zmagania z oceanem. Później Góry Flindersa niczym stworzone do wypraw w samochodach terenowych, a w końcu Półwysep Eyrego z wybrzeżem, na którym skaliste wybrzeża ustępują miejsca wielokilometrowym plażom i wydmom piaskowym. Jednak to dopiero brama do australijskiego Czerwonego Serca – stąd można ruszyć w kilkudniową podróż na północ kontynentu.

Offroad, 4wd, wydmy, Australia Południowa

Przejazd przez te pustkowia to medytacyjne przeżycie, tylko tu i ówdzie przerywane widokami różowych słonych jezior, pojedynczych owiec umorusanych krwistoczerwonym pyłem lub orłów zlatujących się do trucheł potrąconych kangurów. Na samej północnej granicy stanu znajduje się miasteczko Coober Pedy, którego mieszkańcy żyją w domach wydrążonych w podziemnych skałach, by w wolnej chwili pogrzebać w ziemi w poszukiwaniu opali. Potem już tylko Alice Springs i tropikalne Darwin. Ale to już inny stan Australii (i umysłu). Zawracamy.

Coober Pedy, outback, Australia Południowa

Spotkanie trzecie. Nocne brylanty.

Droga w stronę południowych granic stanu otwiera przed nami odmienne krajobrazy, prowadząc nas do krainy wygasłych wulkanów i zjawisk krasowych. To słynne Limestone Coast, wybrzeże wapienne.

W przygranicznej miejscowości Mount Gambier znajduje się kilka lejów krasowych. W najbardziej zjawiskowym z nich, Umpherston Sinkhole, powstał mikroświat porównywalny chyba tylko do romantycznych wyobrażeń biblijnego rajskiego ogrodu – pionowe ślady leja porastają dywany bluszczu, na dnie okrągłej jamy powstał egzotyczny ogród zacieniony wachlarzami palm, cykasów i paproci.

Wulkany w Mount Gambier i okolicach zasnęły ponad 5000 lat temu, dzisiaj ich kaldery wypełnia woda nabierająca aż nienaturalnie niebieskiego koloru. Nieco dalej, w miejscowości Naracoorte, znajduje się system 28 jaskiń wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ze względu na ich geologiczne i paleontologiczne znaczenie. Przez miliony lat w podziemiach gromadziły się szczątki zwierząt, które wpadły tutaj, zabłądziły lub zostały zrzucone przez drapieżniki, tworząc stopniowo warstwę skamieniałości o grubości dochodzącej do 20 metrów. Największe znaczenie mają znaleziska wymarłej australijskiej megafaunygigantycznych wombatów, kangurów i waranów, ale też lwów workowatych i tygrysów tasmańskich.

Koala, Morialta Conservation Park, Adelajda, Australia Południowa

Zjawiska krasowe doprowadziły też do powstania kilku systemów lejów i jaskiń wypełnionych krystalicznie czystą wodą. Ponieważ stanowi to nie lada atrakcję dla miłośników nurkowania i snorkelingu, ilość odwiedzających jest surowo ograniczona, aby nie doprowadzić do uszkodzenia lub zanieczyszczenia tych niepowtarzalnych, kruchych biotopów. Po wykupieniu przepustek udajemy się do jednego z nich.

Znowu musimy się wyposażyć w ciepłe pianki. Jeziora Ewens Ponds to system kilku oczek wodnych połączonych korytarzami wypełnionymi wodą źródlaną – ta wydobywa się z dna pierwszego jeziorka, więc bez względu na porę roku temperatura nie przekracza tu 10-15 stopni. Po zanurzeniu mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w jakimś ogromnym akwarium – widoczność wynosi niesamowitych kilkanaście metrów, a więc bez problemu widać aż na dno znajdujące się 10 metrów pod nami. Całe oczko przypomina symetryczną, niebieską banię otoczoną wąskim pasemkiem zieleni, wśród podwodnych korzeni szuwarów przepływają stadka drobnych rybek. Jednak to dopiero początek widowiska. Po przepłynięciu przez szerokość pierwszego zbiornika delikatny prąd wprowadza nas w jaskrawozielony korytarz falujących traw.

Następuje zagięcie czasoprzestrzeni, zawieszenie praw fizyki. Wszystko porusza się w zwolnionym tempie. Po kilku minutach dryfowania przez ten surrealistyczny świat uchyla się kurtyna zieleni i zostajemy wyrzuceni w drugie, a następnie trzecie oczko. Całe przeżycie przypomina serię narkotycznych wizji – raz za razem po przejściu przez migoczący, zielony tunel pochłania nas kolejna podwodna bańka wypełniona chłodną, niebieską nicością, w której jak widma przepływają senne ryby.

Ewens Ponds, snorklowanie, Australia Południowa

W końcu zimno wygania nas z wody. Przebieramy się w ciepłe i suche ubrania i ruszamy w stronę granicy ze stanem Wiktoria. Zdążyliśmy w sam raz na szybki rekonesans otoczenia i rozbicie namiotów. Obozowisko znajduje się przy ślepym zaułku leśnej dróżki, nad brzegiem rzeki wrzynającej się w skalisty kanion. Wszędzie wokół nas rosną gęsto eukaliptusy, więc po zmroku zbieramy latarki i lampy czołowe i ruszamy na poszukiwanie nocnej fauny.

Okazuje się, że fauna przyszła do nas pierwsza. Dzięki latarce ze światłem UV już przy namiotach odkrywamy, że w ściółce żyją skorpiony. Te zazwyczaj praktycznie niewidzialne, brązowe stworzenia zmieniają się w świetle ultrafioletowym w jaskrawozielone płomyki widoczne z odległości kilku metrów. Wzdłuż drogi znajdujemy ich kolejny tuzin, w końcu przestajemy je liczyć. Zresztą, dotarliśmy na łąkę, a to oznacza kolejną atrakcję. Włączamy zwykłe latarki.

Snop światła budzi w trawie i kamieniach małe światełka przypominające drobne okruchy rozbitego szkła lub odbłyski brylantów. Po podejściu do jednego z nich zauważamy najpierw mały otwór w suchej glinie, a następnie jego mieszkańca i stróża. Przed każdą z jamek stoi wolf spider, pająk z rodziny pogońcowatych, błyskając w naszą stronę górną parą dużych oczu.

Jak angielska i polska nazwa wskazuje, pogońcowate są świetnymi łowcami, którzy nie budują sieci, tylko zdają się na szybkie nogi i dobry wzrok. Występują na całym świecie, w samej Polsce mamy 70 gatunków, w Australii jest ich około 130. To płoche, niegroźne stworzenia, które większość życia spędzają w podziemnych norkach, wychodząc głównie pod osłoną nocy. Miłosiernie ignorują intruzów wchodzących z butami w ich królestwo i świecących im po ślepiach.

W ciemności rozlegają się tłumione uderzenia o trawę. Unosimy światło latarek. Na tle gwieździstego nieba unoszą się i opadają sylwetki stada kangurów szarych. Zwierzęta zatrzymują się po kilkunastu metrach, patrzą w naszą stronę, a w końcu znikają dwoma dużymi susami w lesie. Podążamy dalej kamienistą ścieżką. Noc jest całkowicie bezwietrzna, nad głowami szeleszczą nam tylko skrzydełka przelatujących nietoperzy. W koronach eukaliptusów błyskają kolejne światełka. To oczy pałanek, nadrzewnych torbaczy, które właśnie wyszły na nocny żer. Nocny busz żyje – cicho i ostrożnie, ale żyje.

Gubimy drogę, potem znowu ją odnajdujemy, Droga Mleczna świeci coraz mocniej wraz ze słabnącym światłem dogorywających latarek. Wracamy powoli do obozu, aby odpocząć przed długą drogą powrotną do Adelajdy.

Karaluchy pod poduchy, skorpiony pod namioty.


Fajnie było? Zapraszamy do lektury relacji z naszych wypraw po Tasmanii, Nowej Południowej Walii, czy Australii Zachodniej!

The post Australia Południowa. Błękitny ocean, czerwona ziemia. appeared first on przedeptane.

]]>
/2023/australia-poludniowa-blekitny-ocean-czerwona-ziemia/feed/ 3
Żegnajcie, Sydnejowice. Witaj … /2020/zegnajcie-sydnejowice-witaj/ /2020/zegnajcie-sydnejowice-witaj/#comments Tue, 26 May 2020 10:08:08 +0000 /?p=3529 Czyli o tym, jak w tych pięknych pandemicznych okolicznościach robimy wielki australijski myk. Są niespodzianki małe i duże. W skali od jeden do dziesięciu czekała nas solidna ósemka, bo oto w trakcie rutynowego przedłużania wizy okazało się, że za parę tygodni będziemy w innym stanie. Znaczy – stanie Australii, bo w stanie całkowitego zaskoczenia znaleźliśmy się od razu. Tak oto po kilku latach burzliwego związku z Sydney przyjdzie nam się pożegnać i przenieść się do jego mniejszej siostry, Adelajdy. No tak, wymieniamy stolicę Nowej Południowej Walii na stolicę Australii Południowej. Czy się cieszymy? Bardzo! Czy się martwimy? Jak diabli! Jesteśmy podekscytowani i zdezorientowani jednocześnie, ale nie ma tego złego, dopóki się ucho nie urwie. Do odważnych nożyce się odezwą. I tak dalej. Nasze obawy lekko tłumi fakt, że w zeszłym roku zwiedziliśmy Adelaide i okolice. […]

The post Żegnajcie, Sydnejowice. Witaj … appeared first on przedeptane.

