w prasie Archives - przedeptane /tag/w-prasie/ Jedzoki w świat Sun, 17 May 2020 00:45:19 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów /2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/ /2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/#comments Mon, 13 Jul 2015 07:16:15 +0000 /?p=1077 Każdy zna listę siedmiu cudów świata, wybitnych osiągnięć ludzkiej wyobraźni i umiejętności. Jednak natura wcale nie pozostaje w tyle, też stworzyła swoją kolekcję monumentalnych dzieł. Lasy eukaliptusów karri, jeden z takich cudów przyrody, można podziwiać tylko w jednym miejscu na świecie. A droga długa jest, bo trzeba jechać aż na Antypody. Ucieczka z piekarnika Australia Zachodnia generalnie kojarzy się z żarem, suszą i piaskami pustyni, jednak po wyruszeniu na południe tego stanu szybko natknęliśmy się na całkowicie odmienny, żyzny krajobraz. Suche równiny stopniowo zaczęły się zazieleniać, szosa coraz częściej przecinała sady i pola uprawne, przewijała się przez urokliwe miasteczka. Wiele z tych miejsc dumnie prezentuje swoje skarby – w jednym z nich główną ulicę zdobiły słupy z ogromnymi, blaszanymi jabłkami, w innym mieszkańcy rozwieszali plakaty i ozdoby z okazji zbliżającego się festiwalu czereśni. Mijaliśmy rozległe […]

The post Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów appeared first on przedeptane.

]]>
Każdy zna listę siedmiu cudów świata, wybitnych osiągnięć ludzkiej wyobraźni i umiejętności. Jednak natura wcale nie pozostaje w tyle, też stworzyła swoją kolekcję monumentalnych dzieł. Lasy eukaliptusów karri, jeden z takich cudów przyrody, można podziwiać tylko w jednym miejscu na świecie. A droga długa jest, bo trzeba jechać aż na Antypody.

Ucieczka z piekarnika

Australia Zachodnia generalnie kojarzy się z żarem, suszą i piaskami pustyni, jednak po wyruszeniu na południe tego stanu szybko natknęliśmy się na całkowicie odmienny, żyzny krajobraz. Suche równiny stopniowo zaczęły się zazieleniać, szosa coraz częściej przecinała sady i pola uprawne, przewijała się przez urokliwe miasteczka.

Wiele z tych miejsc dumnie prezentuje swoje skarby – w jednym z nich główną ulicę zdobiły słupy z ogromnymi, blaszanymi jabłkami, w innym mieszkańcy rozwieszali plakaty i ozdoby z okazji zbliżającego się festiwalu czereśni. Mijaliśmy rozległe pola, na których pasło się bydło, przejeżdżaliśmy przez wioski zamieszkane przez małe komuny artystów, przy drodze co chwila pojawiała się ręcznie wykonana tabliczka zapraszająca do zakupu miejscowego wina z mango. Australia jak zwykle czarowała kolorami – zieleń ostro kontrastowała z pomarańczową glebą, kwitnące krzewy tworzyły krwistoczerwone korytarze z akcentami żółtych kwiatów na żywopłotach z opuncji.

W końcu opuściliśmy tę egzotyczną sielankę, pojawiły się pierwsze drzewa, które stopniowo połączyły się w las. Smukłe pnie robiły się coraz wyższe i grubsze, aż ich czubki całkowicie znikły z widoku. Dotarliśmy do siedziby gigantów.

 

Chwała na wysokości

Karri, czyli eukaliptus różnobarwny, wyrasta do 90 metrów i tworzy jedne z najwyższych lasów na świecie – wyżej wzbijają się tylko kalifornijskie sekwoje. W pierwszej dziesiątce najwyższych pojedynczych drzew występują na zmianę właśnie amerykańskie i australijskie drzewa, wśród których króluje Centurion, prawie stumetrowy eukaliptus (nomen omen) królewski z Tasmanii.

eukaliptusy karri, papuga, Australia Zachodnia

Eukaliptusy karri rosną z reguły na ubogich glebach, jednak – jak większość australijskich roślin – potrafią wykorzystać na swoją korzyść pożary, które są nieodłącznym elementem australijskiego ekosystemu. Karri lubią kwitnąć wkrótce po wygaśnięciu ognia, a z ich kwiatów powstaje słynny, niezwykle aromatyczny miód. Cenione jest też ich drewno o ładnym, mahoniowym zabarwieniu. Najczęściej wykorzystywane jest do budowy dachów, ponieważ długie, jednolite pnie karri pozbawione są sęków, a więc świetnie nadają się do produkcji belek.

Przed zmrokiem dotarliśmy do Pemberton, małego miasteczka ulokowanego na odległym, południowo-zachodnim cyplu kontynentu. Pemberton znajduje się w samym środku lasu i stanowi główną bazę wypadową do okolicznych parków narodowych i pomników przyrody. Jeden z nich, główna atrakcja regionu i być może najbardziej znane drzewo w Australii, znajduje się dwa kilometry za miastem. To spotkanie musieliśmy jednak zostawić na rano.

 

Co w poszyciu piszczy

Wstaliśmy wcześnie, aby zobaczyć, jak las budzi się do życia. Okazało się, że nie tylko eukaliptusy cierpią tutaj na manię wielkości – podszycie leśne, osiągające w naszych lasach maksymalnie 4 metry, tutaj dorasta aż do dziesięciu.

PC020614

Nie zawiodło nas też bogactwo miejscowej fauny. Przywykliśmy już do obecności wielu gatunków papug o krzykliwych kolorach i głosach – tym razem naszą uwagę przykuły tzw. chwostki, drobne ptaki występujące wyłącznie w Australii i w Indonezji. Samce wszystkich gatunków chwalą się całą paletą odcieni koloru niebieskiego, włącznie z turkusem i metalicznym błękitem. Nic dziwnego, że chwostki są nazywane przez miejscowych „klejnotami natury”.

W najniższym piętrze roślinności natknęliśmy się na nieco bardziej groźnego mieszkańca. Mowa o kolejnym australijskim ewenemencie – o bull ants, prastarej rodzinie mrówek, czterokrotnie większych i wielokrotnie bardziej niebezpiecznych od ich europejskich kuzynek. Potężne, wzbudzające respekt żuwaczki wcale nie są od parady, co potwierdza tytuł najbardziej niebezpiecznej mrówki świata w Księdze Rekordów Guinessa. Mrówki z tej rodziny posłużyły Schopenhauerowi do zilustrowania jego koncepcji „woli życia” – są szybkie i agresywne, mają świetny wzrok i węch i nie wahają się gonić wroga na odległość kilku metrów. Nie boją się też ludzi. Podczas ataku jednocześnie gryzą żuwaczkami i wstrzykują w ranę jad z odwłoku, w kilku przypadkach ofiara ginęła w 15 minut od ukąszenia. W skrócie – lasy zamieszkane przez bull ants raczej nie są dobrym miejscem na piknik.

O dziwo, gęste zarośla zamieszkują też o wiele większe zwierzęta – o czym przekonał nas samiec kangura, który wyskoczył na nas z krzaków. W niektórych europejskich ZOO można pogłaskać walabie, czyli mniejsze kangurowate – tutaj stanął przed nami zwierzak wielkości sarny. Rozejrzał się na boki i po dwóch susach zniknął w zielonej ścianie.

australijskie zwierzęta - kangur

Zdolność cichego poruszania się w zaroślach działa niestety na szkodę tych zwierząt – później tego dnia spotkaliśmy starszą panią w obitym vanie wypełnionym młodymi kangurzątkami. Okazało się, że mamy do czynienia z jednoosobową organizacją ratowniczą – pani od lat krąży po okolicy i przegląda kieszenie kangurzyc zabitych przez przejeżdżające samochody. Znalezione młode zabiera do domu, gdzie opiekuje się nimi do czasu, gdy może je wypuścić na wolność.

Jest to niestety Syzyfowa praca – zwłaszcza turyści z Europy, przyzwyczajeni do swoich opustoszałych lasów, jeżdżą jak dzicy i nieustannie generują nowe pokolenia sierot.

