Nowa Zelandia Archives - przedeptane /tag/nowa-zelandia/ Jedzoki w świat Wed, 23 Aug 2017 06:16:43 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Czy warto wypożyczyć kampera u Wicked Campers? /2017/czy-warto-wypozyczyc-kampera-u-wicked-campers/ /2017/czy-warto-wypozyczyc-kampera-u-wicked-campers/#comments Tue, 22 Aug 2017 09:29:07 +0000 /?p=2907 To podobnie retoryczne pytanie, jak „Czy warto ciągnąć genitalia po tłuczonym szkle?” Wsiadajcie, zapraszamy do przejażdżki z najgorszą firmą świata. Kto ma oczy, niechaj czyta, bo oto otwieramy zawory naszej wielomiesięcznej frustracji. Przez kilka kolejnych akapitów – całkowicie wbrew naszym łagodnym naturom – damy w końcu upust dorodnemu wewnętrznemu wkurwowi. Dlaczego nikt nas nie lubi? Nasza przygoda z Wicked zaczęła się jeszcze zanim przekroczyliśmy ich zacne progi, dosłownie w kilkadziesiąt minut po wyjściu z samolotu. W grudniu ubiegłego roku wybraliśmy się na wycieczkę do Nowej Zelandii, która miała się zacząć w Christchurch. Od początku było dziwnie, chociaż nie domyślaliśmy się, że za wszystkim stoi własnie nieszczęśliwy wybór środka lokomocji. Na przestrzeni dosłownie kilkuset metrów między przystankiem autobusu a hostelem, w którym zamówiliśmy nocleg, koło nas zwolniło kilka samochodów. Po pierwszym palcu wystawionym przez okno mogliśmy […]

The post Czy warto wypożyczyć kampera u Wicked Campers? appeared first on przedeptane.

]]>
To podobnie retoryczne pytanie, jak „Czy warto ciągnąć genitalia po tłuczonym szkle?” Wsiadajcie, zapraszamy do przejażdżki z najgorszą firmą świata.

Kto ma oczy, niechaj czyta, bo oto otwieramy zawory naszej wielomiesięcznej frustracji. Przez kilka kolejnych akapitów – całkowicie wbrew naszym łagodnym naturom – damy w końcu upust dorodnemu wewnętrznemu wkurwowi.

Dlaczego nikt nas nie lubi?

Nasza przygoda z Wicked zaczęła się jeszcze zanim przekroczyliśmy ich zacne progi, dosłownie w kilkadziesiąt minut po wyjściu z samolotu. W grudniu ubiegłego roku wybraliśmy się na wycieczkę do Nowej Zelandii, która miała się zacząć w Christchurch. Od początku było dziwnie, chociaż nie domyślaliśmy się, że za wszystkim stoi własnie nieszczęśliwy wybór środka lokomocji.

Na przestrzeni dosłownie kilkuset metrów między przystankiem autobusu a hostelem, w którym zamówiliśmy nocleg, koło nas zwolniło kilka samochodów. Po pierwszym palcu wystawionym przez okno mogliśmy jeszcze myśleć, że miejscowi chcą nam zasygnalizować, że jesteśmy „number one”, jednak soczyste „fuck off, campers” wkrótce wyprowadziło nas z błędu. Nic to, dotarliśmy, przenocowaliśmy, rano ruszamy do Wicked, wypełniamy dokumentację, odbieramy wymyślnie posprejowanego campera i wio!

I tu kontynuacja. Po kilku godzinach jazdy po autostradzie przestaliśmy już liczyć kierowców, którzy podczas wyprzedzania ściągali szybę i chłodzili środkowe palce w nowozelandzkim zefirze. Może jedziemy zbyt wolno? Może jedziemy za szybko? Niewłaściwy pas? Z takimi przemyśleniami dojechaliśmy do Oamaru, uroczego miasteczka z kolonią pingwinów. I tam przestało być zabawnie.