]]>
Czyli o tym, jak w tych pięknych pandemicznych okolicznościach robimy wielki australijski myk.

Są niespodzianki małe i duże. W skali od jeden do dziesięciu czekała nas solidna ósemka, bo oto w trakcie rutynowego przedłużania wizy okazało się, że za parę tygodni będziemy w innym stanie. Znaczy – stanie Australii, bo w stanie całkowitego zaskoczenia znaleźliśmy się od razu. Tak oto po kilku latach burzliwego związku z Sydney przyjdzie nam się pożegnać i przenieść się do jego mniejszej siostry, Adelajdy. No tak, wymieniamy stolicę Nowej Południowej Walii na stolicę Australii Południowej.

Czy się cieszymy? Bardzo! Czy się martwimy? Jak diabli! Jesteśmy podekscytowani i zdezorientowani jednocześnie, ale nie ma tego złego, dopóki się ucho nie urwie. Do odważnych nożyce się odezwą. I tak dalej.

Nasze obawy lekko tłumi fakt, że w zeszłym roku zwiedziliśmy Adelaide i okolice. I bardzo nam się spodobało. Prawdę powiedziawszy oboje wtedy stwierdziliśmy, że gdyby przyszło nam żyć gdzieś poza Sydney, to wcale byśmy się za tę Adelę nie pogniewali – miasto jest schludne i urokliwe, to dobra baza wypadowa do eksploracji outbacku, gór i parków narodowych, wymarzona kraina na roadtripa (patrz poniższe zdjęcie). Także dzięki, losie czy przypadku, za podsłuchiwanie naszych rozmów.

Australia Południowa

Staramy się teraz ogarnąć całe przeprowadzkowe zamieszanie utrzymując pozory zenowego spokoju. Mamy nadzieję, że przed wyjazdem uda nam się pożegnać przynajmniej z połową znajomych, a także z naszymi ulubionymi miejscami w Sydney – z mostem Harbour Bridge i ogrodem botanicznym, z plażami wschodnich dzielnic i zielenią tych północnych, z promami na wodzie i ibisami na śmietnikach. Jeśli chcielibyście coś przekazać pani Operze, to migiem, bo od połowy czerwca zniknie już z naszego horyzontu.

Jeżeli macie jakichś znajomych w Adelajdzie, to dajcie znać, bo ruszamy tam w ciemno i bez kontaktów. A jeżeli nie, to trzymajcie kciuki cieszyńskim kangurom. Już wkrótce odwdzięczymy się za pamięć nową porcją zdjęć i opowieści.

The post Żegnajcie, Sydnejowice. Witaj … appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/zegnajcie-sydnejowice-witaj/feed/ 4
Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/ /2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/#comments Wed, 22 Apr 2020 09:37:40 +0000 /?p=3307 Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych. Wielka przemiana niewielkiej wyspy Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki. Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje […]

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
Matko, jak tu zielono. I chłodno. I mży. O tym, że nadal jesteśmy w Australii, przypominają nam dopiero głuche pacnięcia kangurzych łap gdzieś tam, w cieniu paproci drzewiastych.

Wielka przemiana niewielkiej wyspy

Tasmania zawsze stała nieco na uboczu, w cieniu Australii, i ze względu na swoją izolację jest czasem traktowana przez kontynentalnych Australijczyków z lekką pobłażliwością, niczym zacofana wiocha, w której przeciętny chłop szuka partnerki albo wśród kuzynek, albo wśród wolniejszych owiec. Tak, jak Nowa Zelandia, do której przylgnęła podobnie krzywdząca naklejka, Tasmania walczy z tym stereotypem w najlepszy możliwy sposób – ignorując prześmiewców i robiąc swoje. Z zahukanej peryferii przeradza się w świeżą, intrygującą destynację ekoturystyki.

Klify Bruny Island

Dobrym przykładem jest Hobart. Główne miasto wyspy nie może konkurować z widowiskowością Sydney, wyrafinowaniem Melbourne, ani kilometrami białych piasków Perth, a więc stawia właśnie na to, czego brakuje wielkim metropoliom – na małomiasteczkowy klimat i stary, dobry, święty spokój. W wodach mariny kołyszą się nowoczesne i historyczne jachty niczym wspomnienie rybackiej i żeglarskiej historii miasta; wyżej, w ulicach, roi się od kafejek, sklepików i pubów, w których zbiera się kwiat miejscowej i przyjezdnej hipsterki oraz miłośnicy przygód wracający z tasmańskiej dziczy.

Obok tajskiego bistro oferującego tofukurczaka stoi butik z drewnianą biżuterią lokalnych artystów, w budynku gregoriańskiego hotelu znajduje się sklep z odzieżą outdoorową, w ogródku baru z dwudziestoma gatunkami piwa rzemieślniczego można usiąść na ławce lub w retro autobusie stojącym na trawniku. Na tablicy przy wjeździe do miasta znajduje się napis „Uchodźcy mile widziani”, na szybach barów i hosteli wiszą tabliczki „LGBT+ friendly”, podczas naszego pobytu przez główną ulicę przechodziła manifestacja w obronie praw Aborygenów. Ten klimat otwartości i tolerancji jest tym bardziej zaskakujący, gdy weźmiemy pod uwagę czarne karty tasmańskiej historii.

Protest uliczny przeciwko Australia Day, który obecnie przypada na rocznicę wylądowania Jamesa Cooka

Niedaleko Hobart przejeżdżaliśmy przez miasteczko, którego główną atrakcją był kościół zbudowany przez skazańców i dla skazańców. Architekt zaprojektował w budynku tylko jedne drzwi, aby członkowie zboru nie rozpierzchli się po okolicznym buszu. Było to jednak działanie trochę na wyrost, ponieważ tasmański busz był wtedy miejscem dla największych twardzieli – jeżeli nie dopadli Cię zbóje lub legendarnie wprost kapryśna pogoda, w nocy mogłeś się obudzić z diabłem tasmańskim wgryzionym w łydkę. A diabły nie lubią zostawiać resztek. Gdy dopadły kogoś wystarczająco osłabionego, po latach znajdowano tylko podeszwę lub pasek od spodni.

Diabeł tasmański

Potencjalnych uciekinierów odstraszała też wizja spotkania Aborygenów, którzy już dawno porzucili pokojowe nastawienie, z jakim witali pierwszych białych gości. To właśnie Tasmania jest najstarszą australijską kolonią i pierwszym miejscem starcia z aborygeńską ludnością, która nie wytrzymała zbyt długo kontaktu z zachodnią cywilizacją. Brytyjczycy przyszli, przepędzili miejscowych na najbardziej niegościnne tereny i zjedli wszystkie emu (ostatni tasmański nielot upiekł się w latach 50. XIX wieku), w zamian oferując tubylcom bogatą ofertę europejskich chorób zakaźnych, które kosiły całe wioski jak żyto. Ostatnia miejscowa Aborygenka czystej krwi zmarła w Hobart w 1876 roku, czyli niecałych 100 lat od momentu, kiedy kapitan Cook podał rękę pierwszemu z jej przodków. A i potem nie było lepiej, bo po rozprawieniu się z tubylcami Tasmańczycy wzięli się za innych bliźnich. Przez dużą część XX wieku Tasmania nazywana była „wyspą bigotów” – homoseksualizm był na niej nielegalny aż do 1997 roku.

Po zniesieniu kontrowersyjnego prawa wyspa nie tylko zrównała krok, ale wkrótce też wyprzedziła pozostałe stany. Wyspa skazańców stała się oazą tolerancji i nie boi się stawiać na nowe trendy. W ten sposób zwieńczono proces zmiany marki, który rozpoczął się już w pierwszej połowie XIX wieku. Wyspa porzuciła wtedy starszą nazwę „Ziemi Van Diemena”, kojarzącą się głównie ze skazańcami, zarośniętymi bandytami, alkoholizmem i kazirodztwem.