 

Mr. Big – król eukaliptusów

W końcu przyszła jednak pora na spotkanie z gwiazdą dnia. Drzewo Gloucester Tree – bo to o nim mowa – jest pięknym, siedemdziesięciometrowym okazem karri. Jego pień najeżony jest spiralą ponad 150 żelaznych prętów, po których można się wspiąć na sam szczyt.

Gloucester nie został jednak okaleczony dla jakiegoś widzimisię. Od lat 30. XX wieku tworzył razem z podobnymi drzewami siatkę tzw. drzew widokowych, z których strażnicy mogli dokładnie zlokalizować pożary lasu. Dzisiaj do tego celu używa się helikopterów i GPSów, drzewa widokowe stały się więc atrakcją turystyczną.

eukaliptusy karri australia zachodnia

Dzięki siatkom ochronnym obywa się bez śmiertelnych wypadków, co nie zmienia faktu, że wspinaczka na sam szczyt wymaga nie lada sprawności fizycznej – zdarzają się zawały, od czasu do czasu ludzie przeceniają swoje możliwości i strażnicy muszą ich sprowadzać na dół. Ogólnie statystyki podają, że na czubek drzewa dociera zaledwie 20 procent turystów.

Nam niestety nie udało się spełnić tego celu – oparzone kilka dni wcześniej stopy uniemożliwiły nam wspinaczkę. Ale nic to, mamy przynajmniej kolejny powód, aby wrócić. Gloucester poczekał 250 lat, wytrzyma i kilka kolejnych.

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot

 

The post Eukaliptusy Karri: z wizytą u gigantów appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/eukaliptusy-karri-zachodnia-australia/feed/ 13
Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/ /2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/#comments Sun, 17 May 2015 11:42:48 +0000 /?p=661 U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt. Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego. Samotnia dla pół miliona ludzi Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo […]

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
U wybrzeży australijskiego miasta Perth znajduje się pasemko lądu spalone przez słońce i wysmagane przez morski wiatr; mały raj dla turystów i dla zwierząt.

Australia nie jest połączona z żadnym innym kontynentem, a całą jej zachodnią część oddziela od reszty państwa bezkresna pustynia. Nic dziwnego, że Perth – główne miasto Zachodniej Australii – figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej odizolowana metropolia świata. Najbliższe duże miasta są odległe co najmniej o trzy tysiące kilometrów, i to w każdym kierunku. „Mieszkamy na zadupiu” – usłyszeliśmy od miejscowych. Dla niejednego z nas takie „zadupie” przedstawia jednak idealny cel wakacyjnego wyjazdu – Perth może się pochwalić ponad 300 słonecznymi dniami rocznie (przeciętnie 8 godzin słońca dziennie)  i niesprawiedliwie hojną ofertą pięknych plaż. Nas jednak przyciągało coś innego.

Rottnest Island, Australia

Samotnia dla pół miliona ludzi

Niektórzy złośliwie twierdzą, że Rottnest Island jest najciekawszą, bo jedyną destynacją w Perth. Nie zgadzamy się z takim oszczerstwem, ale fakt faktem – wyspa od początku znajdowała się na szczycie naszej listy australijskich marzeń.

Z lądu można na nią dotrzeć jedynie promem, który wyrusza w podróż kilka razy dziennie. Wyspę najlepiej jest zwiedzić na siodełku rowerowym, a więc oprócz biletu na prom przewoźnicy oferują także całodniowe wypożyczenie roweru i sprzętu do snorkelingu. Cena całego pakietu przekracza wtedy 150 australijskich dolarów, ale warto zainwestować – na wyspie obowiązuje bowiem zasada „czym dalej od przystani, tym mniej luda”, dzięki dwom kółkom każdy może więc w kilkanaście minut znaleźć dla siebie bezludną plażę. A te są tutaj naprawdę przepiękne.

plaża na Rottnest Island

Wyspę zamieszkuje około 100 stałych mieszkańców, jednak rocznie odwiedza ją aż 500.000 turystów (prawdziwa inwazja zaczyna się w okresie świątecznym), okolice przystani są więc często nieznośnie zatłoczone i gwarne. Większość turystów pozostaje jednak w restauracjach przy molo i nie zapuszcza się dalej, pozostawiając całą resztę wyspy bardziej zdeterminowanym zwiedzającym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

19 kilometrów kwadratowych przecina kilkadziesiąt kilometrów szlaków rowerowych, na całodniową wycieczkę może się więc porwać każdy w miarę zdrowy i sprawny ludź. Przed wyprawą dobrze jednak zadbać o zapasy wody i krem z mocnym filtrem (50+), ponieważ niektóre dłuższe fragmenty trasy prowadzą przez miejsca bez najmniejszego skrawka cienia, a australijskie słońce potrafi okrutnie dopiec, o czym przekonaliśmy się dosłownie na własnej skórze. Jednodniowa wycieczka, dwa tygodnie leczenia poparzeń słonecznych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale nie chcemy was straszyć – naprawdę jest co podziwiać! Nie samym morzem człowiek żyje – wyspę porastają wielkie połacie traw i krzewów, na wzgórzach leżą (sic!) drzewa, wysmagane przez wiatr do fantastycznych kształtów. Codziennie po południu Perth odwiedza bryza morska znad Oceanu Indyjskiego (tzw. „Freemantle Doctor”), dzięki której oprócz miana najbardziej słonecznej metropolii uzyskało także status trzeciego najbardziej wietrznego miasta na świecie.

W pobliżu przystani znajduje się kilka słonych (i cuchnących) jeziorek zamieszkanych przez bajeczną kolekcję wodnych ptaków. Także przybrzeżne wody tętnią życiem – oprócz mew, pelikanów i innego wodnego ptactwa  można się tutaj natknąć na płaszczki i delfiny, z kolei kamieniste podłoże wnętrza wyspy jest świetnym środowiskiem dla gadów. Często widywaliśmy duże, leniwe jaszczurki, dwa razy musieliśmy w ostatniej chwili hamować, aby nie przejechać jadowitego węża wygrzewającego się na asfalcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W gnieździe szczurów

Głównym magnesem na zwierzolubnych turystów są jednak kuoki (ang. quokka). Pierwsi holenderscy odkrywcy pisali o wyspie zamieszkanej przez „dzikie koty”. Gdy w 1696 roku dotarł tutaj kapitan Willem de Vlamingh, także on natknął się na niezliczone stada zwierząt, które – ku jego niezmiernemu zaskoczeniu – często poruszały się na dwóch tylnych łapach. Odkrywca nadał więc wyspie nazwę „Rotte nest”, czyli „gniazdo szczurów”.

quokka, Australia

Kuoki nie są jednak spokrewnione ze szczurami ani z innymi gryzoniami – to torbacze wielkości kota (waga 5 kg, wiek – do 5 lat). Wcześniej żyły także na australijskim lądzie, gdzie zostały jednak wyparte przez ludzi i drapieżniki sprowadzone z Europy. Nic dziwnego – to spokojne, a nawet flegmatyczne zwierzaki, których strategia obronna opiera się z reguły na staniu bez ruchu i robieniu słodkiej miny. Dzisiaj miejsca ich występowania można policzyć na palcach jednej ręki, przy czym wyspa pozostaje ich największym schronieniem.