Może się pościgamy?

Po obejrzeniu wieczornego powrotu ptaków do gniazd odszukaliśmy na Googlach najbliższy camping, który znajdował się spory szmat drogi od miasta. Jeszcze w Oamaru zatrzymaliśmy się na chwilę przy głównej ulicy, by przejrzeć mapy, kiedy koło nas przejechał samochód wypełniony kwiatem miejscowej młodzieży. Chłopcy z uśmiechem zapytali, czy potrzebujemy pomocy, ale podziękowaliśmy, więc pojechali dalej. Wracamy do map i słyszymy, że samochód zawraca. Znowu oni. I tym razem już zauważamy, że ich uśmiechy wcale nie są tak ciepłe, jak nam się wydawało. Nas jest trójka – jeden chop, dwie baby, ich jest piątka, wszyscy ewidentnie zdrowo podpici, w oku niezdrowy błysk. Jeszcze raz dziękujemy za ofertę pomocy, nie reagujemy na jakąś niezrozumiałą odzywkę, coś o przyjezdnych, o camperach. Samochód znika, za plecami słyszymy skrzypienie zawracających opon. Koło naszych drzwi coś ląduje i pęka z dźwiękiem tłuczonego szkła. Butelka.

A no nic. Pakujemy mapy, ryglujemy drzwi i ruszamy. Przez kilka minut jedziemy pustymi ulicami wsłuchując się w warkot silnika drugiego samochodu i okrzyki jego pasażerów. Auto w końcu nas wyprzedza, ale za zakrętem widzimy, że stoi na poboczu, a chłopcy starają się szybko wysiąść i wejść na środek drogi. Robimy łuk, przyspieszamy, oglądamy się za siebie.

Nie, nie odpuścili. Wskakują do auta i dają po gazie.

W końcu wyjeżdżamy z miasta, ale wcale nie czujemy się lepiej. Jedziemy w całkowitej ciemności, GPS pokazuje, że przed nami kilkadziesiąt kilometrów jazdy przez odludzia, po nieoświetlonej szosie z prawie zerowym ruchem. We wstecznym lusterku oślepiają nas długie światła. Nie możemy się zatrzymać, a silnik naszego wiekowego vana raczej nie umożliwi nam widowiskowej ucieczki. Szukamy ulotki z numerami do policji, którą otrzymaliśmy w hostelu.

W końcu po kilkunastu kilometrach słyszymy kilka okrzyków na pożegnanie. Znudziło im się, zawracają. Kamienie spadają z serc. Pozostało pytanie – co to, kutwa, było?

Wicked. Troskliwi jak matka.

Madzi z Sosnowca.

Po kilku dniach docieramy do Auckland, gdzie mieliśmy oddać nasz samochód. Podczas opróżniania i czyszczenia samochodu stwierdzamy, że nie domykają się tylne drzwi. Zgłaszamy usterkę i wypisujemy formularz, przychodzi mechanik, który ocenia koszty i czas naprawy na maks 200 dolców i 15 minut. Podczas wypożyczania płaciliśmy kaucję tysiąc dolarów (2875 PLN), więc na pewno sporo nam oddają.

Tiaa.

Przewiń o dwa miesiące. Wicked Camper ani nie zadzwoni, ani nie napisze. Piszemy więc my i otrzymujemy lakoniczną informację o tym, że sprawa w toku. Good.

Przewiń o kolejny miesiąc. I jeszcze jeden. Aktywizujemy się, liczba naszych maili pęcznieje, ale po drugiej stronie cisza jak opium zasiał.

Próbujemy pisać z innych adresów. Grzecznie prosimy, cierpliwie wyjaśniamy, że tysiąc baksów naprawdę pieszo nie chodzi i że bardzo nam zależy na szybkim wyjaśnieniu i zamknięciu sprawy. Za każdym razem ten sam scenariusz – po kilku tygodniach odpowiedź „sprawa w toku” i koniec komunikacji.