Piekarska samoobsługa

Chwostka szafirowa

Jednym z wyznaczników tej cichej tasmańskiej rewolucji jest MONA, Muzeum Starej i Nowej Sztuki, stworzone przez tasmańskiego milionera i kolekcjonera sztuki, Davida Walsha. Do muzeum można dopłynąć bezpośrednio z mariny ekspresowymi promami, które z zewnątrz ozdobione są charakterystycznym wzorem moro, a w środku – muralami i graffiti. Kolekcje znajdują się w rozległych, kilkupiętrowych pieczarach wykutych w podziemnej skale i obejmują szeroki zakres dzieł od czasów starożytnych do nowoczesności, od egipskich sarkofagów po interaktywne instalacje i poszerzoną rzeczywistość. Ta eklektyczna mieszanka wątków i tematów, kreatywności i wisielczego humoru sprawiła, że instytucja nazywana jest czasem „wywrotowym Disneylandem dla dorosłych”. Jednym z eksponatów jest na przykład żywy człowiek, który nosi obraz wytatuowany na swoich plecach i spędza w muzeum kilka miesięcy rocznie, siedząc na piedestale w blasku reflektorów. Prawdę powiedziawszy, podziwiam odwagę tych, którzy przyprowadzili do MONA swoje dzieci lub starszyznę rodu. Droga powrotna musiała być wypełniona pytaniami lub żenującą ciszą. Chyba właśnie o to chodziło Walshowi, który w oryginalny sposób podszedł nie tylko do wystawienia swojej kolekcji, ale też do finansowania całej instytucji. Podczas gdy wszyscy Tasmańczycy mogą odwiedzać zbiory za darmo, MONA wprowadziła poszerzony pakiet daleko wykraczający poza płatne, dożywotnie członkostwo. Za – bagatela – 75 tysięcy dolarów można wykupić pakiet „wiecznego członkostwa”, który obejmuje nie tylko wstęp na wszystkie wystawy i koncerty za życia, ale – po jego zakończeniu – także kremację i wystawienie prochów w urnie zaprojektowanej przez znaną artystkę/taksydermistkę Julię deVille. No umierać, nie żyć.

Ale jeszcze nie teraz. Na razie trochę pożyjmy i pozwiedzajmy, zwłaszcza, że Hobart jest świetnym punktem wypadowym do eksploracji wyspy.

Puszcze, raki i kopalnie

Z głównego miasta można wyruszyć w kilkudniową podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża ( mogliście ją z nami odbyć kilka lat temu w poprzednim artykule dla Zwrotu). Na południu znajduje się z kolei podwójna wyspa Bruny Island oferująca nie tylko esencję tasmańskiej fauny i flory, ale też lokalną populację walabii-albinosów. Nie wiecie, co to walabia? Już wyjaśniam. Otóż Europejczyk nazwałby ją pewnie kangurem, jednak mieszkańcy Antypodów – niczym Eskimosi rozróżniający rzekomo kilkanaście gatunków śniegu – mają dla torbaczy z podrzędu kangurokształtnych całą skalę określeń. Największe, muskularne i szczupłe są prawdziwe kangury; mniejsze, puchate i zdecydowanie częściej spotykane są walabie; na Tasmanii można się spotkać też z pademelonami osiągającymi rozmiary kota, oraz jeszcze mniejszymi bettongami, zwanymi po polsku kanguroszczurnikami. A to zaledwie jedna część miejscowych zwierząt. Czym głębiej w las, tym robi się ciekawiej. W strumykach i rzekach żyją dziobaki prawie trzykrotnie większe od kontynentalnych, w trakcie podróży często spotykaliśmy kolczatki poszukujące przekąsek w przydrożnych liściach. Na Tasmanię nigdy nie dotarły koale, jednak jest ona świetnym miejscem do obserwacji wombatów, a także torbaczy drapieżnych, które praktycznie wcale nie występują na kontynencie.

End of the Road. Dalej się nie da.

Podróż po zachodniej Tasmanii możemy rozpocząć w Cockle Creek, najbardziej wysuniętym na południe miejscem w całej Australii, do którego można dotrzeć samochodem. Stojąc na skalistym wybrzeżu znowu przypominamy sobie o tym, że z Tasmanii bliżej jest na Antarktydę, niż na tropikalną północ kontynentu – z Hobart ruszają loty na stacje polarne, w miejscowym ogrodzie botanicznym znajduje się dział flory antarktycznej. Sama Tasmania porośnięta jest krewniakami roślin porastających szczątki południowego superkontynentu Gondwany, który 180 milionów lat temu rozpadł się na Australię, Nową Zelandię, Antarktydę, Afrykę i Amerykę Południową. W chłodnych, wilgotnych lasach Tasmanii rosną bukany, czyli odpowiedniki buków z północnej półkuli. Drzewa te, które jako jedyne w Australii zrzucają liście na zimę, rosły jeszcze 3 miliony lat temu także na Antarktydzie, zanim ostatecznie nie skuł jej lód.

Arktyczna roślinność w ogrodzie botanicznym w Hobart

Ruszając na północ natykamy się na rzekę Huon, która dała nazwę kolejnemu tasmańskiemu endemitowi – sośnie Huon słynącej nie tylko z pięknego, szlachetnego drewna, ale też swojej długowieczności. Niektóre tasmańskie okazy mają aż 3000 lat i uznawane są za jedne z najstarszych żywych organizmów na ziemi. Inne miejscowe drzewa, eukaliptusy, walczą z kolei o miano najwyższych. Kilkanaście z nich dorasta do 90 metrów, a najwyższy – Centurion – przekroczył magiczną granicę 100 metrów, co zapewniło mu pozycję trzeciego najwyższego drzewa na świecie. Niemniej interesujące są niższe piętra tasmańskich lasów. W mrocznym półświatku mchów i zimnych strumieni świetnie powodzi się paprociom drzewiastym, których pnie i monstrualne wachlarze przypominają bardziej tropikalne palmy, niż paprotki z europejskich lasów. Pod ziemią, wplecione w korzenie drzew rosną trufle, jedno z kulinarnych bogactw Tasmanii. W błotnistych brzegach rzek ukrywają się z kolei gigantyczne tasmańskie raki, największe słodkowodne bezkręgowce świata, których najstarsze osobniki – a raki te mogą żyć do 60 lat – osiągają aż 80 centymetrów długości i 6 kilo wagi.

Walabia

Ausralijski sromotnik Aseroë rubra

Kolczatka

W pobliskim parku narodowym Hartz Mountains krajobraz ulega dramatycznej przemianie. Wraz z rosnącą wysokością nad poziomem morza gęste, wilgotne lasy ustępują miejsca niskiej, alpejskiej roślinności. W najwyższych partiach gołe skały otaczają niecki z mokradłami i jeziorami polodowcowymi, a karłowate drzewa i krzewy wzbijają się wyżej tylko w lecie, zanim ich kwiatów nie zerwą zimowe wichury i zamiecie śnieżne.

Alpejskie krajobrazy Hartz Mountains National Park

Połacie lasów w tak zwanej Tasmańskiej Dziczy na zachodzie wyspy przerwane są tu i tam głębokimi bliznami po wygasłym przemyśle wydobywczym, który w swoim czasie ściągał tutaj rzesze ludzi z całego świata. Dzisiaj na terenach zamkniętych kopalń złota, srebra czy miedzi pozostały tylko senne miasteczka, które starają się przekuć okruchy dziewiętnastowiecznej sławy na turystyczny potencjał. I całkiem nieźle im to wychodzi. W jednym z nich, Zeehan, spędzamy kilka godzin na zwiedzaniu jednego z najciekawszych muzeów, jakie przyszło nam zobaczyć. Centrum Dziedzictwa Zachodniego Wybrzeża to dosłownie miasto w mieście, surrealistyczny kompleks obejmujący kilka dziewiętnastowiecznych budynków, często z kompletnym wyposażeniem. Oprócz standardowych zbiorów dokumentujących życie górników, farmerów, czy lekarzy na terenie Centrum znajduje się też replika kopalni, zbiór lokomotyw, posterunek policji z celami dla aresztantów, loża masońska, a nawet cały teatr, włącznie ze starą salą bilardową, kasami biletowymi i plakatami filmów niemych.

Tunele opuszczonych kopalni

Zdjęcia w muzeum przedstawiały też walkę miejscowych z regularnie powracającym żywiołem ognia. Podczas podróży przez interior wyspy przejeżdżaliśmy kilka razy przez obszary zniszczone przez pożary buszu, z ulgą zauważając powracające życie. Między sczerniałymi pniami powalonych gigantów przeżyły niższe drzewa, które już nieśmiało zazieleniały się świeżymi pędami. W nadmorskich lasach zwęglona kora łuszczyła się pod naporem deszczu, spływała w strumieniach do podnóża wzgórz, a osadzając się, barwiła piasek plaż na kolor smoły.

Busz po pożarze

Na cieszyńskim orzechu

Po dotarciu na północ wyspy otworzył się przed nami całkowicie odmienny pejzaż. Lasy ustąpiły miejsca farmom i sadom, w których królują europejskie owoce i warzywa, czyli produkty uważane w warunkach suchej i gorącej Australii za prawie egzotyczne. Tasmania znana jest też ze znakomitych miodów eukaliptusowych, przetworów i cydrów.

The Nut i miasteczko Stanley

W końcu dotarliśmy do jednej z najciekawszych destynacji tasmańskiej północy. Rybackie miasteczko Stanley kurczy się u podnóża wulkanicznej skały zwanej przez miejscowych The Nut, czyli Orzechem. Stanley, które było niegdyś bazą wypadową dla wypraw wielorybniczych, jest obecnie Mekką wędkarzy i miłośników morskiej fauny. Wybrzeże usiane jest koloniami uchatek, kormoranów i niebieskich pingwinów małych; w samym porcie rzuciłem niecenzuralnym słowem, gdy pod moimi stopami z wody wyłoniła się ponad dwumetrowa płaszczka.