Na Rottnest Island kuoki nie mają żadnych naturalnych wrogów i oswoiły się do tego stopnia, że często same podchodzą i szukają kontaktu z ludźmi. W trakcie jednego z postojów nasze rowery zostały „zaatakowane” przez całe stado – zwierzaki oblizywały łańcuchy, obwąchiwały torby, a nawet powskakiwały do wózka rowerowego w poszukiwaniu jedzenia.

compo

Ostatnio hitem australijskiego Internetu stały się zdjęcia „selfie” z kuokami, co bardzo nie podoba się ekologom. Władze wyspy rozmieszczają tabliczki ostrzegające przed zbytnim spoufalaniem się ze zwierzętami, nie wolno ich karmić ani dotykać – chociaż my kilka razy nie mieliśmy innej możliwości, gdy futrzaki za nic nie chciały odejść od rowerów, a zwykłe „kszsz” nie pomagało. Kuoki najwidoczniej nie czytają tabliczek – najczęściej spotykaliśmy je właśnie w pobliżu terenów zabudowanych, a nie na rozległych, pustych obszarach wyspy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Największą atrakcją Rottnest Island pozostaje jednak malownicze wybrzeże. Przejeżdżając wzdłuż niego można zatrzymywać się dosłownie co kilka minut, by odwiedzić kolejne miejsce, w którym biały piasek styka się z turkusową wodą. Czasem spokój naruszają okrzyki i muzyka złotej młodzieży, która przybywa tutaj na własnych jachtach z Perth, aby wypić kilka piw i popływać na wakeboardach – zawsze można jednak spakować manatki i już kawałek dalej znaleźć plażę, która jest całkowicie pusta i cicha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piekło, raj

Sielankowe krajobrazy kryją w sobie też mroczne tajemnice – w XVIII i XIX wieku wyspa była na zmianę bazą wojskową, kolonią karną i więzieniem dla tubylców. Zesłanie na wyspę było dla nich podwójną karą, ponieważ uważali ją za święte miejsce; nazywali ją „Winnaitch”, siedzibą duchów zakazaną dla człowieka. W okropnych warunkach i stresie ginęli więc w zatrważających ilościach – niektóre źródła podają, że w tym czasie zmarło tutaj ok. 10 procent, czyli aż 369 więzionych Aborygenów.

Pamięć o tych wydarzeniach powoli ginie. Wyspa jest obecnie nie tylko celem wycieczek, ale też miejscem realizacji wielu projektów mających na celu ochronę jej unikalnej przyrody – na czele z kuokami, które nazywane są „najszczęśliwszymi zwierzakami na ziemi”. I nie chodzi wcale o to, że te prześladowane pluszaki znalazły w końcu bezpieczne miejsce na ziemi – jeżeli przyjrzycie się uważnie ich zdjęciom, to faktycznie można odnieść wrażenie, że kuoki mają wiecznie uśmiechnięte pyszczki.

uśmiechnięta quokka

Tekst ukazał się w miesięczniku Zwrot 03/2015

The post Rottnest Island. Wyspa uśmiechniętego torbacza. appeared first on przedeptane.

]]>
/2015/rottnest-island-wyspa-usmiechnietego-torbacza/feed/ 9
Przeczytane: Robert Robb Maciąg „Tysiąc szklanek herbaty” /2014/recenzja-robert-robb-maciag-tysiac-szklanek-herbaty/ /2014/recenzja-robert-robb-maciag-tysiac-szklanek-herbaty/#respond Wed, 05 Feb 2014 08:20:27 +0000 /?p=483 Są ludzie i ludziska, są gusty i guściki, są marzenia i mrzonki. Książka „Tysiąc szklanek herbaty” opowiada o ludziach wybitnie niepraktycznych, o takich, którzy pewnego dnia pakują plecak i wyruszają w podróż z Syrii do Chin wzdłuż Szlaku Jedwabnego. Na rowerze. Polowałem na tę pozycję od dawna, ponieważ pierwszą książkę Robba Maciąga pt. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” pochłonąłem praktycznie na poczekaniu. W swoim debiucie Maciąg w bardzo osobisty, prawie intymny sposób rozliczał się ze zdradą ukochanej, która nie tylko zostawiła go samego w Państwie Środka, ale w efekcie popchnęła go do tego, że wsiadł na rower i wyruszył jeszcze dalej. Wątek podróży jako katharsis świetnie się sprawdził, czego dowodem był zasłużony sukces publikacji na polskim rynku wydawniczym. W „Tysiącu szklanek…” brakuje tej dramatycznej linii, książka jest bardziej spokojną medytacją niż palącym wyznaniem. W […]

The post Przeczytane: Robert Robb Maciąg „Tysiąc szklanek herbaty” appeared first on przedeptane.

]]>
Są ludzie i ludziska, są gusty i guściki, są marzenia i mrzonki. Książka „Tysiąc szklanek herbaty” opowiada o ludziach wybitnie niepraktycznych, o takich, którzy pewnego dnia pakują plecak i wyruszają w podróż z Syrii do Chin wzdłuż Szlaku Jedwabnego. Na rowerze.

Polowałem na tę pozycję od dawna, ponieważ pierwszą książkę Robba Maciąga pt. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” pochłonąłem praktycznie na poczekaniu. W swoim debiucie Maciąg w bardzo osobisty, prawie intymny sposób rozliczał się ze zdradą ukochanej, która nie tylko zostawiła go samego w Państwie Środka, ale w efekcie popchnęła go do tego, że wsiadł na rower i wyruszył jeszcze dalej. Wątek podróży jako katharsis świetnie się sprawdził, czego dowodem był zasłużony sukces publikacji na polskim rynku wydawniczym.

W „Tysiącu szklanek…” brakuje tej dramatycznej linii, książka jest bardziej spokojną medytacją niż palącym wyznaniem. W międzyczasie autor zdążył się bowiem ustatkować, jeżeli można tak nazwać znalezienie nowej bratniej duszy i pedałowanie – już na dwóch rowerach – przez bezdroża Bliskiego i Dalekiego Wschodu.

fot. R. Maciąg

Na przestrzeni ponad trzystu stron bogato ozdobionych zdjęciami z trasy poznajemy dziesiątki dobrych dusz, które bezinteresownie podawały pomocną dłoń uczestnikom wyprawy. Maciąg sypie jak z rękawa przykładami bezbrzeżnej muzułmańskiej gościnności, która dziwnie nie pasuje do stereotypów powielanych przez europejskie media. Setki portretów literackich i fotograficznych tworzy sielankową prawie wizję łagodnych ludzi, którzy zapuścili korzenie w surowych krajobrazach. Cytując autora – „Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca”.

Maciąg jest bystrym obserwatorem, ale z reguły powstrzymuje się od wysuwania własnych wniosków na pierwszy plan. Dopiero w ostatnim, chińskim segmencie wyprawy – po przejechaniu Turcji, Iranu i trzech wschodnich „-stanów” – spisuje kilka surowych obserwacji, pisze o żywych ranach, które pozostawiły w najliczniejszym narodzie świata wydarzenia sprzed ponad pół wieku. Smakowite opisy chińskich potraw mieszają się z gorzką refleksją nad stosunkiem rządu do ludzi i ludzi do zwierząt.

fot. R. Maciąg

Książkę czyta się jak marzenie, jednak nie jest ona pozbawiona błędów; a szkoda, bo chodzi często o niedociągnięcia, których stosunkowo łatwo można było uniknąć. Wydanie jest niezwykle ambitne (oryginalny format i projekt okładki, stylizowana nazwa aktualnego państwa widniejąca u spodu każdej strony, dobrze dobrane zdjęcia), ale niestety nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Edytor i korektor nie poprawili wszystkich literówek i denerwujących powtórzeń, nie wyperswadowali autorowi licznych wielokropków i cudzysłowów, które niepotrzebnie zaśmiecają tekst.

Ale nic to. Drobna rysa i mój pretekst do marudzenia. Tak, jak wcześniejsze książki autora, „Tysiąc szklanek” łatwo wypić jednym haustem, a po ostatniej stronie nadal odczuwać pragnienie. Strony pachną herbatą i kurzem, arbuzami i ryżem, grzeją jak pustynny piasek i uśmiech nieznajomego.

maciag-1

Trudno nie zgodzić się z jednym z ostatnich zdań – „Podróż zaczyna się po wyjściu z domu i wcale nie trzeba jechać do egzotycznych krajów, aby przeżywać przygody.” Powiem więcej – dzięki takim książkom jak ta, aby przeżyć przygodę, czasami nie trzeba nawet wychodzić z domu. Maciąg wciąga.

Książkę można kupić w postaci ebooka / audiobooka.

Strona autora: www / Facebook, zdjęcia R. Maciąg

Wydawnictwo Bezdroża 2012.