A to jeszcze jeden miesiąc. I jeszcze. Po pół roku otrzymujemy info, że nasz samochód był uszkodzony, więc odliczą koszty naprawy z kaucji. Pytamy, czy przepadła cała kaucja, czy możemy liczyć na jakiś zwrot. Zero odpowiedzi. To było dwa miesiące temu. Dzisiaj, po dziewięciu miesiącach od oddania samochodu, nie mamy ani piniunżków, ani informacji. Zaczynamy więc szperać po forach, gdzie znajdujemy spory klub Anonimowych Backpackerów Wychędożonych Przez Wicked Campers.

Wyjaśnienie

Okazuje się, że w podobnej sytuacji są dziesiątki ludzi. Tysiąc maili, zero reakcji. Prośby i groźby. Czasem – po pół roku – nieoczekiwany zwrot części kaucji na konto, bez wyjaśnienia, bez uzasadnienia. Częściej „czekam od kilkunastu miesięcy, dam znać, jeżeli uda mi się z tym ruszyć”. Kilka osób potwierdza, że Wicked nie chce podawać numeru do działu reklamacji, a komunikacja z działem ruch… przepraszam, OBSŁUGI klienta kończy się na „nie wiem, nie powiem, damy kiedyś znać”. Jednocześnie w końcu odkrywamy, dlaczego jechaliśmy na Nowej Zelandii przez taki kordon środkowych palców oraz jakie nastroje społeczne doprowadziły do naszej ekscytującej nocnej przejażdżki z obsadą filmu „Wzgórza mają oczy”.

Okazało się, że Nowozelandczycy nienawidzą firmy Wicked Campers to do tego stopnia, że rząd oficjalnie wkroczył z nią na wojenną ścieżkę. I mają po temu całkiem dobre powody.

Samochody Wicked często znajdują się w opłakanym stanie technicznym. Raport z australijskiego Queenslandu wykazał, że aż 90% floty Wicked nie nadaje się do użytku drogowego, samochody są przestarzałe i pozbawione podstawowych zabezpieczeń (takich jak ABS, ESC czy poduszki powietrzne). Organizatorzy kampanii na rzecz bezpieczeństwa ruchu drogowego twierdzą, że firma nie tylko maskuje uszkodzenia karoserii naklejkami i nasprejowanymi hasłami, ale wręcz promuje niebezpieczne samochody jako „fun i cool„.

Poszło też o wspomniane hasła, które nieraz niosą treści o zabarwieniu seksistowskim, ksenofobicznym albo obraźliwym dla lokalnej społeczności. Na vanach pojawiają się takie napisy, jak „Uratuj wieloryba – zharpunuj Japońca”, „Fajne nogi – o której się otwierają?” albo „Uśmiechnij się – to druga najlepsza rzecz, jaką możesz zrobić swoimi ustami”. Firma Wicked nie tylko przyciąga dosyć specyficzną klientelę, ale sama też zachęca ją do podróżowania w stylu YOLO (co w sumie robi sens, bo w samochodzie ze zjechanymi klockami hamulcowymi szybko można się przekonać o kruchości ludzkiego istnienia).

Wicked oferuje też zniżki dla klientów, którzy strzelą sobie przy ich kamperze nagą fotkę – siedziby firmy wyklejone są więc zdjęciami golasów pozujących w lasach, przy farmach i na szlakach turystycznych. Ale sama golizna to jeszcze pikuś.

Wiele nowozelandzkich campingów nie jest wyposażonych w publiczne toalety i śmietniki, a więc mogą na nich przebywać wyłącznie samochody z własnym, mobilnym WC. Tego nie uświadczysz w większości kamperów firmy Wicked, co jednak wcale nie przeszkadza jej klientom w odwiedzaniu takich ośrodków (często bez płacenia) i odkładaniu po krzakach najróżniejszych odpadów bio- i niebiologicznych. Ponieważ coraz więcej campingów zakazuje wjazdu camperom tej firmy, kierowcy nieraz parkują pod osłoną nocy na prywatnych posesjach i tam też załatwiają co trzeba.