Widok z The Nut

Paprocie drzewiaste

Na The Nut można wyjść pieszo lub wyjechać kolejką, podziwiając po drodze spektakularne widoki na plaże i morze Cieśniny Bassa. Wody tej cieśniny słyną ze swojej nieprzewidywalności, gwałtownych sztormów i 15-metrowych fal, co sprawia, że wybrzeża północnej Tasmanii i południowej Wiktorii usiane są setkami wraków. Tego dnia jednak cała ta paleta zieleni i błękitów bardziej przypominała pocztówkę z Karaibów, niż cmentarzysko statków.

Weszliśmy na płaski szczyt wzgórza. Prawie w całości pokrywają go łąki, na których wszechobecne muchy uciekają przed stadami ważek, w eukaliptusowych zagajnikach na południowym stoku mieszkają z kolei płoche walabie. Cała skała o wysokości 152 metrów jest tak zwanym nekiem wulkanicznym, czyli korkiem wypełniającym krater nieistniejącego już wulkanu sprzed 16 milionów lat. Nasze śląskie serca rozgrzało trochę odkrycie, że ten tasmański Orzech jest w całości zbudowany nie z byle jakiej skały magmowej, a… z cieszynitu, który po raz pierwszy został opisany w Cieszynie, jednak oprócz pogranicza Czech i Polski występuje też w Szkocji i właśnie w Australii.

Tak więc stało się, znaleźliśmy wspomnienie rodzinnych stron nawet tutaj, na wpół drogi między Australią, a Antarktydą. Przed ojczyzną nie uciekniesz.


Migawki z podróży, które umieszczaliśmy na Instagram Stories, możesz obejrzeć TUTAJ.

Mapka wyprawy:

O poprzedniej wyprawie możesz przeczytać we wpisach Tasmania. Wschodnie wybrzeże czarciej wyspy oraz Cradle Mountain. Chłodne serce wyspy.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 2/2020.

The post Diabeł spod paprotki. Podróż po Zachodniej Tasmanii. appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/diabel-spod-paprotki-podroz-po-zachodniej-tasmanii/feed/ 11
Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby /2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/ /2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/#comments Tue, 11 Feb 2020 10:39:28 +0000 /?p=3228 Jesteś w Sydney, ale masz zbyt mało czasu i energii, by wyruszyć na kilkugodzinnego bushwalka? Oto rozwiązanie. Opisaliśmy już kilka sydnejskich tras, które powodują solidny szczękopad. Szlak Bondi – Coogee oferuje wspaniałe widoki na skaliste wybrzeże, płynąc na Manly można podziwiać z promu najładniejsze zakątki zatoki, spacer z Taronga do Balmoral to ucieczka z miejskiej dżungli do świata zielonego buszu i błękitnych wód.  Czasem jednak trzeba pójść na kompromis, i takim właśnie złotym środkiem jest szlak z Watsons Bay do Hornby, który oferuje po trochu z każdej z powyższych atrakcji. Do Watsons Bay można dopłynąć promem. Jeżeli za punkt startowy wybierzesz Circular Quay, to masz odhaczone dwa obowiązkowe punkty zwiedzania Sydney – przejedziesz się promem i opłyniesz dookoła słynną Operę. A przy trosze szczęścia strzelisz sobie na miejscu selfiaka z lokalnymi pelikanami. Trasa z przystani […]

The post Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby appeared first on przedeptane.

]]>
Jesteś w Sydney, ale masz zbyt mało czasu i energii, by wyruszyć na kilkugodzinnego bushwalka? Oto rozwiązanie.

Opisaliśmy już kilka sydnejskich tras, które powodują solidny szczękopad. Szlak Bondi – Coogee oferuje wspaniałe widoki na skaliste wybrzeże, płynąc na Manly można podziwiać z promu najładniejsze zakątki zatoki, spacer z Taronga do Balmoral to ucieczka z miejskiej dżungli do świata zielonego buszu i błękitnych wód.  Czasem jednak trzeba pójść na kompromis, i takim właśnie złotym środkiem jest szlak z Watsons Bay do Hornby, który oferuje po trochu z każdej z powyższych atrakcji.

Do Watsons Bay można dopłynąć promem. Jeżeli za punkt startowy wybierzesz Circular Quay, to masz odhaczone dwa obowiązkowe punkty zwiedzania Sydney – przejedziesz się promem i opłyniesz dookoła słynną Operę. A przy trosze szczęścia strzelisz sobie na miejscu selfiaka z lokalnymi pelikanami.

Trasa z przystani do latarni jest krótka, przyjemna i różnorodna, można ją przebyć w godzinę. Z miejscowych plaż widać jak na dłoni centrum miasta i ruch wodny w najszerszej części zatoki.

Po wyjściu z Watsons Bay trasa prowadzi przez bardzo urozmaiconą linię wybrzeża – skrawki buszu występują tutaj naprzemiennie ze skalistymi fragmentami, otwartymi polanami i małymi plażami. Tu błyszczą muszle, ówdzie goły pośladek, na tym krótkim odcinku mieszczą się bowiem aż trzy plaże dla nudystów – Camp Cove Beach, Lady Bay Beach i Lady Jane Beach. Camp Cove było prawdopodobnie pierwszym miejscem, na którym postawili stopę Europejczycy, gdy dotarli tutaj w 1788 roku.

W zatoce od czasu do czasu odbywają się wyścigi żaglówek, ale i w pozostałych dniach warto usiąść na chwilę na piasku i podziwiać promy i motorówki przemierzające wody Sydney Harbour.

Główną atrakcją szlaku jest oczywiście latarnia morska Hornby, która znajduje się na cyplu South Head tworzącym południową część cieśniny łączącej sydnejską zatokę z otwartym oceanem. Latarnia powstała w 1858 roku, by ułatwić nawigację na tym trudnym odcinku – w poprzednim roku rozbiły się tutaj bowiem dwa statki i zginęło łącznie ponad 140 osób.

 

W okolicy samej latarni znajduje się kilka ciekawych zabytków – chatka latarnika oraz fundamenty niegdysiejszych punktów obserwacyjnych i obronnych. Powstały one w reakcji na drobną wpadkę wizerunkową australijskiej armii i służb specjalnych, które w 1839 roku zauważyły amerykańskie okręty dopiero w chwili, gdy te wpłynęły już do zatoki. W 1872 roku zainstalowano także armaty – jedną z nich można dzisiaj podziwiać w okolicach Camp Cove.

Ze skał u podnóża latarni widać północną część cieśniny, czyli North Head (skały po prawej) oraz przystań w dzielnicy Manly (środkowa część zdjęcia).

Trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby – przydatne informacje

Czas: 1h 15 min

Odległość: ok. 2.8 km

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, wieczorami i przy gorszej pogodzie kurtka wiatrówka

Koszty: zero

Dodatkowe uwagi: –

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: trasa z Watsons Bay do latarni morskiej Hornby appeared first on przedeptane.

]]>
/2020/sydney-z-buta-trasa-z-watsons-bay-do-latarni-morskiej-hornby/feed/ 1
Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/ /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/#comments Sun, 11 Nov 2018 10:13:19 +0000 /?p=3201 Dzisiaj wyruszamy na jedną z mniej znanych, a przy tym najprzyjemniejszych tras pieszych w Sydney – szlaku od ZOO w dzielnicy Taronga do plaży Balmoral Beach. Trasa zaczyna się pod dolną bramą ZOO, a więc najłatwiej dotrzeć tam na pokładzie regularnie kursującego promu z Circular Quay. Można tam też dojechać autobusem, ale my zdecydowanie zachęcamy do skorzystania z opcji wodnej – przejażdżka koło Opery chyba nigdy się nie znudzi. Już po kilku minutach spaceru docieramy nad Athol Bay, która oferuje wspaniały widok na centrum miasta i jego ikony – gmach Opery oraz most Harbour Bridge. Wzdłuż całej trasy można na zmianę rozkoszować się takimi zacisznymi zatoczkami… … i coraz szerszym widokiem na Sydney. W drodze do cypla Bradleys Head przechodzimy przez Sydney Harbour National Park. Pojawiają się imponujące paprocie drzewiaste… … a trasa coraz częściej […]

The post Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach appeared first on przedeptane.

]]>
Dzisiaj wyruszamy na jedną z mniej znanych, a przy tym najprzyjemniejszych tras pieszych w Sydney – szlaku od ZOO w dzielnicy Taronga do plaży Balmoral Beach.

Trasa zaczyna się pod dolną bramą ZOO, a więc najłatwiej dotrzeć tam na pokładzie regularnie kursującego promu z Circular Quay. Można tam też dojechać autobusem, ale my zdecydowanie zachęcamy do skorzystania z opcji wodnej – przejażdżka koło Opery chyba nigdy się nie znudzi.

Już po kilku minutach spaceru docieramy nad Athol Bay, która oferuje wspaniały widok na centrum miasta i jego ikony – gmach Opery oraz most Harbour Bridge.

Wzdłuż całej trasy można na zmianę rozkoszować się takimi zacisznymi zatoczkami…

… i coraz szerszym widokiem na Sydney.