 

The post Przeczytane: Robert Robb Maciąg „Tysiąc szklanek herbaty” appeared first on przedeptane.

]]>
/2014/recenzja-robert-robb-maciag-tysiac-szklanek-herbaty/feed/ 0
Zgubieni w podróży /2012/zgubieni-w-podrozy/ /2012/zgubieni-w-podrozy/#comments Tue, 20 Nov 2012 16:02:45 +0000 /?p=292 Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.   Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się […]

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.

 

Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się szeroko i chwyta za jeden z metalowych wsporników rikszy, aby odpocząć od pedałowania. Podczas krótkiej wspólnej podróży pyta nas skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, opowiada o sobie. Pochodzi z Anglii, w której jest nudno i zimno, przyjechał do Kambodży rok temu i został menedżerem lokalnej filii McDonalda, właśnie jedzie do pracy. Po dwóch czy trzech minutach przeprasza, odrywa się od naszej rikszy i skręca w boczną ulicę, machając nam na pożegnanie.

W Australii poszukiwaliśmy na gwałt taniego namiotu. W jednym z hosteli wisiało ogłoszenie z numerem telefonu. Zadzwoniłem, uzgodniłem szczegóły i po dwóch godzinach stanęliśmy przed wejściem do szykownej restauracji nad brzegiem oceanu. Chłopak, który pracował tam jako kelner, przyjechał na Antypody z Rumunii, w jego śniadej twarzy południowca świeciły przyjazne, jasnoniebieskie oczy. Podczas rozpakowywania namiotu pytał o nasze podróże i opowiedział o tym, jak przed czasem wyruszył w pierwszy rejs w swoim życiu. Kilka tygodni wcześniej utknął na Nowej Kaledonii i w końcu wpadł na pomysł, aby zasięgnąć języka w porcie, gdzie prywatne jachty i żaglówki przygotowywały się do rejsów. W końcu trafił na kapitana, któremu nie przeszkadzał fakt, że nowy członek załogi nie ma żadnego doświadczenia w pracy na pokładzie i – co więcej – nigdy nie płynął statkiem. W ten sposób młody Rumun dotarł do Darwin, portu na północy Australii, płacąc jedynie dziesięć dolarów dziennie za pożywienie. Skończył opowieść, spakował namiot i odebrał zapłatę, dodał kilka rad dotyczących spania w buszu. Pożegnaliśmy się, nie znając nawet jego imienia.

Traf chciał, że właśnie w buszu, przy wieczornym ognisku, spotkaliśmy kolejnego nieznajomego. Brian – echt teutońskie imię – pracował w Niemczech jako elektryk. Potem nadszedł kryzys, spółka zbankrutowała i w dwa miesiące później Brian wylądował w Sydney, a wraz z nim jego rower. Wspólnie pokonali kilka tysięcy kilometrów przez pustynię. Teraz obaj leżą pod palmą wraz z całym obecnym dobytkiem Briana – lekkim namiotem, dwoma torbami i wielkim, dwunastolitrowym kanistrem. Kanister towarzyszy mu od czasu, kiedy po przejechaniu dwustu kilometrów w straszliwej spiekocie skończyła się woda i okazało się, że do najbliższej cywilizacji pozostaje kolejnych trzysta. Gdyby nie przejeżdżający samochód, ta przygoda mogła się zakończyć dosyć nieciekawie.

Brian zasypuje nas pytaniami i słucha nawet banalnych opowieści ze szczerym entuzjazmem, chociaż sam przeżył wiele. Przez dłuższy czas pracował na pustyni w aborygeńskiej społeczności, później, nocując w buszu północnej Australii, wkładał nóż pod poduszkę – po zmroku do namiotu podchodziły dzikie świnie, o wiele niebezpieczniejsze od wszechobecnych pająków i węży. Rozmawialiśmy tak długo, aż ogień pochłonął ostatnie gałązki eukaliptusa, Brian wręczył nam na pożegnanie książkę o buddyzmie, rano spakował manatki, nałożył na nos listek przeciwko poparzeniom od słońca i wyruszył w drogę. W kilka godzin później wyprzedziliśmy go na szosie, przejeżdżając przez pustkowia parku narodowego Kakadu.

Może działa tutaj pewien romantyzujący czynnik, o którym wspomniał kiedyś Jaroslav Dietel. Podczas wizyty w szpitalu, w którym gromadził materiały do napisania scenariusza pierwszych odcinków „Szpitala na peryferiach”, stał się przypadkowym świadkiem monologu ekscentrycznego lekarza, który natychmiast został inspiracją do postaci dr. Sowy. Kiedy znajomy zaproponował scenarzyście, że może mu przedstawić medyka, Dietel stanowczo zaprzeczył – rzeczywistość mogłaby popsuć wyidealizowane wyobrażenie, które już zdążył sobie stworzyć.

Dla mnie takie spotkania są jednym z najmilszych elementów wojaży. Nawet wtedy, gdy te życzliwe, bezimienne twarze znikają bez śladu. Pomimo nutki smutku przywracają wiarę w ludzi, a także leczą z iluzji „małego świata”. Przypominają, że świat mimo wszystko jest ogromny i łatwo się w nim zgubić.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (9/12).

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/zgubieni-w-podrozy/feed/ 6
Góral z bumerangiem /2012/goral-z-bumerangiem/ /2012/goral-z-bumerangiem/#respond Tue, 31 Jul 2012 07:20:54 +0000 /?p=240 Redakcja Zwrotu zapytała, czy nie mógłbym wysnuć jakiejś paraleli do aktualnych wydarzeń na Zaolziu, na przykład do Gorolskiego Święta. Od miesiąca bawię w australijskim Cairns, mieście otoczonym przez góry, a więc przecież nie powinno być tak trudno. Tyle, że jest. Podziwiamy górali za ich niezłomność, tężyznę i zdrowy rozsądek. W porównaniu z nimi tutejsi górale, Aborygeni, nie przedstawiają raczej stereotypowego obrazka hardego człowieka żyjącego w zgodzie z naturą. Już nie. Dzisiejsi Aborygeni są cieniem tubylczej społeczności zniszczonej przez dekady prześladowań. Ci, którzy żyją w miastach, najczęściej drepcą niepozornie po ulicach w najtańszych dresach. Trudno uwierzyć, że są potomkami prawdziwych mistrzów sztuki przeżycia. Tuż za miastem wznoszą się łagodne zbocza porośnięte gęstym lasem deszczowym, zieloną gęstwiną pełną jedzenia – ale i niebezpieczeństw, które przemieniłyby naszych, beskidzkich górali w bezradne, przestraszone dziewczynki. Co tam nasza żmija, co […]

The post Góral z bumerangiem appeared first on przedeptane.

]]>
Redakcja Zwrotu zapytała, czy nie mógłbym wysnuć jakiejś paraleli do aktualnych wydarzeń na Zaolziu, na przykład do Gorolskiego Święta. Od miesiąca bawię w australijskim Cairns, mieście otoczonym przez góry, a więc przecież nie powinno być tak trudno. Tyle, że jest.

Podziwiamy górali za ich niezłomność, tężyznę i zdrowy rozsądek. W porównaniu z nimi tutejsi górale, Aborygeni, nie przedstawiają raczej stereotypowego obrazka hardego człowieka żyjącego w zgodzie z naturą. Już nie. Dzisiejsi Aborygeni są cieniem tubylczej społeczności zniszczonej przez dekady prześladowań. Ci, którzy żyją w miastach, najczęściej drepcą niepozornie po ulicach w najtańszych dresach. Trudno uwierzyć, że są potomkami prawdziwych mistrzów sztuki przeżycia. Tuż za miastem wznoszą się łagodne zbocza porośnięte gęstym lasem deszczowym, zieloną gęstwiną pełną jedzenia – ale i niebezpieczeństw, które przemieniłyby naszych, beskidzkich górali w bezradne, przestraszone dziewczynki.

Co tam nasza żmija, co tam nasze pszczoły czy pokrzywy. Nieraz słyszałem, że w Australii możesz odnieść wrażenie, że każde zwierzę i każda roślina chce cię zabić. Tutaj, na tropikalnej północy kontynentu, powiedzenie to jest w dwójnasób przekonujące.