Podsumowując – wśród wielu miejscowych backpackerzy podróżujący z Wicked mają renomę obscenicznych i głośnych półgłowków, którzy wjadą Ci po pijaku na pole, pojeżdżą na owcach, a rano zostanie po nich tylko kilka butelek, kiepów, poszarpanej bielizny i mgliste wspomnienie gołych pośladków. Trochę niefajnie, n’est-ce pas?

Sytuacja stała się na tyle poważna, że do akcji wkroczyły najpierw lokalne samorządy, a w końcu wspomniany nowozelandzki rząd, który ogłosił plan zbanowania pojazdów firmy ze wszystkich państwowych kempingów. Do podobnych kroków przymierzają się też instytucje w Australii – w 2016 roku stan Queensland ogłosił, że wszystkim samochodom ozdobionym obraźliwymi sloganami zostanie cofnięta rejestracja. W kwietniu 2017 to samo zrobiła Tasmania, stan Victoria zamierza dołączyć jeszcze w tym roku. Wydawca Lonely Planet ogłosił, że informacje o Wicked Campers zostaną usunięte ze wszystkich jego przewodników.

Mamy nadzieję, że nie trzeba już podawać więcej argumentów. Nie mamy w zwyczaju obsmarowywać firm po nieudanym wyjeździe, jednak tym razem nie możemy odpuścić – Wicked Campers zafundowała nam jedno z najgorszych doświadczeń w historii naszych podróży. Jakoś byśmy nawet przełknęli tysiąc dolarów kaucji, gdyby nie tych 9 miesięcy totalnej olewactwa i tumiwisizmu. Już nigdy. Serio. Jeżeli rozważacie skorzystanie z ich usług, to zdecydowanie odradzamy. Nasza ocena to pięć z pięciu krowich placków.

Pozostaje więc pytanie…

Jak nie Wicked, to kto?

Szczere powiedziawszy – ktokolwiek. Lepiej na piechotę.

Ale tak na poważnie, to o wiele wyższy standard za podobnie niskie ceny oferuje spółka Jucy Campers. Stylowe autka można znaleźć w ofercie Hippycamper. Bez problemów pożyczaliśmy samochody od droższych spółek Britz, Avis i Apollo, słyszeliśmy dobre rzeczy o australijskich Mighty Campers. Jeżeli bardzo zależy Wam na niskich kosztach i potraficie trochę poimprowizować, to gorąco polecamy relokacje – dostajecie samochód za darmo, czasem nawet kilka zielonych na benzynę, i macie za zadanie przejechać w ciągu kilku dni z punktu A do punktu B. Profit. Codziennie aktualizowaną listę relokacji znajdziecie tutaj: LINK. Trzymamy kciuki i kierownice.

Aha, a wszystkich menedżerów i pracowników Wicked Campers pozdrawiamy serdecznym „cukier wam w bak” i życzymy, aby nadepnęli na Lego. Bosą stopą.


Wpis nie zawiera lokowania produktu, zawiera za to mnóstwo mieszania produktu z błotem. Pozostałe spółki polecamy ze szczerego przekonania, nikt nam za to nie płaci. A szkoda.

 