W drodze do cypla Bradleys Head przechodzimy przez Sydney Harbour National Park. Pojawiają się imponujące paprocie drzewiaste…

… a trasa coraz częściej wgryza się w gęsty, eukaliptusowy busz.

Plaża Clifton Gardens, ulubione miejsce wypadowe miejscowych.

Także i na tym szlaku można spotkać mnóstwo lokalnej zwierzyny. Na kamieniach wygrzewają się agamy wodne, liście przegrzebują nogale brunatne, na gałęziach siedzą kukabury chichotliwe (oba gatunki mogliście poznać bliżej już wcześniej w naszym tekście o najciekawszych australijskich ptakach). Nie brakuje też pospolitych sydnejskich papug – lorys górskich i kakadu żółtoczubych.

Pod koniec trasy widać jak na dłoni wylot sydnejskiej zatoki na otwarty ocean – północny cypel Manly oraz południowy z zatoką Watsons Bay.

 

Trasa Taronga Zoo / Balmoral Beach – przydatne informacje

Czas: 2-3h

Odległość: ok. 6,5 km (plaże Athom Bay, Clifton Gardens Beach, Balmoral Beach)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu. Na trasie znajduje się kemping z toaletami i wodą, przy Clifton Gardens także restauracje i place zabaw

Buty: dowolne, wygodne

Koszty: mniej niż zero

Dodatkowe uwagi: –

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: trasa między Taronga Zoo a Balmoral Beach appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-taronga-zoo-a-balmoral-beach/feed/ 3
David Attenborough w Melbourne. Bardzo dobry Sir. /2018/david-attenborough-w-melbourne-bardzo-dobry-sir/ /2018/david-attenborough-w-melbourne-bardzo-dobry-sir/#respond Tue, 10 Apr 2018 08:58:45 +0000 /?p=2706 Uwaga: wpis zawiera tekstowy odpowiednik pisku nastoletnich fanek. Jeżeli śledzicie naszego bloga od dłuższego czasu, to pewnie zauważyliście, że mamy mocną fazę na filmy przyrodnicze – zwłaszcza te z produkcji BBC (o, flamingi!), i zwłaszcza te z udziałem Davida Attenborough. Kiedy więc dowiedzieliśmy się, że Sir David przylatuje do Australii i Nowej Zelandii z cyklem wykładów, z miejsca zaczęliśmy polować na bilety. W Sydney było pozamiatane już kilak godzin po otwarciu sprzedaży, ale na szczęście udało nam się kupić dwie wejściówki na spotkanie w Melbourne. I dobrze, bo gdyby nie to, to lecimy do Perth. Jeżeli do tej pory nam się wydawało, że jesteśmy zdrowo kopnięci, skoro tak nam zależy na spotkaniu z dziadkiem z telewizji, to na miejscu nasze wątpliwości szybko się rozwiały. Nie jesteśmy sami. Wszystkie wykłady odbywały się w dużych salach kongresowych, […]

The post David Attenborough w Melbourne. Bardzo dobry Sir. appeared first on przedeptane.

]]>
Uwaga: wpis zawiera tekstowy odpowiednik pisku nastoletnich fanek.

Jeżeli śledzicie naszego bloga od dłuższego czasu, to pewnie zauważyliście, że mamy mocną fazę na filmy przyrodnicze – zwłaszcza te z produkcji BBC (o, flamingi!), i zwłaszcza te z udziałem Davida Attenborough. Kiedy więc dowiedzieliśmy się, że Sir David przylatuje do Australii i Nowej Zelandii z cyklem wykładów, z miejsca zaczęliśmy polować na bilety. W Sydney było pozamiatane już kilak godzin po otwarciu sprzedaży, ale na szczęście udało nam się kupić dwie wejściówki na spotkanie w Melbourne. I dobrze, bo gdyby nie to, to lecimy do Perth.

Jeżeli do tej pory nam się wydawało, że jesteśmy zdrowo kopnięci, skoro tak nam zależy na spotkaniu z dziadkiem z telewizji, to na miejscu nasze wątpliwości szybko się rozwiały. Nie jesteśmy sami. Wszystkie wykłady odbywały się w dużych salach kongresowych, ta nasza miała pojemność dobrych kilka tysięcy miejsc – wejście głównej gwiazdy wieczoru na parkiet spotkało się z powitaniem godnym Rolling Stones. Eksplozja.

Wstyd przyznać, ale dodatkową motywacją do kupna biletów był fakt, że Sir David Attenborough jest już w podeszłym wieku – jakiś czas temu stuknęła mu dziewięćdziesiątka. Ale i ta obawa zniknęła w ciągu pierwszych kilku sekund spotkania; Attenborough nadal jest w świetnej formie, ma dowcip ostry jak brzytwa i przemawia z takim samym wigorem i pasją, jak w swoich programach.

David Attenborough, Melbourne

Cały wieczór odbywał się w konwencji wywiadu, który prowadził znany australijski dziennikarz i prezenter, Ray Martin. W pierwszej części wieczoru Sir David opowiedział o pierwszych latach w BBC. Do działu dokumentów przyrodniczych trafił właściwie przez przypadek, w zastępstwie za chorego prezentera. W tym czasie programy te najczęściej przybierały postać luźnej pogadanki przed kamerami – ktoś przytaszczył do studio zwierzaka (na przykład świnkę morską, bo o takim levelu egzotyki mowa) i opowiedział o nim kilka ciekawostek. Od czasu do czasu kamerzysta nakręcił kilka ujęć w ZOO i tyle.

Sztab Davida Attenborough zaczął jednak podnosić poprzeczkę. Przekonali BBC do zainwestowania w wyjazd do Afryki, a technicy skonstruowali na tę okazję specjalne, mobilne kamery, ponieważ zwykły telewizyjny sprzęt ważył tyle, co mniejszy samochód, i poruszał się na ciężkich statywach. Wyprawa do Afryki spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem, a więc wkrótce przyszły kolejne. Maszyna ruszyła.

David Attenborough chasing a Giant Anteater

Sztab stopniowo udoskonalał nie tylko technikę, ale i sposób opowiadania o świecie zwierząt. Pierwsze filmy nadal powielały schemat „idź tam, spróbuj to złapać, może Cię nie zeżre”. Z biegiem czasu filmy zaczęły nie tylko stosować, ale i wyznaczać nowe standardy rzetelnej, etycznej dokumentarystyki. Szczytowym osiągnięciem tych starań jest seria „Planet Earth II”, która akurat w tym czasie miała swoją telewizyjną premierę, a więc jej temat często przewijał się w rozmowach na scenie.

Tu nasz ulubiony fragment:

David Attenborough, Planet Earth II

W tym momencie kończyła się pierwsza, wspomnieniowa część spotkania – sir David zszedł ze sceny, podczas gdy na ekranie nad jego głową wyświetlono go jako dwudziestolatka kroczącego po plaży na jednym z jego pierwszych filmów (możecie zobaczyć ten moment mniej więcej w połowie filmiku wklejonego pod artykułem). Słowem – dramaturgia miodzio.

Czuję, że na sali jest kreacjonista… / Oj, chyba zrobię demonstrację doboru naturalnego.

Druga część poświęcona była prawie w całości na pytania widzów. Attenborough opowiedział kilka anegdot, wspomniał o roli edukacji i nauki w rozwiązywaniu problemów dzisiejszego świata, a przede wszystkim zachęcił liczne audytorium do wspierania inicjatyw pro-ekologicznych i do głosowania na polityków, którzy aktywnie działają na rzecz ochrony środowiska. Doczekał się za te słowa potężnej owacji, ponieważ australijskie rządy od lat rozrabiają w lasach i na rafach jak Szyszko w Białowieskiej.

Na zakończenie Attenborough odczytał słynny cytat z zakończenia książki „O powstawaniu gatunków…” Karola Darwina.

David Attenborough, Charles Darwin, reading, Karol Darwin

„Jest coś wspaniałego w takiej wizji życia, gdzie na jego mocy wszystkie formy życia organicznego, jakie kiedykolwiek istniały na tej Ziemi, pochodzą od pierwotnej formy, w którą po raz pierwszy tchnięto życie; i że gdy planeta nasza (…) dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż się jeszcze rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu.”

A jakby kto myślał, że nie mogło być lepszego zakończenia, to na sam finisz na ekranach zagrało toto.

Słowem – wspaniały wieczór, masywna dawka inspiracji.

P.S. Tak, mamy podpis. I zapanowała radość.

P.S. 2:

Obiecany filmik promujący australijską trasę.