W morzu – tak, jakby nie wystarczyły same rekiny – trujące jest praktycznie wszystko, co się rusza. Ryby, węże morskie, ślimaki, ośmiornice, meduzy. Na lądzie wcale nie jest lepiej – w pobliżu rzek pojawiają się czasem gigantyczne krokodyle, w samym Cairns żyje dziewięć z dziesięciu najbardziej jadowitych węży świata, do tego dochodzi kilkadziesiąt gatunków pająków, które o ile nie są bezpośrednio jadowite, to przynajmniej boleśnie gryzą. Mało kto wie, że nawet dziobak – jako jedyny ssak na świecie – jest wyposażony w kolec jadowy.

W lesie pojawiają się kazuary, półtorametrowe, drażliwe nieloty, które mogą rozłupać czaszkę uderzeniem opancerzonej głowy albo dokonać pazurami improwizowanej operacji wyrostka robaczkowego. Jakby tego było mało, rosną tam też drzewa i krzewy o liściach, których poparzenie może doprowadzić do wielomiesięcznych nawrotów bólu i które nieraz zabijały nie tylko ludzi, ale nawet krowy czy konie. Mówię wam, las w Queenslandzie nie jest miejscem, w którym chcielibyście spędzić noc bez namiotu i miotacza ognia.

Po kilku wycieczkach w okoliczną dżunglę muszę pochylić czoła przed zdolnościami tubylców, którzy byli w stanie podołać tak olbrzymim wyzwaniom. W sumie nic dziwnego, że Aborygeni, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia tak niegościnnego łona natury, ostatecznie pogodzili się z życiem w mieście.

Gdzie są dzisiaj? Niektórym udało się z powodzeniem wtopić w „białą” cywilizację, nieliczni żyją w rezerwatach, inni zrzucają codziennie dżinsy i trudnią się pozowaniem do zdjęć i uprawianiem folkloryzmu dla turystów.

Pozostali żyją z zapomogi. I piją – a niech mnie, paralela! – piją tak, jak nasi górale, a my razem z nimi na corocznym Gorolskim Święcie. Podejrzewam tylko, że w tym ich piciu nie ma raczej żadnego świętowania.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (7/12).

The post Góral z bumerangiem appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/goral-z-bumerangiem/feed/ 0
Przeczytane : Paulina Wilk „Lalki w ogniu“ (Warszawa 2011) /2012/przeczytane-paulina-wilk-%e2%80%9elalki-w-ogniu-warszawa-2011/ /2012/przeczytane-paulina-wilk-%e2%80%9elalki-w-ogniu-warszawa-2011/#respond Sun, 17 Jun 2012 05:39:41 +0000 /?p=217 W trakcie przygotowań do podróży zgromadziłem w domu piramidkę książek o tematyce podróżniczej. Po lekturze kilku pozycji stwierdziłem, że autorzy literatury globtroterskiej często wpadają w nużący schemat opowieści sprawozdawczej. Jakże miłym odstępstwem od tej reguły okazała się być książka Pauliny Wilk! Trzeba powiedzieć wprost – ta niecodzienna, intymna opowieść o Indiach jest bardzo specyficzną lekturą. Zajęło mi kilkadziesiąt stron, zanim przystąpiłem na dosyć osobliwe reguły gry. Czytelnik na próżno szuka fabuły, intrygi, zwięzłych danych i statystyk; to bardziej poezja, niż proza, impresja, a raczej setki impresji zanotowanych przez niezwykle wnikliwego obserwatora. Całkiem zresztą możliwe, że to jedyny możliwy sposób, by opisać ten niesamowicie różnorodny kraj pełen krzykliwych kontrastów. Autorka wielokrotnie przypomina o tych różnicach spowodowanych przez odległości geograficzne, odmienne podłoże kulturowe, religijne lub historyczne, a nawet warunki klimatyczne. Zabawne, że wielu czytelników nie chce kompletnego […]

The post Przeczytane : Paulina Wilk „Lalki w ogniu“ (Warszawa 2011) appeared first on przedeptane.

]]>
W trakcie przygotowań do podróży zgromadziłem w domu piramidkę książek o tematyce podróżniczej. Po lekturze kilku pozycji stwierdziłem, że autorzy literatury globtroterskiej często wpadają w nużący schemat opowieści sprawozdawczej. Jakże miłym odstępstwem od tej reguły okazała się być książka Pauliny Wilk!

Trzeba powiedzieć wprost – ta niecodzienna, intymna opowieść o Indiach jest bardzo specyficzną lekturą. Zajęło mi kilkadziesiąt stron, zanim przystąpiłem na dosyć osobliwe reguły gry. Czytelnik na próżno szuka fabuły, intrygi, zwięzłych danych i statystyk; to bardziej poezja, niż proza, impresja, a raczej setki impresji zanotowanych przez niezwykle wnikliwego obserwatora. Całkiem zresztą możliwe, że to jedyny możliwy sposób, by opisać ten niesamowicie różnorodny kraj pełen krzykliwych kontrastów. Autorka wielokrotnie przypomina o tych różnicach spowodowanych przez odległości geograficzne, odmienne podłoże kulturowe, religijne lub historyczne, a nawet warunki klimatyczne.

Zabawne, że wielu czytelników nie chce kompletnego obrazu, ale wolą karmić się ugładzonymi scenkami rodzajowymi z prospektów biur podróży. Kiedy kupowałem książkę w sklepie internetowym, przeczytałem kilka recenzji, których autorów oburzył fakt, że Paulina Wilk porusza takie tematy, jak bieda, śmierć czy warunki sanitarne – niektórzy wprost pisali o tym, że książka „zepsuła im obraz Indii”. Absolutnie nie mogę się z tym zgodzić.

Autorka bardzo sumiennie pilnuje, aby równowaga między tym kalejdoskopem sprzeczności zawsze została utrzymana. Opisuje zarówno piękno życia rodzinnego, jak i surowy system ról w tejże rodzinie, przypominający hierarchię odpowiedzialności w dużej korporacji. Dużo miejsca poświęciła fascynująco barwnym praktykom religijnym, nie omijając wcale takich fenomenów, jak rytualne morderstwa lub praktyki wróżbitów lub innych oszustów wszelkiej maści.

Swoją drogą – doskonale udało jej się wyrazić osobiste odczucia i wrażenia bez odwoływania się do płytkiego mistycyzmu, tak typowego dla wielu relacji z Indii. W zasadzie można powiedzieć, że „Lalki w ogniu” to długi etnologiczny biały wiersz. Chociaż …

Napisałem, że książka nie oferuje czytelnikowi suchej faktografii – tutaj jednak kryje się kolejna fascynująca cecha stylu literackiego, jaki autorka przyjęła na potrzeby tej publikacji. Struktura opowiadania nie ma wprawdzie nic wspólnego z klasycznym „po wyjechaniu z X przyjechałem do Y, gdzie zobaczyłem Z”, jednak raczej trudno oskarżyć autorkę o asekuranctwo, subiektywizm opowieści z pewnością nie służy do maskowania  braków w faktografii. 250 stron tekstu wprost kipi od szczegółowej, głębokiej wiedzy na temat każdego elementu ubioru, potrawy lub najdrobniejszego gestu.

Prawdę powiedziawszy ten ogrom informacji miejscami może aż przytłaczać. Zaczynam rozumieć reakcje niektórych – nawet doświadczonych – podróżników, którzy zapytani o wrażenia z podróży do Indii bezradnie rozkładają ręce. Niedawno pewna znajoma napisała, że musi tam wrócić i postarać się zrozumieć; że nie da się tego wchłonąć w tydzień, w miesiąc, w rok.

Jestem pewien, że w podobny sposób – bez względu na to, czy uda mi się kiedyś postawić stopę na rozgrzanym asfalcie indyjskiej ulicy – wrócę jeszcze nieraz do tej intrygującej książki.