The post Czy warto wypożyczyć kampera u Wicked Campers? appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/czy-warto-wypozyczyc-kampera-u-wicked-campers/feed/ 17
Nasz rok 2016. Jak było? Jak będzie? /2017/rok-2016-podsumowanie/ /2017/rok-2016-podsumowanie/#respond Tue, 31 Jan 2017 10:00:44 +0000 /?p=2623 Wiemy. Takie podsumowania pisze się na początku stycznia, a nie trzydziestego pierwszego – ale my mamy czarny pas w prokrastynacji, więc wcale nie jest tak źle. Mogło być w czerwcu. A więc – gdzie bylim? Co zrobilim? I co teraz? Go West! Przed wyjazdem do Kangurlandii postanowiliśmy nadrobić kilka zaległości podróżniczych w Europie Zachodniej. Na pierwszy ogień poszedł Beneluks, który przez długie lata uporczywie nas unikał. W ciągu kilkudniowego traintripa nawiedziliśmy cztery państwa: po zwiedzeniu Akwizgranu i Luksemburga zrobiliśmy piwny przystanek w belgijskim Namur i zahaczyliśmy o Eindhoven. Po drodze udało nam się też obejrzeć fascynujący budynek dworca w Liege, projektu Santiago Calatravy. Ponieważ zaś wiedzieliśmy, że australijskie muzea i galerie sztuki dostają tylko okruszki z europejskich i amerykańskich instytucji, w lipcu wybraliśmy się do Paryża, aby nażreć się tej wysokiej kultury na zapas. Pochłonęliśmy Luwry i inne Orsaye (plus paryski streetart), […]

The post Nasz rok 2016. Jak było? Jak będzie? appeared first on przedeptane.

]]>
Wiemy. Takie podsumowania pisze się na początku stycznia, a nie trzydziestego pierwszego – ale my mamy czarny pas w prokrastynacji, więc wcale nie jest tak źle. Mogło być w czerwcu.

A więc – gdzie bylim? Co zrobilim? I co teraz?

Go West!

Przed wyjazdem do Kangurlandii postanowiliśmy nadrobić kilka zaległości podróżniczych w Europie Zachodniej. Na pierwszy ogień poszedł Beneluks, który przez długie lata uporczywie nas unikał. W ciągu kilkudniowego traintripa nawiedziliśmy cztery państwa: po zwiedzeniu Akwizgranu i Luksemburga zrobiliśmy piwny przystanek w belgijskim Namur i zahaczyliśmy o Eindhoven. Po drodze udało nam się też obejrzeć fascynujący budynek dworca w Liege, projektu Santiago Calatravy.

Ponieważ zaś wiedzieliśmy, że australijskie muzea i galerie sztuki dostają tylko okruszki z europejskich i amerykańskich instytucji, w lipcu wybraliśmy się do Paryża, aby nażreć się tej wysokiej kultury na zapas. Pochłonęliśmy Luwry i inne Orsaye (plus paryski streetart), a więc chyba jesteśmy przygotowani na dłuższą głodówkę.

Przygotowania do dnia D.

Cały rok 2016 mijał nam pod znakiem wyjazdu – gromadzenia dokumentów i sprzętów, ale też stopniowego odcinania pępowin. Pożegnaliśmy się nie tylko z naszym mieszkaniem i samochodem, ale przede wszystkim z rodziną i przyjaciółmi.

Dużo zmartwień przysporzyła nam likwidacja domowej biblioteczki, która po apelu o pomoc zmieniła się w zbiorową adopcję. Nasze papierowe dzieci znalazły nowe schronienie na półkach kilkunastu znajomych, w dwóch czeskich bibliotekach oraz w cieszyńskiej kawiarni literackiej Kornel i Przyjaciele. Prawda, wiele książek pożegnaliśmy z bólem serca, ale cieszymy się, że i one zaczęły nowe życie.

Co tu dużo mówić, emocjonalnie przypominało to jazdę na kolejce górskiej. Było tak pięknie i smutno zarazem, że nasze mózgi nie były w stanie tego ogarnąć – do końca nie docierała do nas świadomość, że rzucamy to wszystko w diabły; że za miesiąc, tydzień, dzień, TERAZ wybywamy na drugi koniec świata. Nie ogarnęliśmy tego ani w drodze na lotnisko w Pradze, ani w samolocie do Kolombo, ani w pociągu pełznącym na plantacje cejlońskiej herbaty.