The post David Attenborough w Melbourne. Bardzo dobry Sir. appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/david-attenborough-w-melbourne-bardzo-dobry-sir/feed/ 0
Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu /2018/wieden-muzeum-historii-naturalnej/ /2018/wieden-muzeum-historii-naturalnej/#comments Fri, 09 Mar 2018 10:04:57 +0000 /?p=2973 Wchodzi Franciszek Józef do sali, a tam słoń, wieloryb i stado zebr. To nie dowcip, ale sytuacja, jaka mogła się wydarzyć w najstarszym, największym, najlepszym muzeum przyrodniczym w naszej części Europy. Zwiedzanie Muzeum Historii Naturalnej rozpoczęliśmy od drugiego piętra przedstawiającego kolejno wszystkie grupy zwierzęce – od meduz, mięczaków i owadów aż po małpy człekokształtne. I od razu na wstępie poczuliśmy, że będzie grubo. Pomieszczenie wypełniały gabloty z morskimi bezkręgowcami, a ponieważ w XIX wieku trudno było zachować ich miękkie tkanki w nienaruszonym stanie, władze muzeum zlecały wykonywanie kolorowych kopii… ze szkła. Tak, miniaturowy głowonóg na poniższym zdjęciu to koronkowa robota artysty szklarza. Każde kolejne pomieszczenie ukrywało nowe skarby z dalekich lądów lub głębokich oceanów. Poniższy kawał rybska to latimeria – żywa skamieniałość, uważana za wymarłą od 60 milionów lat. Latimeria była trochę wyjątkiem z reguły, ponieważ […]

The post Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu appeared first on przedeptane.

]]>
Wchodzi Franciszek Józef do sali, a tam słoń, wieloryb i stado zebr. To nie dowcip, ale sytuacja, jaka mogła się wydarzyć w najstarszym, największym, najlepszym muzeum przyrodniczym w naszej części Europy.

Zwiedzanie Muzeum Historii Naturalnej rozpoczęliśmy od drugiego piętra przedstawiającego kolejno wszystkie grupy zwierzęce – od meduz, mięczaków i owadów aż po małpy człekokształtne. I od razu na wstępie poczuliśmy, że będzie grubo.

Pomieszczenie wypełniały gabloty z morskimi bezkręgowcami, a ponieważ w XIX wieku trudno było zachować ich miękkie tkanki w nienaruszonym stanie, władze muzeum zlecały wykonywanie kolorowych kopii… ze szkła. Tak, miniaturowy głowonóg na poniższym zdjęciu to koronkowa robota artysty szklarza.

szklana kałamarnica, Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń

Każde kolejne pomieszczenie ukrywało nowe skarby z dalekich lądów lub głębokich oceanów. Poniższy kawał rybska to latimeria – żywa skamieniałość, uważana za wymarłą od 60 milionów lat.

latimeria, Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu

Latimeria była trochę wyjątkiem z reguły, ponieważ motywem przewodnim naszego zwiedzania były spotkania z wymarłymi gatunkami – pojechaliśmy do Wiednia właśnie po to, aby zobaczyć rzadkie okazy zwierząt, które bezpowrotnie zniknęły z powierzchni naszej planety.

Pierwszym z nich był mamutak – madagaskarski struś zwany ptakiem-słoniem, ponieważ dorastał do wysokości 3 metrów i ważył aż pół tony. Ich jaja (zdjęcie po lewej) były do 6 razy większe od jaj współcześnie żyjących strusi (160 jaj kurzych!).

Mamutaki były prawdopodobnie pierwowzorem legendarnego ptaka „rukh” z arabskiej „Księgi tysiąca i jednej nocy” i wyginęły dopiero koło 1000 roku po tym, co na Madagaskarze zaczęli osiedlać się ludzie. Identyczny los spotkał także ptaka dodo (zdjęcie po prawej) z wyspy Mauritius na Oceanie Indyjskim. Ten z kolei wymarł w XVII wieku dzięki połączonym wysiłkom europejskich żeglarzy oraz ich kotów, psów i szczurów.

W końcu dotarliśmy też do naszej ukochanej Oceanii. W wiedeńskim muzeum można podziwiać szkielet nowozelandzkiego ptaka moa, którego pobratymców wybili w XV wieku Maorysi. Kolejne zdjęcia przedstawiają gabloty z gatunkami australijskich papug oraz nowozelandzkich nielotów – kiwi i papug kakapo.

Gwoździem programu był dla nas oczywiście wilk tasmański. Te fascynujące drapieżniki wyginęły dopiero w latach 30. XX wieku, jednak na całym świecie istnieje zaledwie kilkadziesiąt wypchanych okazów, przy czym ten wiedeński należy do najlepiej zachowanych. Mamy porównanie – zwierzak, którego widzieliśmy w muzeum na Tasmanii, przypominał susła uzależnionego od metamamfetaminy.

tygrys tasmański, wilkowór, Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń, Austria

Ale dość tych smutów – podczas zwiedzania trafiały się też różne dziwaczne odkrycia. Na przykład w sali ssaków natknęliśmy się na taką oto mysz przeglądającą się w lustrze.

mysz, taksydermia, muzeum historii naturalnej wiedeń austria

Ponieważ zaś nie władamy językiem Goethego, z pewnym rozbawieniem zauważyliśmy, że niemieckim przyrodnikom podejrzanie dużo fauny kojarzy się ze świniami. Bynajmniej nie poprzestali na śwince morskiej („Meerschweinchen”) i morświnie („Seeschwein”) – po niemiecku jeżozwierz to „Stachelschwein” (kolczasta świnia), diugoń to „Schweinswal” (świnio-waleń), a kapibara to „Wasserschwein” (wodna świnia). W ogóle całe germańskie nazewnictwo zoologiczne jest urocze, co demonstruje następująca infografika.

Po świntuszeniu nadszedł czas na największe okazy w zbiorach wiedeńskiego muzeum – salę ze słoniowatymi i ssakami morskimi.

Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu, Austria

To właśnie tutaj można zrozumieć, dlaczego taksydermia cieszyła się w swoim czasie tak dużą estymą. Rachel Poliquin w swojej książce „The Breathless Zoo” opisała historię i przemiany tej makabrycznej sztuki, której wspięła się na wyżyny popularności właśnie na przełomie XIX i XX wieku. Cytacik:

U schyłku XIX wieku umiejętnie wypchane zwierzęta uznawane były za połączenie wysokiej sztuki i nauki, czyli coś, z czego imperium może być dumne. Dobra taksydermia zależna była od wysokiej jakości skór oraz precyzyjnej wiedzy przyrodniczej, która z kolei oparta była na odkryciach, podróżach, badaniach i podbojach.

 

Galerie wypełnione imponującymi stworami z całego świata stały się więc symbolem pozytywistycznego boomu wiedzy, odkryć i nowych technologii.

Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń, ssaki

Przedstawicielami tego szczytowego okresu są na przykład wiedeńskie dioramy, w których zwierzęta ustawiane są w pieczołowicie odtworzonym wycinku ich naturalnego środowiska. Gablota z zebrami wysypana jest piaskiem i ozdobiona afrykańską roślinnością, na podłodze leżą nawet spreparowane odchody. W kolejnym pomieszczeniu znajduje się wielgachny model europejskiej puszczy – rodzina żubrów stoi wśród buków i dębów, na mchu zastygły sikorki, na pniach i korzeniach można dostrzec dzięcioła, wiewiórkę, czy łasiczkę, spod jednego z konarów wychyla się borsuk.

Muzeum Historii Naturalnej, Wiedeń, zebry

Ale wystarczy już drugiego piętra, schodzimy w dół. Po drodze przebijamy się przez tabun dzieci, które przyszły obejrzeć wystawę czasową poświęconą obecności zwierząt w kulturze, społeczeństwie i sztuce.

Na pierwszym piętrze Muzeum Historii Naturalnej znajdują się pokaźne zbiory mineralogiczne i paleontologiczne. W części poświęconej ewolucji życia na ziemi można podziwiać kopię czaszki ryby pancernej – Dunkleosteusa, największego drapieżnika występującego w morzach późnego dewonu. W innej sali znajduje się z kolei rzadki, kompletny szkielet ogromnego Glyptodona (1 tona masy, proszę państwa). Ten krewniak dzisiejszych pancerników jeszcze 11 tysięcy lat temu żył w Ameryce Południowej, zanim nie pojawili się tam Indianie i nie zrobili z nim porządek.

W ten sposób skompletowaliśmy kolekcję wymarłej megafauny, czyli zwierząt-gigantów, które nie przeżyły kontaktu z ludźmi – w towarzystwie amerykańskiego glyptodona, afrykańskiego mamutaka, azjatyckiego dodo, oceanicznego moa i tygrysa zabrakło jeszcze europejskiego tura czy mamuta. Do obecnie żyjących przedstawicieli megafauny można zaliczyć azjatyckie i afrykańskie słonie czy nosorożce – a i z nimi jest ostatnio raczej krucho.

Jednak nasze zwiedzanie nie skończyło się w mollowym nastroju. W kolejnym pomieszczeniu natknęliśmy się na nieoczekiwaną perełkę, a raczej dar z niebios – meteoryty! Wiele wystawionych okazów pochodzi z terenów Europy (także z Polski), najstarszy spadł bodajże w XV wieku. W gablotach można obejrzeć nie tylko surowe bryły, ale też przekroje, które przyciągają uwagę misternymi strukturami, a czasem nawet tęczowymi kolorami.

W salach z okazami mineralogicznymi można z kolei podziwiać prezenty nadsyłane Franzowi Josefowi z różnych zakątków Austro-Węgier – złoto, srebro i kamienie szlachetne, ale też tonową bryłę soli z Wieliczki. I tu kolejne zwierzakowe intermezzo – w jednej z gablot znajduje się wystawa minerałów, których nazwy pochodzą od zwierząt (kwarcowe tygrysie oko, oczy „kocie” i „wilcze” itp.)