The post Przeczytane : Paulina Wilk „Lalki w ogniu“ (Warszawa 2011) appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/przeczytane-paulina-wilk-%e2%80%9elalki-w-ogniu-warszawa-2011/feed/ 0
Pod portugalskim słońcem /2011/portugalia/ /2011/portugalia/#comments Thu, 25 Aug 2011 21:29:51 +0000 http://przedeptane.pl/?p=13 Pod koniec czerwca udało nam się wybrać w podróż do Portugalii. Wróciliśmy spaleni jak węgielki i ze stanowczym postanowieniem zwalczania obrazu Portugalii jako „takiej mniejszej Hiszpanii”. I nie chodzi tylko o to, że język portugalski brzmi tak, jakby Hiszpan starał się mówić po węgiersku.   Powitanie z oceanem Do Sintry dotarliśmy pierwszym porannym pociągiem z Lizbony. Na wzgórzach ponad miastem rozciąga się olbrzymi park botaniczny i arboretum, gdzie specyficzny, wilgotny mikroklimat pozwala rosnąć wielu egzotycznym roślinom. Samo miasto stanowi przykład budownictwa i zdobnictwa typowego dla całego regionu – wnętrza i  fasady domów często wyłożone są niebieskimi lub zielonkawymi kafelkami. Styl ten robi naprawdę niesamowite wrażenie, chociaż trzeba przyznać, że czasami nadaje budynkom nieco łazienkowy wygląd. Kilka kilometrów za miastem rzuciliśmy się w wysokie fale Oceanu Atlantyckiego na jednej z kilku dużych plaż otoczonych skalistymi urwiskami. Podziwialiśmy krajobrazy […]

The post Pod portugalskim słońcem appeared first on przedeptane.

]]>
Pod koniec czerwca udało nam się wybrać w podróż do Portugalii. Wróciliśmy spaleni jak węgielki i ze stanowczym postanowieniem zwalczania obrazu Portugalii jako „takiej mniejszej Hiszpanii”. I nie chodzi tylko o to, że język portugalski brzmi tak, jakby Hiszpan starał się mówić po węgiersku.

 

Powitanie z oceanem

Do Sintry dotarliśmy pierwszym porannym pociągiem z Lizbony. Na wzgórzach ponad miastem rozciąga się olbrzymi park botaniczny i arboretum, gdzie specyficzny, wilgotny mikroklimat pozwala rosnąć wielu egzotycznym roślinom.

Samo miasto stanowi przykład budownictwa i zdobnictwa typowego dla całego regionu – wnętrza i  fasady domów często wyłożone są niebieskimi lub zielonkawymi kafelkami. Styl ten robi naprawdę niesamowite wrażenie, chociaż trzeba przyznać, że czasami nadaje budynkom nieco łazienkowy wygląd.

Sintra Portugalia

Kilka kilometrów za miastem rzuciliśmy się w wysokie fale Oceanu Atlantyckiego na jednej z kilku dużych plaż otoczonych skalistymi urwiskami. Podziwialiśmy krajobrazy wyjęte żywcem z filmu fantastycznonaukowego – gołe kamienie i piasek porastały gąszcze egzotycznych sukulentów i olbrzymich aloesów. Po dwóch dniach słodkiego lenistwa ruszyliśmy dalej szlakiem ciekawostek historycznych i architektonicznych.

Australijski gotyk

Po drodze mogliśmy podziwiać rozległe lasy eukaliptusowe, które miały nam towarzyszyć w trakcie całej naszej podróży. Australijskie drzewa świetnie sobie radzą w suchym i gorącym klimacie, w odróżnieniu od traw, którym niezbyt się powodzi na spalonej ziemi.

Do Batalhy zawędrowaliśmy przede wszystkim dlatego, by obejrzeć przepiękny klasztor Matki Boskiej Zwycięskiej, który powstawał przez prawie dwieście lat od XIII do XV wieku. Jego budowę nadzorowało kolejno piętnastu architektów, którzy częstokroć po raz pierwszy w portugalskiej architekturze stosowali nowe rozwiązania pochodzące z Europy Zachodniej. Budowla urzeka gąszczem misternych szczegółów, zdobionych łuków i wieżyczek.

Woskowe płucko

Okazało się, że przez Batalha przejeżdżały autokary do Fatimy, postanowiliśmy więc skorzystać z okazji i zobaczyć na własne oczy jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymek.

W miejscu niegdysiejszych objawień rozciąga się dzisiaj olbrzymi plac zwieńczony z jednej strony neoklasyczną bazyliką, a z drugiej nowoczesnym kościołem, którego główna sala pomieści nawet 9000 wiernych.

Portugalia Fatima

W drodze przez miasteczko podziwialiśmy witryny dziesiątków sklepów z dewocjonaliami. Dużą część asortymentu tworzyły świeczki, które można zapalić lub wrzucić w ogień w sanktuarium w ramach modlitwy o zdrowie dla siebie lub bliskich. Postęp idzie jednak dalej – w przypadku bardziej konkretnych próśb można zakupić woskowy odlew nerki, płuca, piersi lub głowy, do dyspozycji są też elektryczne świeczki, które zapalają się na określony czas po wrzuceniu odpowiedniej monety.

Całując rękę królowej

Kolejnym przystankiem była Alcobaça, miasto znane dzięki historii wielkiej miłości pokroju Romeo i Julii – z tym, że prawdziwej i o wiele bardziej makabrycznej. W jednym z najpiękniejszych kościołów Portugalii można zobaczyć piętnastowieczne grobowce kochanków – króla Pedro I i Ines de Castro.

Młody Pedro zakochał się w uroczej Ines, ta jednak nie spodobała się ojcu przyszłego króla, który kazał ją zamordować. Gdy Pedro został władcą Portugalii, kazał odszukać zabójców i publicznie powyrywać im serca z piersi – sam obserwował przebieg egzekucji jedząc obiad. Król nie zaznał spokoju nawet po wykonaniu zemsty, kazał więc wyjąć z grobu ciało Ines, ubrać je w królewskie szaty i usadzić na tronie. Dzięki temu Ines stała się jedyną królową koronowaną dopiero kilka lat po jej śmierci, z czego niezbyt się cieszyła szlachta i duchowieństwo, którzy musieli całować rękę nowej władczyni.

Alcobaca Portugalia

Kościół otacza przepiękny klasztor cystersów, cały kompleks stanowi dowód na to, że Portugalia jest jedną z niedocenianych skarbnic architektury gotyckiej.

Splot kultur

Z Alcobacy przenieśliśmy się o kilkaset kilometrów do miasta Évora, słynącego z unikalnej mieszanki architektonicznej i kulturowej. Jest ona jednym z niewielu dużych miast, które nie zostało dotknięte przez trzęsienie ziemi, dlatego do dzisiaj możemy tam podziwiać ślady wszystkich etapów osiedlenia.

Evora Portugalia

Oprócz megalitów rozproszonych w lasach dębu korkowego otaczających miasto, na jednym z rynków stoi rzymska świątynia Diany, miasto przecina także duży akwedukt. Właśnie w Évorze pożegnałem resztę ekipy, by już na własną rękę, nogę i garb wrócić do Lizbony.

Portugalia ruiny Evora

 

Smutek żeglarzy

Lizbona położona jest na wybrzeżu Atlantyku nad niezwykle szerokim ujściem rzeki Tag. Do miasta można więc dopłynąć łodzią, lub też dojechać po najdłuższym w Europie moście Vasco Da Gamy o łącznej długości 17,2 kilometra.

Lizbona woda kwiaty Portugalia

Wysiadłem na stacji metra w pobliżu placu Króla José I z monumentalną bramą do stolicy. Plac, brama oraz duża część miasta zostały zbudowane po 1755 roku, kiedy to Lizbona została praktycznie zrównana z ziemią przez trzęsienie ziemi i falę tsunami – w katastrofie zginęło ok. 60.000 ludzi.