Sri Lanka

Kilka miesięcy przed wyjazdem skupialiśmy się wyłącznie na Australii, odstawiając biedną Sri Lankę na boczny tor. Jeszcze nigdy nie zdarzyło nam się zwiedzać nowego kraju bez chociażby minimalnego przygotowania, a tu taka wtopa – wylądowaliśmy w Kolombo zieloni jak limonki. Zero informacji, zero pomysłów, zero planów. Dupy, nie podróżnicy.

Na szczęście – jak już pisaliśmy wcześniej – na miejscu podała nam pomocną blogerską dłoń Hanna z Plecak i Walizka. W jeden wieczór i kilka browców przygotowała nas do tej przygody, a więc nie zginęliśmy marnie. Przywieźliśmy mnóstwo ciekawych przeżyć, zdjęć, anginę i mrówki w plecaku.

Południowy świat i okolice

Od połowy września straszymy już w naszych upragnionych Sydnejowicach. Na szczęście oboje szybko znaleźliśmy pracę – na razie całkiem się układa, więc na pewno chwilę tu zabawimy.

Poznaliśmy – i cały czas poznajemy – masę ciekawych ludzi. W końcu udało nam się spotkać Emilkę z bloga Australopitek, niedawno przejściową sydnejowiczanką została też Kamila z Kami Everywhere. Z nią i z paczką znajomych spędziliśmy już nasze drugie Boże Narodzenie na Antypodach – wspólnie udało nam się skombinować i barszcz, i uszka, i sałatkę ziemniaczaną. Była Wigilia, że wombat nie siada.

Czas między szkołą a pracą wypełniamy wypadami do Opery (dziwacznym, ale niezapomnianym przeżyciem był na przykład koncert Davida Helfgotta, bohatera filmu „Shine”), ze sztukami plastycznymi też nie jest aż tak źle, w październiku udało nam się załapać na wystawę Fridy Kahlo.

W ramach możliwości staramy się też wyjeżdżać za miasto. Po ubiegłym, epicko spapranym wyjeździe do Blue Mountains udało nam się wrócić i poprawić karmę. Oprócz Gór Błękitnych odwiedziliśmy też kilka parków narodowych w bliższej lub dalszej okolicy Sydney, a – co by nie gnuśnieć tylko w buszu – pod koniec grudnia pojechaliśmy sobie pognuśnieć też na Nową Zelandię.

Nasze archiwum zdjęć pęcznieje, a więc postaramy się stopniowo dodawać relacje ze wszystkich odwiedzonych miejsc.

Ale wiecie – czarny pas.

Co dalej?

Nowy rok już teraz zapowiada się ciekawie. Za dwa tygodnie lecimy do Melbourne na spotkanie z pewnym niesamowitym człowiekiem (o którym na razie nie możemy Wam powiedzieć), a w drugim kwartale szykujemy większy wypad (o którym już w ogóle ani mru mru). Także tego. Ekscytujące, c’nie?

Zanim skończy się sydnejskie lato, chcielibyśmy zrobić jeszcze parę wypadów do okolicznych parków, szykuje się też arcysmaczny sezon w Operze – już buknęliśmy tikety na kilka super iwentów!

Dziękujemy i Wam za ten rok, ptysie Wy nasze. Każdemu i każdej z osobna. Strona Przedeptane.pl podwoiła liczbę odwiedzin, a fanpejdż na Pyskoksiążce – liczbę fanów.  Wasze maile, pytania i komentarze nieustannie umacniają nas w przekonaniu, że to, co robimy, ma sens. W tym roku chcielibyśmy dalej rozwijać bloga i dokonać kilku poważnych zmian, o których na pewno dowiecie się na fejsie lub z naszego Newslettera.

Do przeczytania, a może nawet do zobaczenia, jeżeli też zawieje Was na południe. Czekamy niegrzecznie na końcu świata.

The post Nasz rok 2016. Jak było? Jak będzie? appeared first on przedeptane.

]]>
/2017/rok-2016-podsumowanie/feed/ 0