Podsumowanie? Co tu dużo gadać – przez większość czasu czuliśmy się jak dziecko w cukierni. Wiedeńskie Muzeum Historii Naturalnej przypomina wiktoriański wehikuł czasu – to miejscami sentymentalna, miejscami surrealistyczna wycieczka w klimacie książek Juliusza Verne’a, Josepha Conrada, czy Tomkowych serii Alfreda Szklarskiego.

Brawo, Franz. Masz swoje za uszami, ale toto Ci się udało.


Jeżeli wybieracie się do Wiednia, to rzućcie okiem na nasz mini poradnik – co, gdzie, jak w stolicy Austrii :)

The post Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/wieden-muzeum-historii-naturalnej/feed/ 1
Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/ /2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/#comments Tue, 06 Feb 2018 07:00:52 +0000 /?p=2881 „Obowiązkowo”, „musicie tam pójść”. To jedna z tych atrakcji, które wszyscy opisują w superlatywach i może właśnie dlatego, z czystej przekory, odkładaliśmy ją na później. No ale ileż można. W końcu westchnęliśmy, ruszyliśmy zady i… wróciliśmy zauroczeni. Z Coogee do Bondi w jedno popołudnie Trasa przebiega wzdłuż kilku najbardziej popularnych plaż w Sydney. Wyruszyliśmy z Coogee dosyć późno, nasze cienie wydłużały się z każdym krokiem. Po drodze dramatycznie zmieniają się widoki – piaszczyste plaże ustępują skalistym urwiskom, rozległe trawniki kończą się na fantastycznie ukształtowanych kamiennych platformach. Znowu mogliśmy sobie przypomnieć, dlaczego tak bardzo lubimy Sydney. Jeżeli staracie się unikać dużych plaż wypchanych po brzegi setkami skwierczących ciał, wzdłuż trasy można się zaszyć w kilku mniejszych zatoczkach, idealnie nadających się do kajakowania albo snorkelingu. Jedną z nich jest na przykład niepozorna Gordons Bay otoczona charakterystycznym drewnianym parkingiem […]

The post Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi appeared first on przedeptane.

]]>
„Obowiązkowo”, „musicie tam pójść”. To jedna z tych atrakcji, które wszyscy opisują w superlatywach i może właśnie dlatego, z czystej przekory, odkładaliśmy ją na później. No ale ileż można. W końcu westchnęliśmy, ruszyliśmy zady i… wróciliśmy zauroczeni.

Z Coogee do Bondi w jedno popołudnie

Trasa przebiega wzdłuż kilku najbardziej popularnych plaż w Sydney. Wyruszyliśmy z Coogee dosyć późno, nasze cienie wydłużały się z każdym krokiem. Po drodze dramatycznie zmieniają się widoki – piaszczyste plaże ustępują skalistym urwiskom, rozległe trawniki kończą się na fantastycznie ukształtowanych kamiennych platformach. Znowu mogliśmy sobie przypomnieć, dlaczego tak bardzo lubimy Sydney.

Plaża Coogee w Sydney

Jeżeli staracie się unikać dużych plaż wypchanych po brzegi setkami skwierczących ciał, wzdłuż trasy można się zaszyć w kilku mniejszych zatoczkach, idealnie nadających się do kajakowania albo snorkelingu. Jedną z nich jest na przykład niepozorna Gordons Bay otoczona charakterystycznym drewnianym parkingiem dla łódek.

Plaża Gordons Bay w Sydney

Na skałach zatrzymywali się spacerowicze i biegacze, by podziwiać zachód słońca lub wypatrywać gejzerów wody wydmuchiwanych przez wieloryby, które akurat w tym czasie migrowały wzdłuż wybrzeży Sydney.

Zbliżający się zachód słońca nadał nieoczekiwanego dramatyzmu nie tylko ujściu z plaży Clovelly, …

… ale przede wszystkim ogromnemu cmentarzowi Waverly, którego lekko upiorną, wiktoriańską atmosferę stylowo uzupełniały czarne kakadu pijące wodę z płyt grobowych. Edgar Allan Poe mógłby tutaj napisać jakąś australijską nowelkę.

Cmentarz Waverley w Sydney

Wtem zmrok!

Ostatni etap pokonaliśmy już po ciemku, a więc dorzucamy zdjęcia z plaż Bronte i Tamarama wykonane podczas innych, dziennych wycieczek. Na osobną sesję zdjęciową zasługuje także Bondi oraz kilka „rock pools” i „ocean pools”, czyli publicznych, słonowodnych basenów osadzonych w skalistym wybrzeżu. Wszystko będzie. Trzeba tylko znowu ruszyć nasze szanowne.

Tymczasem sypiemy garścią informacji logistyczno-organizacyjnych.

Mapa trasy Coogee – Bondi:

Trasa Coogee Bondi – przydatne informacje

Czas: 2-3h

Odległość: ok. 6 km (plaże Coogee, Clovelly, Bronte, Tamarama, Bondi)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, zimą kurtka wiatrówka, wieczorami także sweter (nad oceanem często nieźle wieje)

Buty: dowolne, wygodne

Koszty: nic a nic

Dodatkowe uwagi: stosunkowo dużo schodów

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Sydney z buta: Trasa między plażami Coogee i Bondi appeared first on przedeptane.

]]>
/2018/sydney-z-buta-trasa-miedzy-plazami-coogee-i-bondi/feed/ 2
Na skok z Sydney: Kiama Blowhole /2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/ /2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/#respond Sat, 23 Dec 2017 11:45:38 +0000 /?p=3051 Rzut samochodem na południe od Sydney znajduje się mały cud natury. Wsiadajcie, jedziemy! Szczegóły dojazdu podamy na końcu, teraz skupmy się na gadaniu i na obrazkach. Po niespełna dwóch godzinach jazdy i po przejechaniu przez wąskie ulice miasteczka Kiama zaparkowaliśmy na trawiastym parkingu pod śnieżnobiałą latarnią zwaną Kiama Light lub Kiama Harbour Light. Ta stoi tutaj już od 1887 roku i już wtedy jej światło było widoczne z odległości siedemnastu kilometrów. Pierwotnie naftowa lampa została w 1908 roku przerobiona na gaz węglowy, a w końcu – w 1969 roku – na lampę elektryczną. Tuż za latarnią znajdują się schody do Kiama Blowhole – szczeliny w przybrzeżnych skałach, przez którą w trakcie przypływu strzelają w górę gejzery morskiej wody. Nam akurat się nie poszczęściło – ocean nie był w nastroju do brykania, szczelina tylko cicho bulgotała. […]

The post Na skok z Sydney: Kiama Blowhole appeared first on przedeptane.

]]>
Rzut samochodem na południe od Sydney znajduje się mały cud natury. Wsiadajcie, jedziemy!

Szczegóły dojazdu podamy na końcu, teraz skupmy się na gadaniu i na obrazkach. Po niespełna dwóch godzinach jazdy i po przejechaniu przez wąskie ulice miasteczka Kiama zaparkowaliśmy na trawiastym parkingu pod śnieżnobiałą latarnią zwaną Kiama Light lub Kiama Harbour Light. Ta stoi tutaj już od 1887 roku i już wtedy jej światło było widoczne z odległości siedemnastu kilometrów. Pierwotnie naftowa lampa została w 1908 roku przerobiona na gaz węglowy, a w końcu – w 1969 roku – na lampę elektryczną.

Tuż za latarnią znajdują się schody do Kiama Blowhole – szczeliny w przybrzeżnych skałach, przez którą w trakcie przypływu strzelają w górę gejzery morskiej wody. Nam akurat się nie poszczęściło – ocean nie był w nastroju do brykania, szczelina tylko cicho bulgotała. Masz Ci los. Warto było jednak przyjechać dla samych widoków roztaczających się z poszarpanych urwisk.

Oczywiście nie oparliśmy się pokusie i poszliśmy podglądać lokalną faunę. U podnóża skał siedziały kormorany, w wodnych oczkach roiło się od ryb, małych krabów i purpurowych ukwiałów.

Tuż przy samej blowhole dostrzegliśmy też jednego z największych i najładniejszych krabów, jakiego dotychczas udało nam się zobaczyć w australijskich wodach. Jeżeli ktoś z Was może nam pomóc z identyfikacją, to będziemy dozgonnie wdzięczni, bo nasz intensywny googling był bezowocny.

Po powrocie do latarni odkryliśmy kolejną atrakcję – na polanie otoczonej wysokimi araukariami jadło właśnie lunch pokaźne stado kakadu różowych, tzw. galah. Wrzasku jak w małpim gaju, ale zostaliśmy na dłużej, bo w Sydney rzadko je widujemy, a w dodatku to ulubione papugi Zosi.

I tu wątek edukacyjny z cyklu wiedza bezużyteczna. Poniższa fotka przedstawia dymorfizm płciowy galahów: samice mają jasnobrązowe oczy, a samce – czarne.