Za bramą ciągnie się długa promenada, która oddziela dwie dzielnice. Po prawej stronie wiją się wąskie uliczki dzielnicy Alfama, siedliska mniejszości arabskiej i murzyńskiej, po lewej wznosi się Bairro Alto, najlepsze miejsce do wtopienia się w klimat wieczornej Lizbony i posłuchania koncertu fado. Fado to muzyka, która najlepiej wyraża charakter Portugalczyków – żeglarzy, ludzi melancholijnych i stęsknionych.

Lizbona Portugalia ulica paw tramwaj

Na wzgórzach Alfamy mieści się katedra lizbońska oraz rekonstruowane powoli ruiny zamku św. Jerzego. Alfamie udało się przetrwać wielki kataklizm, w związku z czym do dzisiaj możemy podziwiać ślady, jakie odcisnęło w miejscowej architekturze panowanie Maurów (VIII-XII wiek). Po wąziutkich, stromych uliczkach wspinają się drobne tramwaje, jeden z symboli Lizbony.

Z dużym żalem opuszczaliśmy Portugalię, wspominając cuda gotyckiej architektury, kalmary uciekające spod widelca czy też drzewa cytrusów rosnące pod śnieżnobiałymi murami domów. Co gorsza – już nigdy nie spojrzymy w ten sam sposób, jak przedtem na … łazienkę.

Pełna galeria na http://picasaweb.google.cz/Darek.Jedzok/Portugal2009#

The post Pod portugalskim słońcem appeared first on przedeptane.

]]>
/2011/portugalia/feed/ 10
Gran Canaria – A ty mnie na wyspę szczęśliwą zawieź … /2011/gran-canaria-a-ty-mnie-na-wyspe-szczesliwa-zawiez-%e2%80%a6/ /2011/gran-canaria-a-ty-mnie-na-wyspe-szczesliwa-zawiez-%e2%80%a6/#comments Thu, 25 Aug 2011 21:08:49 +0000 http://przedeptane.pl/?p=4 Na Wyspy Kanaryjskie trafiłem właściwie niechcący – zawsze kojarzyły mi się bowiem z hordami spasionych turystów leżakujących na plaży i betonowym piekłem hoteli i parkingów. Chociaż bilety lotnicze były tańsze od przelotu do kontynentalnej Hiszpanii, do końca nie byłem przekonany do tego wyjazdu. Moje wątpliwości rozwiały dopiero zdjęcia i entuzjastyczne relacje znajomych plecakowiczów – w kilka tygodni później spakowałem plecak, żonę i aparat i wyruszyliśmy w „daleką podróż” ku wybrzeżom Afryki. Kontynent w pigułce Wyspy Kanaryjskie formalnie należą do Hiszpanii, jednak pod względem geograficznym znajdują się na wysokości południowego Maroko. Powietrze ogrzewają wiatry znad Sahary, a brzegi omywa chłodny Atlantyk. Oceaniczno-subtropikalny klimat obfituje więc wprawdzie w różnorodne mikroklimaty, te jednak same w sobie pozostają praktycznie niezmienne na przestrzeni całego roku. Naszym celem była Gran Canaria – trzecia co do wielkości i druga co do zaludnienia wyspa […]

The post Gran Canaria – A ty mnie na wyspę szczęśliwą zawieź … appeared first on przedeptane.

]]>
Na Wyspy Kanaryjskie trafiłem właściwie niechcący – zawsze kojarzyły mi się bowiem z hordami spasionych turystów leżakujących na plaży i betonowym piekłem hoteli i parkingów. Chociaż bilety lotnicze były tańsze od przelotu do kontynentalnej Hiszpanii, do końca nie byłem przekonany do tego wyjazdu. Moje wątpliwości rozwiały dopiero zdjęcia i entuzjastyczne relacje znajomych plecakowiczów – w kilka tygodni później spakowałem plecak, żonę i aparat i wyruszyliśmy w „daleką podróż” ku wybrzeżom Afryki.

Kontynent w pigułce

Wyspy Kanaryjskie formalnie należą do Hiszpanii, jednak pod względem geograficznym znajdują się na wysokości południowego Maroko. Powietrze ogrzewają wiatry znad Sahary, a brzegi omywa chłodny Atlantyk. Oceaniczno-subtropikalny klimat obfituje więc wprawdzie w różnorodne mikroklimaty, te jednak same w sobie pozostają praktycznie niezmienne na przestrzeni całego roku.

Naszym celem była Gran Canaria – trzecia co do wielkości i druga co do zaludnienia wyspa archipelagu. Jej średnica wynosi zaledwie 50 km, jednak już w trakcie lądowania doszliśmy do wniosku, że jakiekolwiek plany zwiedzenia wyspy na rowerach możemy wsadzić sobie – z przeproszeniem – w szprychy. Większość powierzchni wyspy tworzą kamieniste pustynie i postrzępione, skaliste góry – jeżeli jechać, to samochodem lub autokarem. Jeżeli iść, to z wyposażeniem do wspinaczki i cysterną wody.

Ze względu na stosunkowo niewielkie rozmiary wyspy można wybrać swoją bazę w dowolnej jej części – my osiedliśmy w Las Palmas de Gran Canaria, największym mieście całego archipelagu. Stolica prowincji znajduje się na północy, gdzie często spychane są chmury z rozpalonego południa, dzięki czemu Las Palmas znalazło się na pierwszym miejscu ogólnoświatowej listy miast o najlepszym klimacie. Pozycję tę zawdzięcza bardzo przyjemnej kombinacji ciepłego powietrza i chmur miłosiernie zakrywających piekące słońce. Przez cały rok można cieszyć się tutaj wieczną, ciepłą wiosną – żyć, nie umierać.

W samym mieście znajdują się dwie plaże – Las Canteras oraz Alcaravaneras. Las Canteras mieści się w głębokiej zatoce otoczonej przez wysokie, ostre szczyty i oferuje idealne warunki do kąpieli, zwłaszcza dzięki nieco oddalonym pasmom podwodnych skał, które hamują nadchodzące oceaniczne fale.

Przystanek konkwistadorów

Wyspy Kanaryjskie przez całe stulecia stanowiły jedną z ostatnich stacji, na których zatrzymywały się statki płynące do Ameryki Południowej, Afryki i Indii, co pozostawiło głęboki ślad na miejscowej architekturze, kulturze, a nawet roślinności. Nowoczesne, modernistyczne wieżowce przypominają często panoramy z Buenos Aires lub Rio de Janeiro, zabytkowe budynki stanowią typowy przykład architektury kolonialnej.

Najbardziej charakterystycznym elementem miejscowego budownictwa są drewniane balkoniki, jakie często można podziwiać na starówce – w pobliżu placu i Katedry Świętej Anny. Tuż za nią znajduje się Casa Museo de Colón, dom, w którym Krzysztof Kolumb zatrzymał się w trakcie pierwszej podróży do Ameryki w 1492 roku. Sama katedra jest jednym z najważniejszych zabytków regionu – prace budowlane ruszyły pod koniec XV wieku i trwały przez ponad 70 lat. Placu u jej stóp strzegą kamienne brytany, reprezentujące rasę dzikich psów, od których wzięły podobno swoją nazwę Wyspy Kanaryjskie (z łac. canis – pies).

 Gran Canaria, Wyspy Kanaryjskie

Gran Canaria ukrywa jednak historię o wiele starszą od wypraw Kolumba i konkwisty. Warto przypomnieć, że w czasach starożytnego Rzymu archipelag był nazywany Wyspami Szczęśliwymi, a do XV wieku duża ich część była zamieszkana przez Guanczów, lud pokrewny z Berberami. Guanczowie posługiwali się własnym językiem i mieszkali w domach wykutych w gołej skale. Niestety ich spokojne bytowanie zakończył najazd Hiszpanów, którzy zgodnie ze swoim zwyczajem wyrżnęli miejscowych w pień.

Do nielicznych śladów obecności pierwotnych mieszkańców można zaliczyć skalne domy i ryty naskalne, na wyspie La Gomera do dzisiaj używany jest specyficzny język gwizdów el silbo, umożliwiający porozumiewanie się na większe odległości.

