Australia2012 Archives - przedeptane /tag/australia2012/ Jedzoki w świat Thu, 23 Jun 2016 09:24:46 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.2.9 Zgubieni w podróży /2012/zgubieni-w-podrozy/ /2012/zgubieni-w-podrozy/#comments Tue, 20 Nov 2012 16:02:45 +0000 /?p=292 Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.   Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się […]

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
Kiedyś wydawało mi się, że każda wyprawa zaczyna się i kończy się pożegnaniami. Na początku opuszczamy rodziny i znajomych, a na końcu – nowo poznanych ludzi. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że istnieje jeszcze jedna kategoria spotkań. Chodzi o osoby, które pojawiają się znikąd, zaistnieją na chwilę, po czym znikają bezpowrotnie. Jak iskry z ogniska.

 

Kambodża, jedziemy autorikszą po ulicy, betonowej patelni rozgrzanej przez ostre słońce. Jest godzina szczytu, ze wszystkich stron atakuje nas natłok dźwięków, ruchów i zapachów, zamiast autobusów i samochodów brzęczą wokół nas motocykle i mopedy, dzwonią rowery. Nagle z tłumu ciał i żelaza wyłania się istota z innego świata – jedyny Europejczyk na całej ulicy, ubrany w garnitur, z krawatem na szyi i wizytówką przypiętą do piersi. Jako jedyny rowerzysta ma na głowie kask. Wyrównuje z nami tempo, uśmiecha się szeroko i chwyta za jeden z metalowych wsporników rikszy, aby odpocząć od pedałowania. Podczas krótkiej wspólnej podróży pyta nas skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, opowiada o sobie. Pochodzi z Anglii, w której jest nudno i zimno, przyjechał do Kambodży rok temu i został menedżerem lokalnej filii McDonalda, właśnie jedzie do pracy. Po dwóch czy trzech minutach przeprasza, odrywa się od naszej rikszy i skręca w boczną ulicę, machając nam na pożegnanie.

W Australii poszukiwaliśmy na gwałt taniego namiotu. W jednym z hosteli wisiało ogłoszenie z numerem telefonu. Zadzwoniłem, uzgodniłem szczegóły i po dwóch godzinach stanęliśmy przed wejściem do szykownej restauracji nad brzegiem oceanu. Chłopak, który pracował tam jako kelner, przyjechał na Antypody z Rumunii, w jego śniadej twarzy południowca świeciły przyjazne, jasnoniebieskie oczy. Podczas rozpakowywania namiotu pytał o nasze podróże i opowiedział o tym, jak przed czasem wyruszył w pierwszy rejs w swoim życiu. Kilka tygodni wcześniej utknął na Nowej Kaledonii i w końcu wpadł na pomysł, aby zasięgnąć języka w porcie, gdzie prywatne jachty i żaglówki przygotowywały się do rejsów. W końcu trafił na kapitana, któremu nie przeszkadzał fakt, że nowy członek załogi nie ma żadnego doświadczenia w pracy na pokładzie i – co więcej – nigdy nie płynął statkiem. W ten sposób młody Rumun dotarł do Darwin, portu na północy Australii, płacąc jedynie dziesięć dolarów dziennie za pożywienie. Skończył opowieść, spakował namiot i odebrał zapłatę, dodał kilka rad dotyczących spania w buszu. Pożegnaliśmy się, nie znając nawet jego imienia.

Traf chciał, że właśnie w buszu, przy wieczornym ognisku, spotkaliśmy kolejnego nieznajomego. Brian – echt teutońskie imię – pracował w Niemczech jako elektryk. Potem nadszedł kryzys, spółka zbankrutowała i w dwa miesiące później Brian wylądował w Sydney, a wraz z nim jego rower. Wspólnie pokonali kilka tysięcy kilometrów przez pustynię. Teraz obaj leżą pod palmą wraz z całym obecnym dobytkiem Briana – lekkim namiotem, dwoma torbami i wielkim, dwunastolitrowym kanistrem. Kanister towarzyszy mu od czasu, kiedy po przejechaniu dwustu kilometrów w straszliwej spiekocie skończyła się woda i okazało się, że do najbliższej cywilizacji pozostaje kolejnych trzysta. Gdyby nie przejeżdżający samochód, ta przygoda mogła się zakończyć dosyć nieciekawie.

Brian zasypuje nas pytaniami i słucha nawet banalnych opowieści ze szczerym entuzjazmem, chociaż sam przeżył wiele. Przez dłuższy czas pracował na pustyni w aborygeńskiej społeczności, później, nocując w buszu północnej Australii, wkładał nóż pod poduszkę – po zmroku do namiotu podchodziły dzikie świnie, o wiele niebezpieczniejsze od wszechobecnych pająków i węży. Rozmawialiśmy tak długo, aż ogień pochłonął ostatnie gałązki eukaliptusa, Brian wręczył nam na pożegnanie książkę o buddyzmie, rano spakował manatki, nałożył na nos listek przeciwko poparzeniom od słońca i wyruszył w drogę. W kilka godzin później wyprzedziliśmy go na szosie, przejeżdżając przez pustkowia parku narodowego Kakadu.

Może działa tutaj pewien romantyzujący czynnik, o którym wspomniał kiedyś Jaroslav Dietel. Podczas wizyty w szpitalu, w którym gromadził materiały do napisania scenariusza pierwszych odcinków „Szpitala na peryferiach”, stał się przypadkowym świadkiem monologu ekscentrycznego lekarza, który natychmiast został inspiracją do postaci dr. Sowy. Kiedy znajomy zaproponował scenarzyście, że może mu przedstawić medyka, Dietel stanowczo zaprzeczył – rzeczywistość mogłaby popsuć wyidealizowane wyobrażenie, które już zdążył sobie stworzyć.

Dla mnie takie spotkania są jednym z najmilszych elementów wojaży. Nawet wtedy, gdy te życzliwe, bezimienne twarze znikają bez śladu. Pomimo nutki smutku przywracają wiarę w ludzi, a także leczą z iluzji „małego świata”. Przypominają, że świat mimo wszystko jest ogromny i łatwo się w nim zgubić.

Tekst opublikowany w miesięczniku Zwrot (9/12).

The post Zgubieni w podróży appeared first on przedeptane.

]]>
/2012/zgubieni-w-podrozy/feed/ 6