Załapaliśmy się też na niedzielny targ przy miejskiej przystani. W stoiskach można było nabyć rękodzieło i obrazy lokalnych artystów, domowy miód, książki, winyle i udonicznioną roślinność. Dla każdego coś dobrego. Oczywiście nie zabrakło też tradycyjnego zestawu leczniczych kryształów, łapaczy snów, regulatorów czakr i innych wspomagaczy duchowego rozwoju dla mieszczan na wywczasie. Koło nas przeszło kilkoro dziatek z pluszowymi rudawkami (ogromne nietoperze, tzw. flying foxy), a więc po nitce do kłębka dotarliśmy do namiotu ze zwierzo-zabawkami, książkami przyrodniczymi i tematycznymi ozdobami świątecznymi. Patrz niżej.

Pora wracać. Kiama pożegnała nas takim malowniczym widokiem – szumem fal, szumem drzew, rozdzierającym krzykiem galahów. Na pewno wrócimy, może przyszłym razem ocean pokaże, na co go stać.

Mapa dojazdu z Sydney do Kiama Blowhole

Kiama Blowhole – przydatne informacje

Czas: dojazd samochodem w okolicach 2h, można też dojechać bezpośrednim pociągiem linii South Coast Line.  Po drodze do Kiamy możecie się zatrzymać w Wollongong, gdzie znajduje się duże, ładne jezioro.

Szlaki piesze: na miejscu można wyruszyć na nadbrzeżną trasę z Kiamy do Gerringong (22 km)

Ubranie: w lecie dobra ochrona przeciwko słońcu, zimą kurtka wiatrówka, wieczorami także sweter (nad oceanem często nieźle wieje)

Buty: dowolne wygodne

Koszty: paliwo. Wejście na Kiama Blowhole i okoliczne skały jest darmowe.

Dodatkowe uwagi: podczas planowania wyjazdu dobrze jest sprawdzić godziny przypływu (głupi my). Warto zabrać zestaw do snorkelingu. W sezonie z brzegu można obserwować migrujące wieloryby.

Więcej tras w Sydney i okolicach znajdziesz TUTAJ.

The post Na skok z Sydney: Kiama Blowhole appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/na-skok-z-sydney-kiama-blowhole/feed/ 0
Wiedeń na dzień. Ekspresowy poradnik. /2017/wieden-na-dzien-ekspresowy-poradnik/ /2017/wieden-na-dzien-ekspresowy-poradnik/#comments Sun, 15 Oct 2017 16:06:37 +0000 /?p=2959 Kilka rad i propozycji na jednodniowy wypad do Wiednia – czyli co zjeść, co wypić, gdzie przysiąść w drodze do muzeum. Wpis także dla wegan i wegetarian. Nie będziemy udawali, że jesteśmy znawcami stolicy Austrii. Dzięki pomocy znajomych udało nam się jednak trafić na kilka ciekawych miejsc, a więc przekazujemy dalej. Gdzie spać? Jeżeli w kieszeni hula Wam wiatr, polecamy hotele sieci Meininger. Przy całkiem dobrym standardzie oferują ceny nawet o połowę niższe od konkurencji oraz dobre lokalizacje – jeden z hoteli (o, ten!) znajduje się w odległości kilkuset metrów od głównego dworca kolejowego. Cały czas szukaliśmy haczyka w tej podejrzanie atrakcyjnej ofercie, ale wszystko było ok. Jakiś błąd w Matriksie. Jak się poruszać? Wiedeń jest miastem przyjaznym dla rowerzystów, a więc możecie wypożyczyć dwa kółka na dworcu i wio, jednak osobom w presji czasowej […]

The post Wiedeń na dzień. Ekspresowy poradnik. appeared first on przedeptane.

]]>
Kilka rad i propozycji na jednodniowy wypad do Wiednia – czyli co zjeść, co wypić, gdzie przysiąść w drodze do muzeum. Wpis także dla wegan i wegetarian.

Nie będziemy udawali, że jesteśmy znawcami stolicy Austrii. Dzięki pomocy znajomych udało nam się jednak trafić na kilka ciekawych miejsc, a więc przekazujemy dalej.

Gdzie spać?

Jeżeli w kieszeni hula Wam wiatr, polecamy hotele sieci Meininger. Przy całkiem dobrym standardzie oferują ceny nawet o połowę niższe od konkurencji oraz dobre lokalizacje – jeden z hoteli (o, ten!) znajduje się w odległości kilkuset metrów od głównego dworca kolejowego. Cały czas szukaliśmy haczyka w tej podejrzanie atrakcyjnej ofercie, ale wszystko było ok. Jakiś błąd w Matriksie.

Jak się poruszać?

Wiedeń jest miastem przyjaznym dla rowerzystów, a więc możecie wypożyczyć dwa kółka na dworcu i wio, jednak osobom w presji czasowej zdecydowanie polecamy komunikację miejską. Dwudniowy bilet kosztuje niecałe 14 Euro – po pierwszym skasowaniu wkładasz go do kieszeni i praktycznie możesz o nim zapomnieć, w metrze ani na przystankach nie ma bramek.

Przejazdy są szybkie i proste (zwłaszcza z pomocą Google Maps). Opisaną poniżej trasę hotel-Cafe Hummel  można pokonać w ciągu kilkunastu minut.

Gdzie kupić pamiątki?

Zdecydowanie na Naschmarkt (przystanek Kettenbrückengasse). Oprócz tradycyjnej cepeliady można tutaj znaleźć stoiska z lokalnymi winami i piwami, ale też owocami i przyprawami z całego świata. Gorąco polecamy kołacze Mohnzelten, jeden z lepszych wynalazków ludzkości – niepozorne, brązowe dyski wypełnione masą makową lub orzechową. Cukrzyca instant, ale Mein Gott, jakie to dobre!

Możecie też zjeść małe lub duże co nieco w jednej z wielu ulicznych budkorestauracji, które oferują przekrój przez kuchnie różnych regionów i kultur. Targ Nachtsmarket jest otwarty codziennie z wyjątkiem niedzieli.

Dzielnica muzealna!

Jeżeli głód dalej atakuje, to przeskoczcie na ostatni punkt. W przeciwnym wypadku wyruszcie do muzeum autobusem numer 2 (kilka minut) lub pieszo (kilkanaście minut przyjemnego spaceru). Po drodze możecie obejrzeć dwie dziewiętnastowieczne perełki architektury – imponujący, neogotycki budynek ratusza oraz Parlament zbudowany na wzór greckich świątyń.

My oczywiście wbiliśmy od razu do Muzeum Historii Naturalnej (tutaj nasz wpis o cudach, jakie się w nim znajdują), jednak w Dzielnicy Muzealnej MQ znajduje się kilka innych placówek o tak bogatych zbiorach, że nie sposób ich ogarnąć w jeden dzień. Jeżeli akurat nie interesują Was zwierzaki, minerały i meteoryty w MHN, zahaczcie o Muzeum Historii Sztuki (kłania się imć Rubens, Rembrandt i inni) albo o tzw. mumok, czyli Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie można spotkać na przykład panów Warhola czy Picassa.

Jeść! Pić!

Skoro już jesteście w Wiedniu, to nie ma zmiłuj – musicie posiedzieć w kawiarni,  i/lub wtrynić tort Sachera. W przerwie między muzeami skoczcie więc autobusem „dwójką” (pieszo to kolejnych kilkanaście minut) do słynnej Cafe Hummel. Skórzane siedzenia, kelnerzy z muszkami, autentyczny klimat, w gablotce z ciastami arsenał kalorycznych bomb do kawy.

Jeżeli jednak nie po drodze Wam ze sznyclami i innymi rodzajami fleischu ze schweina, to nic straconego. Po przeciwnej stronie ulicy znajduje się świątynia lokalnej hipsterki – stylowa wegańska burgerownia Swing Kitchen. Oprócz klasycznych wegeburgerów są tu też lokalne smaczki – bułki z wegańskim sznyclem i lany sok czereśniowy.

Jeżeli z kolei lubicie kuchnię azjatycką, to kilkadziesiąt metrów dalej na Albertgasse ukrywa się tajska minirestauracyjka Mamamon Thai Eatery. Kameralna atmosfera, sympatyczna obsługa, kolekcja rzemieślniczych piw w lodówce, a przede wszystkim – skromne, ale zajepyszne menu (także w wersjach wege). Ich zupa curry z makaronem podbiła nasze serca i żołądki!

W drodze powrotnej z Cafe Hummel do muzeum warto też zapolować na jakąś bardziej ambitną pamiątkę. Na pewno wyniuchacie coś ciekawego w którymś ze sklepów, butików i antykwariatów rozmieszczonych wzdłuż głównej ulicy.

P.S.
Wszystkie powyższe miejsca ogarnęliśmy w ciągu jednego krótkiego dnia – na spokojnie i bez wysiłku, bo dopadła nas grypa. Można? Można! Zachęcamy!

P.S.2
Sami na pewno niebawem tam wrócimy – chociażby po to, by dorobić do wpisu własne zdjęcia i nie zasysać materiałów z obcych instagramów ;)

The post Wiedeń na dzień. Ekspresowy poradnik. appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/wieden-na-dzien-ekspresowy-poradnik/feed/ 1