Tam, gdzie rosną kaktusy

Po co jednak zajmować się rzezią miejscowej ludności, skoro zostało jeszcze tyle miejsc do zwiedzenia, prawda? Wbrew moim wcześniejszym obawom nie byliśmy skazani na podziwianie architektury i popijanie mojito na plaży. Wręcz przeciwnie – większość wyspy pokrywają rezerwaty i parki narodowe, w związku z czym miejscowa fauna i flora ma się całkiem dobrze.

Wprawdzie w miastach natknęliśmy się na stosunkowo pospolite gatunki ptaków – tylko tu i ówdzie w koronach palm przelatywały papugi, to z pewnością nie mogliśmy narzekać na niedobór egzotycznych roślin. W czasie naszego pobytu na wyspie wszystkie uliczki były dosłownie skąpane w zieleni i kwiatach.

Najlepszym miejscem na zapoznanie się z miejscową roślinnością jest park botaniczny Jardín Canario, który znajduje się kilka kilometrów za miastem. Na rozległym obszarze mieści się fascynująca kolekcja kanaryjskich endemitów oraz gatunków, które przywędrowały na wyspy na pokładach hiszpańskich statków wracających z kolonii rozproszonych po całym świecie.

Gran Canaria, ogród botaniczny

W parku można podziwiać gigantyczne, sięgające kilku metrów okazy sukulentów i palm, które zwykle marnieją w naszych doniczkach lub ogródkach. Oprócz kanaryjskiej palmy daktylowej na całej wyspie rośnie miejscowy gatunek draceny o dziwacznie baniastych konarach. W skałach otaczających park spotkaliśmy także dorodny okaz jaszczurki, tzw. „kanaryjskiego olbrzyma”, należącego do rodziny gadów zamieszkujących wyłącznie Wyspy Kanaryjskie.

Złamany palec Boga

Najbardziej gorący klimat czekał na nas na południu. Po niecałej godzinie jazdy autokarem wysiedliśmy w samym środku rozżarzonego pieca. Miasto Maspalomas jest już dzisiaj tylko kompleksem turystycznym, warto je jednak zwiedzić chociażby z powodu długiego pasma pustynnych wydm.

Gran Canaria, Wyspy Kanaryjskie

W trakcie podróży po wschodnim wybrzeżu zatrzymaliśmy się w Agaete, schludnym porcie rybackim, którego ulice okalają domki o ścianach pokrytych oślepiająco białym wapnem.

Miasteczko otaczają cudowne, lazurowe wody i wysokie urwiska, pod którymi do niedawna stała jedna z atrakcji turystycznych – Dedo del Dios, Palec Boży. Ciekawą formację skalną przypominającą wzniesiony palec zniszczył cyklon tropikalny Delta w 2005 roku. O randze tego symbolu świadczy ambitny plan miejscowych władz, które flirtowały przez jakiś czas z pomysłem wyłowienia i ponownego przymocowania skały.

Nie patrz na mnie takim wzrokiem

W jednej z miejscowych restauracyjek mogliśmy po raz kolejny skosztować typowo kanaryjskich potraw typu „zobacz, co złapałem w akwarium”. Tradycyjna kuchnia kanaryjska to mieszanka wpływów hiszpańskich, afrykańskich i południowoamerykańskich. Oczywistym składnikiem większości potraw jest wyśmienita oliwa z oliwek, lekkim potrawom towarzyszy cała paleta mojos – smakowitych sosów oraz zagęszczanych mieszanek warzywnych. Typowym przysmakiem są papas arrugades – młode ziemniaki w mundurkach, podawane zazwyczaj z pikantnym czerwonym sosem.

Gran Canaria

Oprócz ryb i wielu gatunków skorupiaków niezwykle popularne są dania z głowonogów, przy czym miejscowi najczęściej dzielą jeden duży talerz wypełniony pieczonymi lub smażonymi żyjątkami. Tubylcy, z którymi podróżowaliśmy po wyspie, polecili mi misę wypełnioną po brzegi malutkimi kałamarniczkami, zjadanymi w całości. Po przełamaniu środkowoeuropejskiego oporu przed zjadaniem czegokolwiek, co patrzy z talerza, musiałem się powstrzymywać przed zamówieniem dokładki.

We wszystkich sklepach spożywczych wisi typowo iberyjski przysmak – jamon, czyli suszona, solona noga wieprzowa. Z kopytkiem. Jamon jest przez koneserów uważana za jedną z najlepszych szynek na świecie. Ze względu na sposób przygotowania mięso się nie psuje, w domach jest najczęściej stawiane na wymyślnej podstawce na kuchennym stole, aby w dowolnej chwili można było kawałek odkroić.

Od wiosny do jesieni w dwadzieścia minut

Gwałtowne przeskoki między tak odmiennymi klimatami powodują, że w ciągu jednego dnia można jednocześnie dostać udaru i przeziębić się. Jako iż po dwóch dniach przejazdów udało mi się tego dokonać, straciliśmy kolejny dzień na chorowaniu, w związku z czym nie zwiedziliśmy Puerto de Mogan, uroczej południowej mieściny rybackiej, porównywanej do Wenecji.

Gran Canaria

Udało nam się natomiast dotrzeć do centrum wyspy. Gran Canaria ma kolisty kształt i bardzo symetryczne ukształtowanie. Wysuszone, kamieniste brzegi są z reguły nisko położone, teren wznosi się powoli aż do najwyższego punktu w samym środku wyspy.

Po drodze ponownie byliśmy świadkami kilku zmian klimatu – od przyjemnego chłodu głównego miasta, przez rozpalone stoki wygasłych wulkanów, po wilgotne doliny pokryte bujną roślinnością, a w końcu – suche i chłodne tereny prowincji Tejeda, gdzie znajduje się Pico de las Nieves, najwyższy szczyt wyspy (1949 m). Z góry mogliśmy podziwiać zarówno spalone słońcem południe, jak i północną część wyspy skrytą pod mleczną warstwą chmur.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy wioskę Teror, która – wbrew swej nazwie – jest uroczym zakątkiem i stanowi jeden z najlepszych przykładów zabytkowej kanaryjskiej architektury. Zielone doliny ukryte między wzgórzami ponad miastem porastają na zmianę lasy eukaliptusowe, kanaryjskie sosny oraz połacie paproci. Często można się też natknąć na olbrzymi kanaryjski koper z żółtymi baldachimami kwiatów.

Wybrzeże śpiących wulkanów

Największą gratkę zostawiliśmy sobie jednak na koniec. Na obrzeżach głównego miasta, za dzielnicą robotników i marynarzy La Isleta, rozciąga się wybrzeże La Confital, uformowane ze skał wulkanicznych. Olbrzymie fale uderzają tutaj z pełną mocą o gołe połacie czarnej, zastygłej lawy, porośniętej tylko nielicznymi kępkami rdzawych porostów, opuncji i karłowatych krzewów. Obszar ten jest często odwiedzany przez surferów, którzy poszukują tutaj solidnej dawki adrenaliny.

W drodze powrotnej byliśmy świadkami surrealistycznej sceny – na skałach stały dwie bose mulatki w śnieżnobiałych sukienkach. Okazało się, że zgodnie z miejscową tradycją rodzice przyprowadzają tutaj dzieci, aby zrobić zdjęcia komunijne na tle dramatycznej scenerii ostrych skał i wybuchów morskiej piany.

Nieziemski krajobraz był efektowną klamrą zamykającą naszą wizytę. Ścigani przez chmarę islandzkiego popiołu wyruszyliśmy w drogę do krainy deszczowców, nękani przez uczucie niedosytu. Po powrocie spotkałem kolegę, którego szczerze zdziwił cel mojej podróży – „mój znajomy był na Kanarach, podobno nic ciekawego, tylko upał, basen i nuda”. Cóż, czasami warto przełamać stereotypy.

Więcej zdjęć : Gran Canaria 2010

Zwrot 06/2010

The post Gran Canaria – A ty mnie na wyspę szczęśliwą zawieź … appeared first on przedeptane.

]]>
/2011/gran-canaria-a-ty-mnie-na-wyspe-szczesliwa-zawiez-%e2%80%a6/feed/ 10